Wszystkie prawa zastrzeżone. Bez zgody autora stron, właściciela praw autorskich i zarazem ich wydawcy w Internecie żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana w systemach wyszukiwania lub przekazywana w żadnej formie i żadnymi środkami elektronicznymi, mechanicznymi, za pośrednictwem fotokopiarek czy w inny sposób.

![]() |
|
|
![]() 2012 styczeń 2011 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2010 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2009 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2008 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2007 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2006 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2005 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2004 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2003 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2002 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec
![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]()
|
The book is the mirror of the world Stendhal ![]() skomentuj (2) Once upon a time there was a country Po jakichś dwudziestu minutach wielkiej esktazy, przeszło mi. Dobra, za oknem coraz więcej śniegu, namiarów na nocleg w Belgradzie nie mam, wieczór wcale nie musi być piękny. Podczas postoju wszyscy pasażerowie autobusu odkryli, że nie jestem z ich stron, bo użyłem spłuczki w kiblu. Kilkadziesiąt litrów lodowatej wody wylało się na podłogę, wypadłem z budy niczym oparzony tą lodowacizną. No i wiedzieli, że nie Serb, Albaniec, ani Kosowar, taki by przecież za nic spłuczki nie dotknął, bo wie, czym to grozi. Odniosłem wrażenie, że parę osób było zdegustowanych mną i chciało dzwonić po patrol graniczny, inni zaś zachwyceni, że wychujałem system, mały wywiad nawet miałem, głównie z pytaniem skąd, dokąd i po co. Miałem nadzieję, że żaden bałwan nie miał zamiaru utrudniać mi życia, do granicy nie było bardzo daleko, pewnie gdyby patrol miał wezwanie, to by sobie po mnie podjechał. Następne trzy godziny nie było postoju. W busie był kibel, ale oczywiście zamknięty. Poszedłem do tour operatora, że może podzieliłby się kluczem, bo bardzo muszę. Powiedział, że odleję się w Belgradzie. Niemal w tej samej sekundzie minęliśmy znak „Beograd 72 km”. Próbowałem negocjować, nie chciałem cierpieć kolejnej godziny. Był nieugięty, uznał, że wytrzymam. W sumie się nie mylił, ale gdyby mi jaja wsadzili w imadło, to bym się lepiej bawił. Wypadłem na głównym dworcu, kibel chciał wynagrodzenia w serbskich dinarach. KURWA! Kantor, kurwa sequel, co za kurs? Euro jak dolary, dolary jak ruble. Rzuciłem pięć euro i charakterystykę mamusi obsługującego ten przybytek. Dostaję, w cholerę kasy. Patrzę na dinary, patrzę na kurs i rozumiem: pan myślał, że dałem 10, a nie 5. Masz po swoim kursie, miłego dnia, kibel, ulga i poprawa jakości życia, szukamy hostelu. Leżą jakieś ulotki koło kas, mam trzy adresy, najbliższy. Piąte piętro, miła pani za ladą, 10 euro za dobę, jedno piwo w cenie, rakija bez ograniczeń, internet, tosty śniadaniowe też, wchodzę w to. Daję papiery, siadam do netu z przysługującym mi piwem, pani wzywa. - Oj, ale nie masz pieczątki wjazdowej Serbii, nie wiem, co wpisać w rubryce od kiedy jesteś w Serbii... - Od jakichś siedmiu godzin, słowo harcerza! - Ale ostatnią pieczątkę, jaką masz, to wjazd do Kosowa - Co ty mi też słońce belgradzkie nie powiesz... Myślałaś, że zmaterializowałem się tu cudownie? Znane są takie przypadkie, w komiksach X-men to Nightcrawler i Shadowcat, w grach to Electro Body chociażby, w polskiej myśli współczesnej Kaszpirowski, z Biblii to św. Elżbieta, z seriali to Star Trek... No wiem, że nie mam, ale podoba mi się tu, a tam jest zimno, wpisz, że mam pieczątkę wjazdową z dzisiaj. O dziwo, zadziałało, wpisała, dała pościel i się wprowadziłem. Wyprawa do miasta zaowocowała kilkoma przemyśleniami. Po pierwsze, jeżeli chcesz wyrobić sobie zdanie o jakiejś nacji, odwiedź ją w ojczyźnie: zazwyczaj albo się zakochasz na całego, albo wkurwisz. Po drugie, w Macedonii miałem wrażenie, że ilekroć odkrywano, że jestem obcokrajowcem, to ich sympatia do mnie wzrastała jakieś pięć razy. Ponieważ bez tego byli już cudownie wspaniali, to po takim dodatku do dzisiaj jestem wielkim fanem tego kraju. W Serbii działało to nieco inaczej, na mój ruski reagowano, jakbym im napluł w twarz. Zdobycie czegoś bez mięsa zajęło mi w cholerę czasu, skończyło się na pizzy i darciu ryja kelnera, że nie da się zrobić bez szynki i że mam wypierdalać jak się nie podoba. Minęło już parę miesięcy od śmierci Michaela Jacksona. W Belgradzie stypa jeszcze trwała, w dwóch miejscach było mi dane przypomnieć sobie twórczość białego Murzyna. Rano poszedłem zakochać się w zabytkach miasta. Umówmy się, że jest jakiś, umiarkowanie tajny, powód dla którego większość turystów odwiedza stolicę Serbii w innych miesiącach, a nie akurat w grudniu. Padało, zamek Kalemegdan wydawał się strasznie brzydki, zestaw machin wojennych zakrawał na totalny surrealizm. Część muzealna wiele ciekawsza nie była, urywała się na końcu pierwszej Wojny Światowej, a mnie akurat bardzo interesowało, jak zostanie przedstawiony czas Jugosławii, a jeszcze lepiej wojny lat 90-tych. Ma matka popełniła niegdyś dość ciekawą pracę naukową na temat tego, jak różnie przedstawiane są te same wydarzenia historyczne w podręcznikach w różnych krajach bałkańskich. Wyszło, że bardzo. Jeżeli już nie dało się zmienić rezultatu bitwy, to zazwyczaj zwycięstwa przeciwników były haniebne, zaś nasze porażki chwalebne. Mam to szczęście, że znam parę osób, które niekoniecznie żyją w Polsce. Jedną z nich jest Petra, która w Polsce bywa, ale studiuje w Belgradzie. Udało nam się spotkać, zasiąść w studenckiej kantynie i tam ci z nas, którzy mogą pić pili, a ci którzy nie, nie pili. Tak dawno nie mówiłem po polsku, że zapomniałem niemal jakie to szczęście nie musieć dukać i zastanawiać się, jak mówić, żeby cię zrozumiano. Do tego zestaw rozmów mnie interesujący, życie w Belgradzie i studia. Gdy odwiedziłem uniwersytecką toaletę, zastanowiło mnie wiele rzeczy: brak papieru, brak wody, zjebana spłuczka. Trochę jak w domu, naszły mnie myśli: dlaczego? Przecież to nie są jakieś wielkie pieniądze, wszystkie uniwersytety niby walczą o jakość nauczania, ale chyba nie jest wielkim sekretem, że co jakiś czas trzeba iść do toalety. Dlaczego, dlaczego, dlaczego możni tego świata i uniwersytetów nie mogą zdobyć się na takie szaleństwo, żeby zapewnić jakiś normalny kibel? Przecież w krajach takich jak Serbia, czy Polska chyba wszyscy wiedzą, jak to plus minus powinno wyglądać, to nie Iran, czy Birma. Pojechaliśmy do św. Sawy, gigantycznej cerkwi, którą jeszcze kończyli, chociaż wydawało mi się, że blisko radosnego finału nie są. Komunikacja w Belgradzie z jednej strony jest dość sprawna, z drugiej raczej nie polecam napalać się na czytanie w busie i liczyć, że będzie dużo miejsca albo jakieś ogrzewanie. Miło było spotkać przyjazną duszę, ale i tego wieczora nie zapisałem na liście sukcesów Belgradu, no udało się, gdyby nie Petra, to pewnie bym się męczył w jakimś muzeum, czy też kombinował co innego. I gdy już wydawało się, że w Belgradzie mało co mnie urzeknie, a już na pewno nie ludność, w hostelu okazała się gnieździć najlepsza impreza w mieście. Wiązało się to ze zmianą za kontuarem recepcji; nieśmiałą dziewczynkę zastąpił dorodny, wiekowy Serb z kręconymi, siwymi włosami. Sprawdzałem, co też w necie ciekawego, gdy słyszałem, jak ona mówi mu, co i jak. Okazało się, że to jego pierwsza noc na posterunku, chyba został wezwany przez znajomego-właściciela hostelu w sytuacji beznadziejnej. Usiadł sobie na sofie, nisko go wyceniłem, do tego pomyślałem, że jak pierwsza noc w pracy, to posrany, no ja bym był, więc nawet się nie odzywałem. Optyka zmieniła mi się, gdy zagadało do niego dwóch Meksykanów, chcieli iść na dziewczynki i prosili o jakieś porady. Dał im taką listę lokali z adresami i adnotacjami („Burdel, no pewnie będziecie musieli zapłacić, ale czasem się udawało ludziom za wartość artystyczną dostać ruchanie gratis. Młode studentki szukają zabawy na noc. Tu wstęp płatny. Tu starsze i stylowe, strasznie drogo, ale łatwiej zarwać. Tam burdel, płatne za noc, nie za godzinę.”), że żaden przewodnik takiej nie oferuje. Gdy jeden zapytał, czy mają mówić po angielsku, drugi wtrącił na cwaniaka: - Co, chcesz spróbować po hiszpańsku? - Możecie po hiszpańsku, wiele telenoweli było tu bardzo popularnych, każda dziewczyna zna teksty takie jak „!Te quiero!”, czy „”!Soy tu Padre!”, będą zachwycone. A jak nie pójdzie tak, to Tarzan English, angielski podbojów nocnych! Uznałem, że ciekawsze rzeczy dzieją się obok mnie niż w necie. Meksykanie poszli, przysiadłem się. Okazało się, że chłop ma na imię Sasza i ma też inne historie pod ręką, ale to było niemal oczywiste, tylko mędrcy znają kluby samotnej desperacji aż tak dokładnie. Ciągnąłem go trochę w stronę tematów wojennych, dał się uprosić na opowiadania, ale bez przesady. Gdy cały cyrk się zaczął, był w modelowym wieku poborowym, ale akurat punkował i chuja go to wszystko obchodziło. Niestety, nie mógł im grzecznie powiedzieć, żeby wypierdalali, kazali mu zadeklarować przynależność narodową. W domyśle: serbską lub chorwacką, gdyby bardzo chciał, to jakąś pomniejszą. Zadeklarował, że jest Eskimosem (Inuitą... Dobra, nieważne). Nie chciał wdawać się w szczegóły, ale ogólnie: ta odpowiedź była nisko punktowana. Zrozumiałem, że posłali go za to do psychiatryka, chyba do sprzątania, ale nie jestem pewien, czy jednak nie jako pacjenta. Wspomniał, że po wojnie miał wielkie problemy z dostaniem obywatelstwa, bo skoro zadeklarował Eskimosa, to kazali mu spieprzać do swoich i że trochę się z tym woził zanim dostał papiery, przy czym do dzisiaj mu powraca ta decyzja w niektórych sytuacjach. To jest takie fajne... Wsadzili parę osób do pierdla o standardzie kurortu, zrobili im foty, powiedzieli nam, że ogólnie sprawa zamknięta. Ci, którzy poszli spokojnie mordować sąsiadów, mają dzisiaj bezproblemowe życia. Koleś, który nie chciał brać udziału w tym idiotyzmie, bo był mądrzejszy niż stada kutasów w mundurach wtedy, miewa problemy dzisiaj z fiutami za biurkami. Nacjonalistów w tej części świata nie brakuje, więc pewnie byłby w stanie dostarczyć niezłych opowieści, jak go zgnoili, że nie rzucił się gwałcić Bośni. O tym jakoś nie widuję reportaży, ani w gazetach jakoś seryjnie nie piszą. Bałkany się znudziły, a taki Sasza nigdy nie był przesadnie interesujący. Czyż nie tworzymy pięknej i wolnej Europy? Jednak poza rozmową zajmowaliśmy się jeszcze paroma rzeczami. Po pierwsze paliliśmy, po drugie piliśmy, po trzecie paru gości się wprowadziło. Dołączali do nas, impreza się rozkręcała. Koło północy odkryłem, że para Greków przymierza się do posuwania na stole w kąciku common roomu, wydzieramy się jedno przez drugie i że właściwie to mi się podoba, ale zaraz ryjem w podłogę trafię, więc sobie poszedłem. O poranku wyczołgałem się z łóżka i spotkałem Saszę, który wynosił śmieci. Na widok trzech siatek pełnych butelek zrobiłem wow, pokazał, że jeszcze dwie stoją już za drzwiami. Na „do której?” padło „kurwa, nie pytaj, do 6, idę umrzeć”. Nic nie spał, przepił wszystkich o kilka długości. Próbowałem wcześniej ustalić, jak i kiedy jeżdżą pociągi. Telefon na info PKP skończył się dziesięciominutowym czekaniem i rozłączeniem. Piłem kiedyś z facetem, który pracował na takiej infolinii w Krakowie. Powiedział, że robota dobra, zero kontroli i nowiuteńki komputer z szerokopasmowym netem (to było naprawdę parę lat temu). Mówił, że gra po sieci w Starcrafta cały dzień (to było dawno, teraz pewnie gra w co innego), a gdy ktoś zbyt długo dzwoni to podnosi się słuchawkę i zawiesza połączenie. Czasem w przypływie dobrego humoru coś powie, ale nie więcej niż dwóm osobom na parę godzin, bo to męczące jest. I chyba w Belgradzie też siedzi taki facet i pewnie też jak z kimś pije, to opowiada, że lubi swoją pracę. Ja niestety nie wstrzeliłem się w szczęśliwca dnia, więc nie dowiedziałem się, o której jest pociąg, ale kilka minut posłuchałem sobie sygnału oczekiwania na podniesienie słuchawki. Postanowiłem jechać do Nowego Sadu autobusem. Spotkałem się w literaturze ze słowem „peronówka” i wiem, co ono znaczy, ale dopiero w Serbii AD 2009 było mi dane kupić takową. Dowiedziałem się nawet, że z biletem kosztuje 75, natomiast bez biletu 125. Próbowałem zadać pytanie, czy można kupić bilet i wsiąść gdzieś indziej, nie na peronie, bo skoro to warte 75, to ja mogę przy wyjeździe – skoro peronówka płacona jest osobno, a nie w cenie biletu, to rozumiem, że można kupić sam bilet? No i nie rozumiem, nie można i mnie zjebał sprzedający, że on też mnie nie rozumie. Miejsca siedzące w autobusie były numerowane, ale wydawało się, że dodatkowo komplikuje to życie pasażerom. Typowa starawa pinda zażyczyła sobie zamiany ze mną na miejsca, bo chce siedzieć koło koleżanki. Dobra, mnie obojętne, zamieniłem się. Po chwili pretensje do tego miejsca poczęła zgłaszać inna starawa pinda. Zapewne wyczarowały, że skoro ktoś musi stać, to niech to będę ja, a nie żadna z nich. Gdyby powiedziały normalnie, to pewnie udałoby się dogadać, ale z taką kombinatoryką, to nie przejdzie. Przemówiłem w mym kiepskim ruskim i nakazałem sobie dogadać między sobą, która będzie stała, bo ja na pewno nie. I o dziwo, to zadziałało. Jednak całe to wsiadanie... Chamstwo i hołota. Na usta cisnęło się też inne słowo, które ma taką dziwną właściwość ortograficzną, że jedni piszę je przez h, a inni przez ch. Zwykła sobota, najpopularniejsza trasa w kraju, a walka jak przy ewakuacji Abchazji. Zaś co do samej drogi... Podobnie jak trakt łączący Kraków z Warszawą, ten łączący Belgrad z Nowym Sadem nie należy do kategorii najnowsze autostrady Europy. Dziury, zwężenia, wioski, życie. Mówili mi, że Nowy Sad to piękne miasto. Może w lecie, w grudniu poszedłem na zamek. Sam nie powala, a ekspozycja... Obsługa była zdziwiona, że ktoś przyszedł, oblewali właśnie chyba imieniny (darli się zza zamkniętych drzwi, więc nie do końca słyszałem). Przeszedłem wszystkie ekspozycje i chciałem zapytać, czy mają patronat Monthy Pythona. Skąd się w środku Serbii wzięło KANADYJSKIE CANOE? I dlaczego uczyniono z niego atrakcję muzeum??? Wiele osób mówiło mi, że to mój błąd, że za dużo czasu spędzam w muzeach. Tu sobie chociaż kartki popisałem w cieple, bo poza tym wrażeń brak. Jednak zawsze pytam: a gdzie go spędzać, skoro nikogo nie znam, a na zewnątrz cholernie pada? Mam na murku siedzieć i liczyć na cudowne przygody? Tu chociaż była szansa, że zaproszą mnie na wódkę. Nie zaprosili, ale udało mi się kupić ładną pocztówkę, wręcz idealną, bo z kotem siedzącym na nowosadzkim moście. Oczywiście, zdjęcie zrobili mu w miesiącach letnich, żaden kot przy zdrowych zmysłach nie siedziałby tam w deszczu i w grudniu. Kot wariat też nie. Ostatecznie siedziałem na dworcu z menelami, którzy sępili ode mnie papierosy. Zgodziłem się na to, fortuny fajki w Serbii nie kosztują, ale powiedziałem, że jeden strzał = jeden zabity (jeden menel = jeden papieros). Zrobiłem wyjątek: podchodzi pan, schyłkowe stadium życia, widać lata w karierze dworcowej, życzy sobie. Mówię, że już mu przecież dałem raz i że wystarczy. - Dla mamy! Śmiałem się jeszcze godzinę później. Pociąg do Belgradu początkowo nie wyglądał groźnie, trochę młodzieży, nic nie grzało. Kibel był cztery wagony od mojego, a gdy tam wszedłem, zacytowałem słowa Franka Drebina: boże dziękuję, że stworzyłeś mnie mężczyzną. Mogę lać na stojąco. Istnieją pociągi gorsze niż w Polsce, niech PKP zrobi z tego hasło reklamowe, „Zawsze moglibyście być w Serbii!!!”. Im bliżej stolicy, tym większe było oblężenie osób jadących tam na sobotni wieczór. Panny poprawiały makijaże, mężczyźni w pewnym sensie też, wylali się na peron stołecznego dworca niczym pociągowy kibel i pobiegli się bawić. Miałem to szczęście, że na mnie czekano, więc poszliśmy sobie do dworcowego baru, gdzie po pierwsze mogliśmy sobie rozmawiać, po drugie można było rozpocząć wieczór piwem Jeleń. Potem, ku smutkowi jednych, połowa z nas musiała jechać do domu, a oni wrócili do hostelu, gdzie zastali mało epickie picie. Osią picia stali się Bułgarzy, którzy przybyli do Serbii z misją nawrócenia ludności na jedyny słuszny kierunek życia i picia, czyli ich ojczyznę. Przywieźli dobre kilka butli bułgarskiej rakiji, którą uważali za prawdziwą – serbska miała być ersatzem. Każdemu polewali litrami, żeby tylko usłyszeć, że tak, to jest lepsze. Dodać do tego piwo, kolesia z gitarą, który obiecał wieczną chwałę każdemu, kto zaśpiewa TooLa (dostałem), jakieś kanadyjskie idiotki, które narzekały, że ludzie piją... A bułgarska rakija była dobra, nawet bardzo dobra, chociaż pewnie i Serbowie mieli coś podobnie ładnego w odwodzie. Nie rzucili jednak tego do walki, więc w końcu powiedziałem, że lepsze niż serbskie, zebrałem manaty (takie wielkie zwierzęta) i poszedłem spać. Z rozmów przy wódce, opowiadam, gdzie byłem i co mi się udało. - Ile miałeś na to kasy? - Koło 1500 euro - Większość za tyle to na dwa tygodnie jeździ. Kac, zmęczenie, postanowiłem iść na grób Tity. U niego pewnie też bez fajerwerków. Ładnie mu to nazwali, Dom Kwiatów. W grudniu wiadomo, kwiaty umowne, rozwijamy wyobraźnię. Dookoła grobu – muzeum. Lokalny standard, chociaż tu absurd nieco lepszy, bo ku pamięci. Podobno po rozpadzie Jugoszczęścia nikt nie chciał ciała wodza. Próbowali je wcisnąć Chorwatom, bo miał mieszane pochodzenie(?), ale nie udało się, został w Belgradzie. Najlepszą część ekspozycji ku jego pamięci stanowią pały, no buławy chyba po naszemu. W imię miłości do wodza, pisano je z różnych okazji, na urodziny, rocznice, w spontanicznym zrywie społecznym. Zebrały się tego tysiące, z tym przyrządem urządzano biegi przyjaźni, wolności, solidarności, innej bzdury, czym pomagano ludziom organizować czas wolny. Wystawiono tylko najlepsze osiągnięcia, ale odgrażali się, że w magazynach mają jeszcze lepsze. Pozostaje mieć nadzieję, że kłamali. Spotkałem się z Petrą i poszliśmy na burżujskie ciastka do restauracji koło opery. Buta nadal miałem rozwalonego, siatkę foliową i trzy pary skarpet na nodze, dalej mi było zimno. W lokalu wszystko kosztowało jakieś chore pieniądze, chociaż było dobre, chociaż mnie dziwne jak mnie obsługują kelnerzy z epoki właściwej cesarzowi. Jednak prawdziwe „o kurwa” miałem przy toalecie. Płatna. Materiał do „Nie do kurwa wiary”, 95% lokali w mieście, z czego 100% jest tańsza niż ten, nie pobiera opłat za kibel jak zostaniesz ich klientem. Tu uznano, że jak masz na ciastka i kawę, to masz też na kibel? Chore, witamy w Europie. Tęsknię za Iranem. Wieczorem poszedłem na Laibacha i Juno Reactor. Trochę mnie to kosztowało, a oglądany po raz piąty Laibach to już nie to samo, co po raz pierwszy. Świetny klub za to, wnętrza z balkonami, jak w teatrze. Juno Reactor... Wokaliście ktoś chyba powiedział, że może być zimno i padać śnieg, więc przywiózł ze sobą gogle. Nie wiem tylko dlaczego w nich występował. Liczyłem, że może wykonują w duecie God is God, ale niestety, Laibach zagrał jak zwykle. Wiele wynagrodziła sala, która wyglądała jak z XIX wieku, chyba nawet mogła być wówczas zbudowana. Stało się to, czego obawiałem się najbardziej: następnego dnia w Belgradzie spadł śnieg. Początkowo topił się na bieżąco, ale nie pomagało mi to, but rozwalony, wszystko w nim pływa, zimno mi cały czas, trzy pary skarpetek i worek foliowy, cały czas odmrożona noga. Na nowe obuwie mnie nie stać, ba, chwilami zastanawiam się, czy wystarczy na powrót do domu. Moje trasy po Belgradzie zaczęły skupiać się na sklepach, muzeach i wszystkim, co nie wymaga kontaktu z mokrym podłożem. Wiele czasu mi nie zostało, postanowiłem zmienić miejsce pobytu na Sarajewo. Autobus był opóźniony, bo przez noc spadło jeszcze więcej śniegu. Pojechaliśmy, po drodze oczy wychodziły mi z orbit, cały kraj zawalony na biało, chyba Belgrad trzymał się ostatni. Przypomniała mi się książka „Pocztówki z grobu” Emira Suljagicia, dość często przewija się w niej wątek strasznego zimna. Wiedziałem, że w Sarajewie nie mam się, co spodziewać tropików, ale wierzyłem, że może, może, może jeszcze nie ma tam śniegu. Me myśli zajmowały jeszcze inne problemy. Po pierwsze, muszę wyjechać z Serbii, a po pierwsze pierwsze nie mam pieczątki wjazdowej, a po pierwsze drugie, zapomniałem podbić karteczkę w hostelu, która potwierdzała, że legalnie spędziłem wszystkie noce w tym kraju. Mój drugi problem związany był z toaletą. Kibel w busie był. Był zamknięty. Po ponad czterech godzinach jazdy zatrzymaliśmy się w końcu, za to na ponad czterdzieści minut. Pomniejszy problem związany był z tym, że nie miałem mapy Sarajewa, namiary na jakieś hostele przepisałem z netu, ale też z netu dowiedziałem się, że w kolejnej bałkańskiej stolicy dworzec nie znajduje się w centrum, więc dochodziła jeszcze zabawa w dostanie się tam. Droga obfitowała w atrakcje, najpierw zerwał się przewód wysokiego napięcia i spadł na nasz autobus, co spowodowało nieprzewidziany postój. Chyba mieliśmy szczęście, że nas nie popieściło, przyszli lokalni, zadzwonili do kogoś w sprawie kabla i pojechaliśmy dalej. Granica, nie powiem, że byłem spokojny. Przyszedł celnik, zanim do mnie dotarł miał pomniejsze „ale” do jednego Bośniaka i większe do drugiego. Na deser mógł zadać mi pytanie, gdzie mam wjazdową do Serbii i czemu mam wjazdową do Kosowa. Uznałem, że to chyba ten moment, kiedy trzeba udawać jeszcze głupszego niż się jest i poprosiłem o wersję angielską. Tej nie miał pod ręką, więc skończyło się na tym, że na pieczątce Kosowa wbił mi czerwony stempel „UNIEWAŻNIONO” i podpisał się. Zatrzymał sobie za to na pamiątkę jednego Bośniaka. Drugi, bardziej wiekowy, się wygadał, ale ten... Na pytanie skąd jest, odpowiedział, że z Belgradu . Na pytanie o adres, powiedział, że nie pamięta, gdzie mieszka. Na pytanie o pracę powiedział, że ma w takim zakładzie, ale jej adresu też nie znał. No nie taki szok, że go zatrzymali, wszystkim godzina życia na granicy została. Ponieważ autobus musiał być wyłączony, zrobiło się zajebiście zimno. Ma lista zmartwień uległa pewnym przetasowaniom. Odpadł z niej wjazd do Bośni, pojawił się za to punkt: kiedy my tam w końcu będziemy? Życie przygotowało mi kolejną atrakcję. Drogi w Bośni nie są przesadnie oświetlone, nie są też zbyt szerokie. Służby drogowe zaskoczyła zima, chociaż nie wiem, czy u nich jest wiele osób do zaskakiwania. Jechaliśmy przez krzaki totalne, noc, tak biało od śniegu, że aż jasno. Podziwiałem kierowcę, oczywiście nie jechał za szybko, ale i tak o wiele szybciej niż ja bym jechał osobowym. Nieco dziwnie mi się zrobiło, gdy odniosłem wrażenie, że przeszliśmy w tryb sanie. Popatrzyłem do przodu w ostatniej chwili, żeby zobaczyć jak bardzo szybko zbliżają się czerwone światła jakiejś Yugonostalgii (czyli samochodu wyprodukowanego jeszcze za poprzedniego systemu). Następnie szarpnęło, huknęło, pierdolnąłem się strasznie kolanem w oparcie fotela i się zatrzymaliśmy. „Kurwa” i „ja pierdolę” w wielu językach regionu przetoczyło się przez autobus. Oczywiście wszyscy wybiegliśmy z busa. Większość oglądnąć sobie wypadek, ja najpierw się wysikać, a dopiero potem zobaczyć wypadek. Yugo zmieniło układ karoserii, teraz zrobiło się z niego cabrio, dach zwinął się w harmoszkę i po prostu odpadł. Ze środka wysiadła załamana rodzina, pięć osób ich tam było. Rozpoczęło się czekanie na policję, niecała godzina, i tak byłem w szoku, że tak szybko. Pozwolili kontynuować podróż, nam urwał się tylko zderzak. Jechaliśmy 30km/h, myślałem, że się poryczę z żalu. Patrzyłem, czy nie ma na pokładzie kogoś młodego, albo w klimacie, żeby zagadać, czy może coś pomóc, ale nikogo, sami emeryci i to w stylu wyborców PSL.
Welcome to Sarajevo O 22:15 dotarliśmy do Sarajewa. Najpierw objechaliśmy dokładnie całe miasto, żeby w końcu dotrzeć do celu. Jak zobaczyłem dworzec Istoczno Sarajewo, to się popłakałem. Po parę osób były rodziny, po mnie jakoś nie... Nikt nie zaoferował podwózki, chociaż stałem jak idiota i błagalnie patrzyłem, czy może ktoś nie pomoże. W końcu zostałem sam, nie miałem ani bośniackiego grosza przy duszy, ani nawet pojęcia, w którą stronę jest miasto. Poczłapałem w stronę jakiejś główniejszej drogi, znalazłem bankomat. Uda się, nie uda się... Udało, mam pieniądze, konto po raz ostatni dało radę. Mam 50 bośniackich marek, nie mam tylko, co z nimi zrobić. Mała dygresja: kurs marki bośniackiej został związany sztywno z euro w stosunku 1,95. Czyli wtedy marka to było niemal dokładnie 2 PLN, więc cenowo jakoś super nie jest, a poza tym pełno drobnych się produkuje, bo wiele cen kończy się pomniejszych jednostkach. Koniec dygresji. Przez następne dwadzieścia minut stałem przy stacji benzynowej i próbowałem zatrzymać jakikolwiek samochód. Tych zbyt wiele nie było, średnio jeden na pięć minut. Wyświetlacz głosił, że jest minus dziewięć stopni. Plusem było to, że wszystko zamarzło, więc nie chlupotało mi w butach. Minus oczywisty, minus dziewięć. W końcu na stację przyjechała zatankować taksówka, kierowca zgodził się podwieźć mnie do centrum, do jakiekolwiek hostelu. Bałem się, że po takim fachowym ustalaniu trasy, to mi policzy za kurs jak za stosunek. Pojechaliśmy, po drodze pisał smsa, zobaczyłem przypadkiem co i dostałem ataku śmiechu - „jebał te pas”, czyli „jebał cię pies”, takie bałkańskie pozdrowienie, którego jakoś nie zamieszczają w rozmówkach. Popularne są również warianty dotyczące jebania domu i jebania matki. Poza tymi zwrotami wiele więcej nie opanowałem po chorwacku (jeszcze wiem, że gacice to majtki, rakija to rakija, a moje ulubione papierosy to biełyj Ronhill). Na mój atak śmiechu, popatrzył, zrozumiał i powiedział: ja tylko koledze piszę, że jebał go pies. Ostatecznie zapłaciłem pięć marek, czyli malutko, a wysadził mnie w najlepszym miejscu miasta. W Sarajewie jakoś jeszcze nie popierdoliło ich z konkurencją i istnieje punkt, który jest czynny całą dobę. Koordynuje on noclegi i rozdziela ich na kwatery. Cena za dormitorium 10 euro, dostaje się adres w centrum, prowadzą pod drzwi. Dzięki nim nie wybiła jeszcze północ, gdy siedziałem z grupą turystów i piłem wino. Skład nie był zły, Szwajcar, który nienawidzi swego kraju i sam zaczyna mówić o nazistowskim złocie w ich bankach. Malaj, który jeździ po Europie, gdzie mu sytuacja wizowa pozwala (np. nie do Serbii). Brazylijczyk, Polka, dwie Francuzki. Dwa kursy po wino robiłem, szybki przegląd cen: litr wina 3,5 marki, najlepsze papierosy świata, czyli Ronhill lights 2,5 marki. Da się żyć. Jednak najważniejsze było co innego: w hostelu było ciepło, ciepło, ciepło, a nawet gorąco. Siedzieliśmy w podkoszulkach, piliśmy wino, palili hurtowe ilości papierosów i gadali o wszystkim. Jak zwykle w takich plebiscytach, Francuzki nie wypadły na najmądrzejsze w grupie, jedna deklarowała się jako wielka fanka sagi 'Twilight' – zaznaczam, że była dorosła. Druga dobrze udawała zwierzęta, poza tym nic ciekawego. Jedna z nich miała całkiem fajny pomysł, żebyśmy się wszyscy rozebrali. Malaj-Azriq był dumny, bo tego dnia znalazł minę. Poszedł z drugim kolesiem na wycieczkę na cmentarz i pobliskie wzgórza, odbili nieco w las, bo coś im się wydawało, szli przez kopny śnieg, gdy zahaczył o jakiś drut i pociągnął. Po chwili zorientował się, co to jest i przypomniał sobie gdzie jest. Pił, bo cieszył się, że żyje. Z pomysłu rozebrania się nic nie wyszło i koło 4 rano poszliśmy spać. Koło 10 rano spotkałem się z pierwszym od ponad doby jedzeniem. Potem owinąłem się wszystkim, co miałem, w tym stopy workiem foliowym i poszedłem zwiedzać miasto. Starałem się tak dobierać trasę, żeby przynajmniej raz na godzinę być w miejscu z ogrzewaniem. Wiele to nie pomagało, nogi miałem ciągle odmrożone, a chwilami (np. stojąc w kiblu w toalecie galerii handlowej) nachodziły mnie przemyślenia: czy ja naprawdę chcę się dalej w to bawić? Niemniej, wiedząc, co czeka na mnie w domu, stwierdzałem, że lepsze coś takiego niż gapienie się w dobrze znany sufit. Zahaczyłem o parę biur turystycznych, wydawało się, że wycieczka na lotnisko tunelem, którym ludzie uciekali z miasta jest fajna, ale kosztowała kilkanaście euro. Dramatycznie nie było mnie stać na za wiele, więc chodziłem po darmowych atrakcjach, kościoły, cerkwie, meczety. Sarajewo ma to szczęście-nieszczęście, że jest chyba najbardziej wieloreligijnym miastem Europy, nie jest problemem stanąć sobie tak, żeby widzieć jednocześnie symbole wszystkich wyżej wymienionych religii. I to nie tak, że jest punkt widokowy „wrażliwy kulturoznawco, popatrz sobie”, tylko takich miejsc można znaleźć kilka i nikt nie robi z nich wielkiego dzwonu. Skierowałem się na cmentarz na stokach wzgórza, biało i smutno jak szlag, niemal wszystkie daty śmierci z czasów wojny. W 1984 roku Sarajewo gościło zimową olimpiadę. Wyszło w porządku, ale ironia historii sprawiła, że w niecałą dekadę później stoki, które służyły konkurencjom sportowym, przydały się do prowadzenia ostrzału miasta. Miasto ma tego pecha, że znajduje się w dolinie, idealnie do siedzenia na wzgórzach i strzelania w ludzi i budynki. W ciągu pierwszych dziesięciu miesięcy oblężenia na Sarajewo spadło 800000 pocisków, czyli średnio 2500 dziennie. Ma też pecha innego rodzaju, utrzymuje muzeum zimowych igrzysk olimpijskich, w sumie nie wiadomo po co. Gdy tam w końcu dotarłem, obsługa niemal zemdlała. Była jakaś 15, musieli dla mnie wszystko otworzyć i włączyć światła. Na szczęście ogrzewanie mieli włączone wcześniej, więc spędziłem tam ponad godzinę, chwilami udając, że naprawdę bardzo interesuje mnie zdjęcie radzieckiej ekipy biatlonowej, a nie grzanie się. Gdy koło 17 wracałem do hostelu, zobaczyłem idealną kwintesencję Sarajewa: grupa wiekowych mężczyzn, wielu w wojskowych kurtkach, grzało sobie ręce przy wiecznym ogniu upamiętniającym zabitych podczas walk w Bośni. W ten sposób martwi oddawali przysługę żywym, którzy nikogo specjalnie nie interesują. Zabici mają nad nimi tę przewagę, że niczego nie powiedzą, ani nie będą nic chcieli. Inny obrazek, który pozwalał przypomnieć sobie o niedawnych eventach w regionie, to dość duża ilość dzieci żebrzących na ulicach. W sumie liczyłem i wychodziło mi, że skoro mamy grudzień 2009 to siedmiolatków nie należy traktować jako dzieci wojny, ale pewnie los większości z nich jest z nią związany. Dla Polaka oczywiste przecież jest to, że dziecko pochodzące z gwałtu usunięte zostać nie może. Następnego dnia postanowiłem jechać do Mostaru. Współlokatorzy ostrzegali mnie, że dwa dni wcześniej wysadzili ich z pociągu z powodu śniegu i kazali iść łapać autobus, ale jednak, zdecydowałem się na kolej. Na dworcu byłem o 7, siatka połączeń kolejowych sprawiała, że nie miałem wielkiego wyboru. Bośniackie koleje okazały się całkiem niezłe, było ogrzewanie, wygodne miejsca, mili konduktorzy, do tego wszystko punktualnie. Droga jest bardzo ładna, i to zapewne, że o każdej porze roku. Po przybyciu do Mostaru pognałem zwiedzić główną atrakcję, most, który radośnie ostrzeliwano w czasie niedawnych działań zbrojnych. Bośnia naprawdę nie miała szczęście jeżeli chodzi o budowanie, wszystko w dolinach, tylko ustawić moździerze i strzelać. Oprócz mostu jest jeszcze stare miasto (jedna uliczka), od biedy można dołożyć dom biskupa i kościół, ale jedne i drugie fatalne. Poza tym trochę standardowych ostrzelanych domów bałkańskich, jeżeli ktoś zna region to nic nowego. Po może godzinie zaliczyłem wszystkie atrakcje miasta. W lecie pewnie całkiem przyjemnie się po tym łazi bez celu, czy pije piwo w ogródku, ale w grudniu niekoniecznie. Na szczęście śnieg jeszcze nie dotarł do Mostaru, ale popołudniu zaczął padać najpierw deszcz, a potem śnieg, więc znowu mogłem zacząć się zastanawiać nad każdym stawianym krokiem, żeby wlać sobie do butów nieco mniej niż więcej. Skończyłem siedząc na poczcie i pisząc kolejne kartki. Trochę opadła magia tej czynności, była to już dziesiąta z serii. Trudno być tak wiele czasu przesadnie mądrym, więc nie byłem, trochę pomógł mi ładny znaczek z kotem. Co ciekawe, gdy kupiłem pierwsze dwa znaczki to kosztowały one zgodnie z wybita ceną, jedną markę. Na poczcie było całkiem ciepło, więc spędziłem dobrą godzinę na pisaniu treści miłosnych, które miały na takowe nie wyglądać. W tym czasie zmieniła się obsada okienka, a ja postanowiłem napisać jeszcze do kogoś. Znaczki w Bośni cholernie drożeją, bo nagle kosztowały 1,5 marki. Dokładnie te same oczywiście, dobrze, że z kotem. Po kilkunastu minutach nowa panienka z okienka pocztowego uznała, że wystarczy mi już tego siedzenia w cieple i otworzyła drzwi na oścież. Sama oczywiście siedziała w zamkniętym boksie z piecykiem, ale szybko się mnie nie pozbyła – pieniędzy na czekanie w knajpie nie miałem, pociąg odjeżdżał dość późno, więc naprawdę ją wyczekałem zanim udałem się na dworzec. Oczywiście, po drodze zaczął padać śnieg z deszczem, dotarłem cały mokry, z naciskiem na rozwalonego buta. W poczekalni panowała totalna depresja podsycana zimnem. Poza mną nie było nikogo, no parę osób obsługi. Z małym opóźnieniem, udało się powrócić do Sarajewa we względnie cywilizowanych warunkach. Pierwszy i do tej pory ostatni raz suszyłem sobie skarpetki w pociągu. Na szczęście, byłem sam w wagonie-przedziale. Chciałem jechać do hostelu tramwajem, bilety drogie, ale nie będę szedł jakiejś godziny w śniegu kopnym, żeby oszczędzić markę z kawałkiem. Według rozkładu, następny tramwaj miał być już za 34 minuty. Rozmowa dwóch kobiet na przystanku („Ciekawe, czy ten też nie przyjedzie jak dwa poprzednie”) sprawiły, że jednak zdecydowałem się na spacer. To był koszmar, zapadałem się w śniegu prawie po kolana, co jakiś czas dla odmiany wpadałem w poślizg. Śnieg miałem go wszędzie, do tego oczywiście dalej padało i wiało mi centralnie w pysk (czemu niemal zawsze wieje centralnie w pysk??? Całe życie tak...). Ilekroć widziałem jakiś sklep, wchodziłem udając, że chcę coś kupić i grzałem się parę chwil. Po dziesięciu minutach spaceru nie czułem już prawej nogi, totalnie odmrożona. Zacząłem bać się, czy sobie nie zrobię jakiejś trwalszej krzywdy tymi spacerami niemal na boso. Po drodze widziałem dwie stłuczki, zakopaną w śniegu policję, która próbowała dotrzeć do miejsca wypadku, do tego pełno aut, które bezskutecznie chciały ruszyć. Ludzie, przecież u was taka zima to standard, nie opracowaliście żadnych rozwiązań na tę ewentualność, że w grudniu będzie śnieg? Wiecie, rozumiecie, służby drogowe, facet z szuflą, dozorca posypujący krawężnik piaskiem, takie tam. Doczłapałem do hostelu, żeby zastać zamknięte drzwi. Prawie się popłakałem, myśl o szukaniu kogoś z kluczem oznaczała dalsze człapanie i ślizganie. Nie, tylko nie to. Na szczęście, w końcu drzwi się otworzyły, za nimi stał Malaj-Azriq w samych jeansach. Podziękowałem za wpuszczenie i rozpocząłem skomplikowany proces demontażu moich onuc, bluz i koszulek, kiedy uderzył do mnie w te słowa. - Przepraszam cię bardzo, ale mam pewną krępującą wiadomość, którą muszę ci przekazać... Moje myśli powędrowały ku najgorszemu. Kurwa, ogrzewanie nie działa. Odłączyli wodę. Kibel wywalił i cała łazienka jest w gównie. Wybili nam okno w sypialni. Ktoś mi narzygał na łóżko Pierdolnęli nam wszystkie rzeczy. Dawaj tego newsa. - Jestem w trakcie współżycia z Francuzką... A ja już się bałem, że to coś poważnego. Pomocy potrzebujesz? Nie? Współżyj zdrów. Od lat najmłodszych miałem koty. Nie jestem nawet w stanie wymienić, ile ich przewinęło się przez mój dom, ale dziesiątki. Kilka razy widziałem i słyszałem kopulujące kotki. Francuzka chyba też, bo darła się niczym kotka. Pewną ciekawostką tego hostelu była dość dobra akustyka. Siedziałem piętro pod nimi, ale dane mi było wszystkiego wysłuchać. Potem wspólnie, zaspokojony Malaj i ukontentowana Francuzka, piliśmy wino niemal do rana. Spełniałem mą ulubioną rolę, encyklopedii geograficzno-politycznej. W okolicy któregoś litra wina, ustaliliśmy, że Azriq mnie odwiedzi w następnym roku. Rano postanowiłem jechać do ostatniego punktu programu – Zagrzebia. Rozważałem wizytę w Srebrenicy, chociaż wszyscy mówią, że tam nic nie ma. To mi nie przeszkadzało, chciałem się przejść po tej uroczej okolicy, niegdyś strefie bezpieczeństwa. Bawią mnie panele dyskusyjne w stylu: czy Holocaust byłby dzisiaj możliwy? Nie, gdzie tam, ludzie już przecież są cywilizowani, to niemożliwe. Poza tym jest tyle organizacji, które by na to nie pozwoliły... Jest taka edukacyjna książka „Pocztówki z grobu”___???, gdzie autor spisał jak uroczo wtedy było. Mnie szczególnie urzekli żołnierzy kontyngentów międzynarodowych, którzy wykorzystywali swoją pozycję i nakłaniali kobiety do współżycia w zamian za papierosy. Koniecznie należy im dać medale i wcześniejsze emerytury. Oczywiście najbardziej Holendrom, którzy wysłali na śmierć jakieś siedem tysięcy osób. Dowód na to jak bardzo dobrze przygotowano się do operacji w tamtym regionie, jak wiele mądrych decyzji podjęto. Bawią też kolejne propozycje, który miały pomóc w uregulowaniu sytuacji w regionie – dwa razy 96% przeciw. Dodać do tego między sto a dwieście tysięcy ofiar i Europa już była gotowa, żeby wejść w XXI wiek. Powinni tam zabierać w ramach wycieczek edukacyjnych, bo bardzo rzadko odnoszę wrażenie, ze ludzie wiedzą o co chodziło w tym całym cyrku. Jednak Srebrenica jakoś nie stała się tak popularną destynacją jak Makarska Riwiera, wycieczek nie ma, samemu dostać się tam nie jest łatwo, więc odpuściłem na rzecz stolicy Chorwacji. Bilet kolejowy do Zagrzebia kosztował srogo, 52,60, czyli jakieś 26 euro. Za osiem godzin w pociągu o standardzie PKP to trochę dużo. W przedziale nie było ogrzewania, ale byli za to Serbowie, nacjonaliści, zakutani w szaliki z jedyną słuszną opcją. Grali muzykę z komórki, myślałem, że ocipieję. Próbuję czytać 'Moby Dicka' w oryginale, nie bardzo mi idzie, bardzo wielu słów nie rozumiem, próbuję się skoncentrować, a tu mi napierdala z komórkowego głośnika pieśń o wielkiej Serbii. Była z nimi dziewczynka, gdy na nią popatrzyłem, to pomyślałem sobie, że w razie procesów w Hadze, Serbowie mogą przyjąć linię obrony: wysoki trybunale, gdy zobaczyliśmy Bośniaczki, to nie mogliśmy się powstrzymać, zaczęliśmy gwałcić. Niech trybunał popatrzy na nasze kobiety, to zrozumie, co nami kierowało! Oczywiście nie mieli biletów, ale gdy przyszedł konduktor to dali mu jakieś drobne i pozwolił im jechać dalej. Idiota, na chuj ten bilet kupiłem... Zachęceni sukcesem korupcyjnym, poczęstowali cały przedział fajkami Drina. Mimo zakazu palenia wszyscy zapaliliśmy, zrobiło się nieco cieplej. Gdy Serbowie wysiedli, zastąpili ich menele. Cuchnęli, ich to nawet o drobne kanar nie pytał. Siedzieliśmy w koszmarnym ścisku i zimnie. Jednak menele poszły sobie dość szybko, zastąpiły ich matki z dziećmi. Czy ja jestem w jakiejś ukrytej kamerze? Może jeszcze ktoś z dobermanem przyjdzie? Potem było lepiej, wyłączyli światło. Szybko oddali, ale przez cały czas podróży umykała im kwestia ogrzewania. Ja pierdolę, tyle pieniędzy za takie warunki? Ludzie, ogarnijcie się! Chuj mi do ławki przymarza, panie premierze, jak żyć? W żółwim tempie docieraliśmy do granicy chorwackiej, większość matron sobie poszła. Pani sprzątająca przyszła, zrobiła, co do niej należy i zarzuciła szarmancko: - O, tu nie ma ogrzewania. Może sobie idź do następnego wagonu tam działa. Nie ma takich słów, które mogą wyrazić co poczułem, gdy dowiedziałem się, że tyle czasu siedziałem w lodowni na własne życzenie. Znaczy takie miałem miejsce na bilecie, ale to akurat nikogo nie obchodziło. Poszedłem do ciepła, z jednej strony przeklinając los okrutny za te godziny zimnicy, z drugiej błogosławiąc go za wagon, w którym ogrzewanie działa. Tam był jeszcze tylko jeden bonus do ukrytej kamery. Pani opowiadająca o swoich chorobach. Gdy spytała mnie, czy mi coś dolega, zapomniałem języki słowiańskie i odwaliłem po angielsku, że nie rozumiem. Wystarczyło. W Zagrzebiu czekała na mnie bardzo dobra koleżanka mej matki i w sumie już całkiem dobra moja znajoma. Nie ma się specjalnego wyboru jeżeli jest się potomkiem literaturoznawczyni chorwackiej, uwielbiam ten kraj. Kiedyś spytano mnie, ile razy tam byłem. Wtedy to było ponad dziesięć razy, powoli dobijam do dwudziestki. Zagrzeb w miarę ogarniam, więc nie rzuciłem się zwiedzać. Pierwszego dnia pobytu nawet chciałem jechać do miasta, ale tramwaje nie jeździły, więc w efekcie spędziłem ponad dwie godziny gapiąc się na tory. W pamięć zapadł mi menel, który prosił o papierosa. Miałem kilo fajek z Bośni, połowa ceny chorwackiej, więc dałem. W zamian dostałem dwie kuny, czyli jakąś złotówkę. Na moje, że nie trzeba, że po pierwsze wiem jak to jest, gdy chce się palić, a nie ma, a po drugie, że to o wiele za dużo za papierosa, odparł, że mam wziąć. Potem poszedł i upadł na tory. O dziwo, zatrzymała się karetka i chcieli go wziąć do szpitala, ale odmówił. Wieczór spędziłem nie robiąc nic, patrzyłem się tępo w telewizor i kreśliłem Sudoku. Misja zakończona. Z nawiązką, o której nie marzyłem, gdy ponad dwa miesiące wcześniej wychodziłem z domu z plecakiem. Ostatnie słowa, które zapisałem w raporcie tej podróży to „jebłem się pod Mestroviciem”. Mestrovic to rzeźbiarz chorwacki, którego muzeum jest w Zagrzebiu. Jest to całkiem fajne muzeum z bardzo miłą obsługą. Blisko od zagrzebskiej katedry, którą uwielbiam, dla mnie najpiękniejszy obiekt religijny na Bałkanach. W muzeum znalazłem kartkę, która mi się podobała. Spędziłem cały wieczór na pisaniu jej. Najpierw wersja robocza na brudno, potem na czysto na brudno, potem na kartce. Była to jedenasta pocztówka, którą odprawiłem w stronę mej wymarzonej Małgorzaty. Siedząc w zagrzebskim mieszkaniu, zacząłem powoli rozumieć: następną noc spędzę w domu, w Krakowie. Nie będę już skąd miał wysłać kartki. Przez tych wiele chujowych momentów tułania się po Bliskim Wschodzie i Bałkanach, cieszyłem się na wizję spotkania z Małgorzatą. Zawsze jednak było o tysiące kilometrów, teraz nagle się przybliżyło. Wyklinałem sobie, że nie udało mi się oszczędzić nieco więcej i jechać do Pakistanu, czy Turkmenistanu, miałbym o kartkę więcej. W końcu w nocy poszedłem wrzucić ostatnią z mych wysyłek, z nadzieją, że w Chorwacji ktoś sprawdza skrzynki na osiedlach. Doszła, całkiem szybko. Następnego dnia rano pojechaliśmy w stronę Krakowa. Samochodem, kierowcą był Zoran – pół Polak, pół Chorwat, przy którym słowo pisane wysiada. Ironia, okrutne poczucie humoru, wulgarność i seksizm wylewały się z niego przez większość podróży. Do dzisiaj zawdzięczam mu mówienie „jebiem” w trudnych sytuacjach życiowych. Gdy dowiedział się, że będę szukał pracy, spytał, czy nie chciałbym zabić jego żony. Zaśmiałem się, on nie. Najbardziej jednak rozbawił mnie jego komentarz; w Chorwacji trwała kampania prezydencka. Jednym z kandydatów był Milan? Bandić. Były burmistrz Zagrzebia, uwalany gównem po szyję, a niektórzy mówią, że i po uszy. Jego hasło wyborcze głosiło „Jest tylko jeden Milan Bandić”. Oblepili tym cały kraj, zwłaszcza w Zagrzebiu chyba nie dało się być dalej niż 100 metrów od lica Milana Bandicia. Gdzieś pod miastem czekaliśmy na zmianę świateł przy wielkim billboardzie. Zoran spojrzał tępo w górę, zobaczył hasło głoszące wyjątkowość Bandicia, po czym jęknął: i dzięki bogu! Zupełnie niezrozumiałe, że człowiek, który w latach 80-tych należał do Związku Komunistów Chorwacji, a potem utrzymał się na powierzchni aż do zostania burmistrzem Zagrzebia wzbudzał niechęć mego kierowcy. Chyba nie przez wypadek spowodowany pod wpływem alkoholu, a potem próby przekupienia policjanta, który całą sprawę nagłośnił (I NIE WZIĄŁ PIENIĘDZY – to jednak Chorwacja, nie Polska). Co ciekawe, kilka lat później powrócił na stanowisko burmistrza stolicy, gdzie trwał ponad kadencję. Wobec jego rządów niepokojąco często pojawia się słowo korupcja. Pierwsza tura wyborów w roku 2009 przypadała na 27 grudnia, więc nie dziwne, że na tydzień przed całe miasto nosiło poważne znaki kampanii kandydatów. Taki znak najlepszego systemu zarządzania ludzi, że wydaje się fortuny, żeby pokazać ich ryje całemu elektoratowi. No i jednak nigdy nie wiadomo, kto wygra, sondaże jedno, życie drugie. Zoran jechał jak wariat, samobójca grupowy, czyli jak Chorwat. W niecałe dziesięć godzin dowiózł nas do Krakowa. Droga przebiegała przyjemnie i bezboleśnie, jednak po wjeździe ze Słowacji do Polski strasznie rąbnęliśmy w dziurę. To było jakieś dwadzieścia metrów od dawnej granicy. - O, od razu wiadomo, do którego kraju Unii wjechaliśmy – jęknął kierowca. Uparł się nawet zmarnować z pół godziny i zawieźć mnie pod dom. Nie wziął nic za paliwo, chociaż chciałem mu coś dać. Potem zdałem sobie sprawę, że wszystkiego zostało mi jakieś siedem euro i trochę drobnych w walutach odwiedzonych krajów. Wszedłem do domu z całym moim domem ostatnich miesięcy na plecach. Przywitałem się, wręczyłem skromne prezenty, umyłem, przebrałem, włączyłem muzykę z głośników, a nie słuchawek. Internet jakoś przestał mi być potrzebny. Położyłem się na łóżku i wyciągnąłem. Po jakichś dziesięciu minutach zadałem sobie pytanie: - Dobra, nocleg jest, ale gdzie tu będzie jakiś monopolowy? Odpowiedź szybko mnie dopadła. Koniec z życiem. Wróciłem do rzeczywistości.
Gdy zaczynałem to pisać, chciałem, żeby było to o chłopie, który mimo niesprzyjających warunków fizycznych, wypisał sobie dziewczynę swoich marzeń kartkami z końca świata. Po powrocie okazało się, że nie do końca zadziałało. Nasz bohater pogrążył się w żałobie, pił. Kilka dni później okazało się, że jednak napisał dobre pocztówki. Wzorem tytułowego bohatera swojej ulubionej książki, znalazł Małgorzatę. Gdy wyjeżdżałem z domu, myślałem, że zwiedzę tylko Liban, Syrię i Jordanię, a potem złapię jakiś samolot do domu, ewentualnie przeciągnę się autobusami. Dzięki życzliwości wielu osób, w tym mego wuja, który dał mi 3000 PLN bezzwrotnej pożyczki abym mógł wjechać do Iranu, a także Michała, Renaty i Petry, udało mi się spędzić w trasie ponad dwa miesiące. Odwiedziłem jedenaście krajów, większość po raz pierwszy, nawet nie jestem w stanie policzyć, ile kilometrów w sumie zrobiłem. Spałem w 22 łóżkach i podobnej chyba liczbie nie-łóżek. Środków transportu było pełno, enigmatycznie: kilkadziesiąt. Dobre ponad 10% budżetu wydałem na wizy – zwłaszcza irańską, ale również Syria i Turcja przejechały mnie po kieszeni. Im więcej czasu mija od wycieczki, tym bardziej widzę jak niesamowite szczęście miałem, że udało mi się wjechać do wielu z odwiedzanych krajów – zarówno Syria, jak i Iran raczej teraz nikogo nie wpuszczą, podobnie i przedarcie się z Kosova do Serbii jest obecnie jeszcze trudniejsze niż wtedy. Rok 2009 był najlepszym w moim życiu, do dzisiaj boję się, że już lepszego nie będzie. 168 dni spędziłem w podróży. Z tej została mi: - miłość do Iranu i Libanu - wielka sympatia do Macedonii i Albanii - wspomnienie Indiany na żywo, czyli Petra - obraz najpiękniejszego meczetu jaki w życiu widziałem, czyli Esfahan - ogólna sympatia do Muzułmanów. Ilekroć jakiś idiota komentuje zagrożenie Europy poprzez Islam, mówię, że ja się nie boję. Lubię Muzułmanów, z radością przywitam ich jako sąsiadów. Odnosiłem wrażenie, że odsetek uczciwych ludzi jest pośród nich większy niż wśród katolików. - cała ta wycieczka była dość edukacyjna, także na dłuższą metę. Do dzisiaj staram się czytać o odwiedzonych krajach, oglądać ichnie filmy, a czasem nawet przeczytać coś z ich literatury. Pamiętam też, że zainteresowanie Iranem wyszło od Marjane Satrapi i Shirin Ebadi. Kilka osób nawróciłem, chociaż raczej nie do tego stopnia, żeby się tam wybierały. - uwielbiam Shajariana. Czasem też zastanawiam się, co dzieje się u mojego irańskiego przyjaciela, którego ostatnio widziałem, gdy jechał do obozu uchodźców i którego pewnie już nigdy nie spotkam.
Minęły niemal dwa lata od powrotu do domu. Z rzeczy nieco związanych z tematem: prawa noga do dzisiaj czasem przypomina mi o spacerach w kopnym śniegu. Nie jest to dramat na miarę Mickiewicza, ale czasem dopadają mnie skurcze mięśni, których wcześniej nie miałem.
Odwiedziny Azriqa były kiepskie. Głównie siedział w pokoju i nic nie robił, czasem wychodził po ryż, a potem go gotował. Magiczne chwile z winem do rana nie powróciły, widocznie to działa tylko w Bośni. Ostatecznie po pięciu dniach niemal siłą wsadziłem go do pociągu do Warszawy. Dziękował mi potem wylewnie za gościnę, ale coś się popsuło, albo z nim, albo ze mną.
Z Małgorzatą życia spędziłem nieco ponad półtora roku.
Gdy patrzę na moje zdjęcia ze stycznia 2009 i z grudnia 2009, widzę parę różnic we własnym ryju. Więcej niż zazwyczaj zmienia się przez rok.
Milan Bandić nie został prezydentem Chorwacji, chociaż wszedł do drugiej tury. Przegrał w niej 60-40 z Ivo Josipovicem.
Poznany na pograniczu Turcji i Iranu Teru, a także Małgorzata, powrócą w tomie „Korea i Japonia”.
Ja powrócę w tomie „Birma”. ![]() skomentuj (1) Time never dies. The circle is never round. With a shriek birds flee across the black sky, people are silent, my blood aches from waiting” Mesa Selimovic.
Informacja turystyczna kłamała, nie otworzyła się o 7. Gdzieś indziej zapytałem o hostel, nadali mi azymut, po wyjściu z dworca okazało się, że pomyśleli i jest trochę strzałek na przybytek. Podołałem, ogarnąłem się, dospałem i już o 11:30 ruszyłem w miasto. Skopje nie słynie z licznych turystycznych atrakcji. Z każdą spędzoną tam minutą łatwiej zrozumieć powody tego stanu rzeczy, niemniej łazi się po tym fajnie. Trudno byłoby mi powiedzieć dlaczego, ale wielka różnica wobec Turcji, niemal jak w domu. W muzeum miasta zamiast standardowej ekspozycji mieli wystawę Power vs. Poverty. Wspaniała sprawa, zderzenie tych dwóch „problemów” - ryje polityków i duchownych z jednej strony, ludzie z tzw. marginesu, umierający z głodu z drugiej. Właściwie zero dosłowności, pełno symboliki, genialny w swej prostocie przekaz. Zastanawia mnie tylko, dlaczego wystawa nie dotarła do Polski (albo o czymś nie wiem), bo prace rodaków były. Nie chciano psuć humoru naszym zarobasom? Spokojnie, oni i tak do galerii chodzą tylko, żeby skorzystać z kibla, naprawdę można to było pokazać, bo ogólny poziom prac super. Tuż obok powiew historii i kuriozum: w 1963 roku Skopje nawiedziło trzęsienie ziemi. Ku pamięci tego wydarzenia zostawiono budynek dworca z zegarem, który zatrzymał się o godzinie, gdy zdarzenie miało miejsce. Ma dość depresyjny klimat, na ścianie przybity cytat z Tity o tym, że właściwie to dobrze, że było trzęsienie, bo pozwoli im to na wykazanie solidarności Jugolandu, jak też ich niesamowitych zdolności odbudowania się. Od razu musiało im się zrobić lepiej. Obok tego biuro ma pan, który marzy o powrocie dawnej Jugosławii, najlepiej pod światłym przywództwem Tity. Plakaty, zdjęcia, flagi, wystawka cała w oknie. Miło zobaczyć, że nie tylko u nas trafiają się takie barany. Wieczorem poszedłem z zapoznanym w hostelu Francuzem na podbój miasta. Życie nocne w Skopje jakoś nie zabija, skończyliśmy w Irish Pubie obok zamkniętego kina. Co popiliśmy, to nasze, ale nie udało się znaleźć miejsca, gdzie elektro rozkurwiałoby sufity. Gdy zaczął nam przygrywać lokalny zespół zafascynowany światowymi standardami, który cechowało szczególne zacięcie do Santany i Born To Be Wild, postanowiliśmy określić wieczór mianem porażki i iść spać. Nie hamowałem się jeżeli chodzi o tę rozrywkę, jedenaście godzin, zemsta za pojebaną granicę z nocy. 12 euro za nocleg to nie jest mało w świecie mego budżetu, ale w Art Hostel mieli na tyle przyzwoitości, żeby w tej cenie dać wielkie śniadanie w formie szwedzkiego stołu. Dla mnie oznacza to brak koszmaru spod znaku no meat, dla wszystkich nażarcie się do i poza granice przyzwoitości. Po dniu miałem poczucie wyeksploatowania atrakcji stolicy tego pięknego kraju, więc spokojnie zbierałem się do życia. Skończyłem łażąc z Francuzem po obrzeżach centrum. W końcu on pojechał do Belgradu, ja nad główną atrakcję turystyczną, jezioro Ochryd. Info przewodnikowe: są dwie drogi, przez Bitolę i Kicevo – pierwsza wygodniejsza, druga bardziej widokowa. Mój bus zdecydował się jechać ładniejszą, mimo tego serce nie zostało w Kicevie. W lecie można znaleźć milion kwater nad Ochrydem, co przy populacji niewiele ponad 55 tysięcy mieszkańców może wydawać się dziwne, ale spokojnie, oni potrafią. Niestety w grudniu ich ogień do wyłapywania turystów jest nieco mniejszy, więc o ile nie zraził mnie brak bałkańskich babć łapiących turystów przy autobusie, o tyle bezskuteczne dzwonienie do drzwi hostelu złamało mi morale. Na szczęście dopadła mnie starsza pani, w łamanym niemiecko-ruskim ustaliliśmy, że wynajmie mi siedzibę za 10 euro. Metrażowo zrobiłem interes życia: wielkie piętro, dobrze ponad 100 metrów tylko dla mnie. Łazienka w stanie surowym, ale ciepła woda, więc też dobrze. Do tego telewizor, kilkanaście łóżek do wyboru, no bajka. A nie, jeden drobiazg przydatny w grudniu: ogrzewanie. Tego nie było. Wiem, że takie są odwieczne prawa natury, że w zimie jest zimno, tylko ja nie potrzebuję odkrywać tego na sobie. Jednak uznałem, że stosunek ceny i lokacji do metrażu wynagradza pewne niedogodności termalne. Po pięciu minutach poszedłem kupić flaszkę i piwa. W Macedonii mają dość ciekawy system, im dłużej sklep sprzedaje alkohol, tym droższy ww. sprzęt jest, ergo tym więcej za niego płacimy (musiałem to podkreślić). Standardowe ceny kończą się o 19, chyba z chuja ktoś spadł. Wiadomo, co kraj, to obyczaj, jeszcze niedawno widziałem taki obyczaj, że w ogóle nie mieli, ale nie wygłupiajmy się, Bałkany w końcu! Nie miałem nastroju na kombinacje, kupiłem solidne ilości wina i piwa, do tego miałem whisky. Zasiadłem w mojej siedzibie, odpaliłem laptopa i pisałem – opowiadania, kartki i maile. Im dalej zagłębiałem się w realia alkoholu wysokoprocentowego, tym mniej irytował mnie brak grzejnika. Ostatecznie, siedziałem na balkonie, paliłem pety, popijałem whisky z colą, śpiewałem Cohena, pisałem pocztówki i obserwowałem sąsiedztwo. Akurat kilkadziesiąt metrów od mej siedziby była dyskoteka Napoleon. Raczej nie Napoleona tam pili, a i muzyka nie z czasów Bonapartego dobiegała ze środka (kto w 2009 roku rozkręca imprezę na Coco Jambo??? „Twój przyjaciel wziął udział w quizie, 'którą częścią Coco Jambo jesteś?' i uzyskał wynik AYAYAYAYAYAY!”) , ale widziałem, że młodzież wychodząca co jakiś czas na zewnątrz ma pewien potencjał. Koło 23 byli już chyba nieźle zrobieni, zaczęli się obrzucać petardami, huk był pieroński. Szło im nieźle aż do 3 nad ranem, kiedy to przybytek się zamknął. Moja whisky też mówiła, że to już koniec wieczoru, a chociaż whisky to nie Napoleon, to wiedziałem, że obojga ich nie przegadam. Następnego dnia miałem do załatwienia parę spraw administracyjnych. Najważniejsze było kupno kartki pocztowej, w końcu miałem trzymać się planu jeden kraj – jedna kartka. Kupić jedno, napisać drugie, chyba z osiem godzin chodziłem i notowałem swoje pomysły na kolejny odcinek serialu „Najlepsza kartka świata”, który oczywiście wychodził tym gorzej, im bardziej się starałem. Po drodze zobaczyłem sobie korzenie kultury okolicy (Cerkiew Św. Zofii i rzymskie ruiny), dotleniłem serce, umysł i kaca po whisky lasami Macedonii. Z jednej strony, było mi bardzo przyjemnie, z drugiej wiedziałem, że siedzenie nad Ochrydem w grudniu wiele ciekawostek nie przyniesie, okolica niemal wymarła, tylko w jednym z nielicznych lokali cieszyli się, że do nich wracam. Była to pizzeria, a wracałem, bo mieli dobre łącze i dawali Ligę Mistrzów. Drugie normalnie obchodzi mnie mniej więcej wała, ale jak już tu jestem i nie mam nic lepszego do roboty... Przy okazji odkryłem nowy sposób na katowanie reklamami, nie wiem jakim cudem nie ma tego jeszcze w innych krajach: co 10 minut meczu ekran dzielił się na pół, z lewej strony leciał mecz bez dźwięku, z prawej reklamy z dźwiękiem. Wrażenie jedyne, Chelsea z Manchesterem, niezły mecz, sytuacja podbramkowa, wytężam wzrok, co też się dzieje, a przygrywa mi do tego śpiew, że dłuższe życie każdej pralki to Calgon. Na pewno działa też z filmami! Żyję w strachu, bo to pewnie dotrze i do Polski, ale u nas zrobią podział ekranu na 20% meczu do 80% reklam i to nie będzie co 10 minut, a przez cały mecz, film czy koncert. Noc to nie był wielki czas w dziejach mych podróży. Zimno to mało powiedziane, spałem na czterech materacach, nakryłem się wszystkim, co było, a i tak tylko butelka pomogła mi przetrwać do rana. Jak ktoś nie jest alkoholikiem, to ma naprawdę przesrane w życiu. Rano podziękowałem pani, zapłaciłem wszystko i pojechałem w stronę albańskiej granicy. Przedostanie się do nich nie jest łatwą sprawą, niby każdego dnia jest autobus (nie ufałbym), ale ten przejeżdża w okolicach 3 nad ranem. Musiałem więc połączyć autobus z taksówką, żeby tam dotrzeć. Żegnałem Macedonię pełen pozytywnych uczuć, jeden z najbardziej przyjaznych krajów Europy. Uważam też, że mają najładniejsze pieniądze świata (zwłaszcza dziesiątkę z pawiem). Wiemy od dawna (od 1990, kiedy to premierę miało 'Tune in Tomorrow'), że Albańczycy są tak zepsuci, że robactwo rzyga na ich widok, ale coś mnie tam ciągnęło. Ich celnicy okazali się całkiem w porządku, za to facet z oficjalnego kantoru Raiffeisen Bank... Mam nadzieję, że upił się z prowizji, którą ze mnie zgolił, a w drodze do domu wjebał się głową do szamba. Równie ciepło myślałem o taksiarzu, który łaskawie zgodził się podwieźć mnie kawałek w takiej cenie, że jak mi jaja zwiędły, to zostały w taksówce. Aha, to nie był koleś z postoju, kolesie z postoju chcieli o wiele więcej, tego złapałem na drodze. W końcu stanąłem przy stacji benzynowej pośrodku pięknych gór, był grudzień, a słońce dawało przyjemne kilkanaście stopni. Cieszyłem się jak dziecko, bo przede mną wyrastały bunkry – Albania słynie z nich, mają ich dosłownie miliony, ale wydawało mi się, że wygrałem los na loterii, że je widzę. Podejście to dość szybko przechodzi, bo bunkry są wszędzie (chociaż gdyby nie było bunkrów, to też byłoby zajebiście). Po jakimś czasie przyjechał bus, którego kierowca uważał, że pojemność busa wyraża wzór n+1 osób (w nim zaś n oznacza liczbę pasażerów w środku, czyli ilu by nie było, to jeden więcej się zmieści). Prowadzący zapadł na dość ciekawą chorobę, przez dobre 50 minut z każdej godziny jechał 40-50km/h, co było rozsądną prędkością biorąc pod uwagę stan nawierzchni, szerokość drogi, ilość pojazdów, ich wiek, a także pieszych, którzy łazili po drodze bez ładu, składu i w poprzek. Niestety, co jakiś czas na parę minut mu odpierdalało i zaczynał walić ponad 80km/h, a chwilami nawet i ponad setkę. Ja płakałem, rozważałem wysłanie testamentu smsem. Me oczy widziały wielkie przepaście po lewej, krzaki po prawej, wąską drogę pośrodku, ludzi uciekających z naszej trasy przejazdu, a co jakiś czas waliliśmy wszyscy głowami o sufit, bo akurat nie było drogi, tylko dziura. Widoki piękne, przemysł w powijakach (za to jak już była jakaś fabryka, to z pierdolnięciem na miarę Nowej Huty), infrastruktura tzw. „podstawowa” (czytaj: na stacji w kiblu jest brudno, dziura i wiadro). Ludzie próbowali ze mną rozmawiać, jakimiś drzazgami włoskiego i hiszpańskiego powiedziałem, jak mam na imię i ile lat. Zasada n+1 cały czas obowiązywała, chwilami nie widziałem niczego poza ludźmi na mnie leżącymi. Po kilku godzinach, nie wiem jakim cudem cali, dotarliśmy do Tirany. Wyszedłem na wacianych nogach. Wszyscy dawali 500 LEKe, dałem 1000 i czekałem na resztę. Dostałem 200. Patrzę i czekam. Dołożył stówę i bez żadnej krępacji rzucił, że lokalni 500, turyści 700. Dobra, jakieś 5,5 euro, niech będzie, chwała, że jestem w stolicy tego pięknego kraju, w końcu mogłem dalej siedzieć pod granicą. Mam namiary na JEDEN hostel. Chwila błądzenia, chwila ustalania, czy to w ogóle czynne i udało się. Obsługa najlepsza na świecie, Amerykanka z NY, Roshne, która postanowiła żyć w Albanii. Weganka. Muzycznie moja, wymieniłem większość muzyki do podręcznego słuchania. Zaczęliśmy gadać, dojście do etapu rozmowy o pokoju zajęło nam jakieś 30 minut, bo tyle było ciekawych tematów pobocznych. Okazało się, że jej ojciec chodził przez chwilę z Joan Baez. Jej matka nie chodziła z nikim szczególnym, więc uznałem, że koniec miłości, gacie na dupę, idę do miasta. Najlepsze, co można zazwyczaj zobaczyć w Tiranie, to mozaika na fasadzie muzeum miasta. Przedstawia ona przodowników pracy, którzy radośnie maszerują pod sztandarami jedynego słusznego ustroju/w jego stronę i niosą go innym, mniej lub bardziej zainteresowanym. Piszę „zazwyczaj”, bo kilka miesięcy później restaurowali ją i nic nie było widać. Jednak po pierwszym przerażającym doświadczeniu drogowym, Albania okazała się niesamowicie prosta i przyjazna. Większość osób nic nie rozumiała, ale próbowała się dogadać, ceny nie przerażały, infrastruktura wystarczająca. Chociaż ludzie nic nie rozumieją, to się cieszą, ja też się cieszę, chociaż nie bardzo wiem z czego, ale lepsze to, niżby mieli bić. Kantorów na pęczki, bez problemu dostałem uczciwy kurs 135 LEK za euro. Rzeczywistość zaskakiwała, zachwycała i przerażała. Na ulicach dobrobyt (jakieś 5%) spotyka krańcową nędzę (jakieś 20%) i mniej lub bardziej udolne próby przeżycia w tej rzeczywistości (cała reszta). Turystów niemal brak, w miarę się komponuję, ale jednak, niektórzy rozpoznają inostrańca i wyciągają ręce po jałmużnę. Żal mi ich, ale nie. Inni handlują i to handlują wszystkim, ci z gazetami mają większe szanse niż ci z używanym barachłem. Ulice wybudowane w stylu włoskiego faszyzmu, szerokie aleje, szerokie chodniki, wcale niemało zieleni, idealnie na spacer. Jakiekolwiek próby porozumienia się kończą się wielką radością ludności lokalnej, pewnie krzyczeli „jaki debil, po albańsku nie mówi!”, ale ogólne wrażenie całkiem miłe. Słyszałem opinie, że Albania jest bardzo trudnym krajem do podróżowania, bo mało osób zna jakikolwiek język zachodni, jeżeli już, to włoski. Dobrze, żeby tej refleksji towarzyszyła inna: do upadku komunizmu kraj był całkowicie izolowany – nikt go nie odwiedzał, miejscowym nie wolno było nigdzie wyjechać, Hodża chyba prowadził zawody z Koreą Północną na najbardziej zamknięty kraj świata. Nieznajomość języków to pewien dyskomfort dla turystów, ale odcięcie kulturalno-intelektualne musi zbierać straszne żniwo po dziś dzień – w pewnym sensie, Albania przespała cały wiek XX, nie zabierała głosu w debatach, o żadnej z nich nawet nie wiedziała. Śladowo istniejąca sztuka podporządkowana była jedynej słusznej linii systemu. Efekty są widoczne, a raczej ich brak – ze świecą szukać albańskich filmów, muzyki czy obrazów poza granicami kraju. Z literaturą jest niewiele lepiej, w języku polskim dostępne są prace Fatosa Lubonji i Ismaila Kadare. Warto jednak zaznaczyć, że pierwszy z nich spędził siedemnaście lat w Burrel – najcięższym więzieniu systemu, podczas gdy Kadare cieszył się wolnością i uznaniem, tak w kraju jak i za granicą, a gdy w 1990 roku poprosił o azyl we Francji, nie miał większych kłopotów z dostaniem go. Uczucia jakimi się darzą nie należą do najcieplejszych, co dość łatwo zrozumieć – Lubonja napisał swe dzieło „Ostatnia rzeź” na papierosowych bibułkach, zaś debiut Kadare (pochodzący z roku 1963 „Generał martwej armii”) został oficjalnie wydany w kraju i przyniósł autorowi popularność. Potem jednak nie zawsze było aż tak z górki, w roku 1980 zakazano publikacji jego dzieła „Pałac snów” - politycznej alegorii dziejącej się w Imperium Osmańskim. Patrząc po numerach rejestracyjnych łatwo odnieść wrażenie, że Albania pełna jest obcokrajowców – głównie z Niemiec, Włoch, Wielkiej Brytanii i Grecji. Rzeczywistość jednak jest nieco inna – gdy upadał poprzedni system, w kraju było ledwie 500 samochodów. Bardzo szybko rozpoczęto sprowadzanie kradzionych aut z całej Europy, a ponieważ kraj nie podpisał stosownych ustaw, lokalni użytkownicy nie trudzili się wymianą dowodu rejestracyjnego i blach. Legendarny piłkarz AC Milan, Gennaro Gattuso, stracił swój samochód. Kilka lat później znaleziono zgubę... w Tiranie. Kiedy indziej doszło do dość kłopotliwej sytuacji – minister spraw wewnętrznych, Spartak Poci, wybrał się luksusowym Mercedesem S-350 do Grecji. Na granicy okazało się, że jest to „import z Włoch” i policja zmuszona była do konfiskaty mienia. MINISTER SPRAW WEWNĘTRZNYCH! Co dopiero mówić o przeciętnych obywatelach? Promy z Bari do Durres podobno nadal przewożą auta, chociaż to już nie ten obłęd, co kiedyś, gdy setkami ciągnęli auta z Włoch. Wrażenia z paru godzin łażenia po Tiranie były takie (biorąc poprawkę na stolicę i największe miasto kraju), że Albania jest jeszcze gdzieś pomiędzy cywilizacją a pasterstwem. Podobało mi się, nawet bardzo. Trochę dzięki wizycie w monopolowym, gdzie ceny nie były zbyt wyzywające, za to jakość ich wina całkiem optymalna (chociaż rozumiem, dlaczego nikt tego nie importuje). Kończyłem mój pierwszy albański dzień pijąc z Roshne w hostelu i będąc całkiem pozytywnie nastawionym do życia. Po niedzieli nastał poniedziałek. Bywa i tak. Muzea były zamknięte, więc łaziłem bez większego celu, azymut na bazar. Sprzedają tam wszystko, zasilacze, suszarki, Spidermana na motorze, kasety video (seks, kłamstwa), rury, narzędzia, ciuchy, zabawki, no wszystko, co normalny człowiek już dawno wyrzuciłby do śmieci, ewentualnie oddał na biednych. Jakimś przypadkiem stargowałem chustę albańską, krój dość ciekawy, poncho właściwie, dałem za to 200 LEK, do dzisiaj nie wiem, po co mi to. Z desperacji poszedłem do pamiątkarni – nie brakuje ich, bez problemu można kupić sobie koszulkę z godłem (czyli zajebistym dwugłowym orłem) w wersji międzynarodowej (Albania) i patriotycznej (Shqiperia – jak z tego zrobili Albanię...). Zostawiłem trochę grosza, w zamian miałem prezenty dla paru znajomych. Mimo poniedziałku główne muzeum okazało się czynne, wystawa Greenpeace. I tu o dziwo żadnych męczących zbieraczy podpisów, tylko świetne prace dotyczące zanieczyszczenia środowiska. Nie wiem, czemu u nas tak nie mogą. Podobnie nie wiem, dlaczego Tourist Info w Tiranie może dawać w prezencie takie mapy, że w oparciu o nie można prowadzić działania militarne, a przynajmniej wszystko bez problemu znaleźć. Poszedłem do jednej z bardziej flagowych atrakcji stolicy tego osobliwego kraju, Piramidy. Pierwotnie było to mauzoleum (wybitnie kuriozalne), gdzie spoczywał Towarzysz Enver, później zaś miało to być także muzeum poświęcone jego osobie. Jednak, niestety, to nigdy nie powstało, w roku 1992 przeniesiono go na zwykły cmentarz, a Piramida pozostała jednym z najbardziej rozpoznawalnych budynków miasta. Nie do wiary jak pociesznie można połączyć beton, szkło i metal. Co gorsza wszystkiego tego dokonała córa dyktatora, Pranvera Hodża z pomocą swojego małżonka. Obiekt poddawany był remontowi, wcześniej mieściła się tam dyskoteka o adekwatnej nazwie „Mumia”, wykorzystywano go też na konferencje, a póki stoi stanowić będzie także niezłą zjeżdżalnię. Drugie wielkie osiągnięcie córy tatusia, to słowa „zwierzęta się przebudziły” na widok ludzi formujących pierwsze ruchy demokratyczne w Albanii. Plebs wam zepsuł ten raj na ziemi, co za chamy! Niedaleko Piramidy jest National Art Gallery – po przejściu pierwszego piętra, gdzie można znaleźć ikony i nieco malarstwa z XIX i XX wieku (nie oszukujmy się, cudów nie ma), trafiamy na piętro drugie – czasy komunizmu w sztuce są pocieszne w każdym kraju, ale tu przebito nawet poziom Związku Radzieckiego. Rzeźby górników, obrazy partyzantów, ludzi pracujących z uśmiechem na roli czy w fabrykach, elektryfikujący kraj i zbierający się na wiecach. Próżno jednak szukać Towarzysza Envera – usunięto wszystko, co mogłoby przypominać odwiedzającym jego przeklętą postać. Jednak cuda są w takiej liczbie, że serce zostało w National Art Gallery. Szerokimi alejami i bulwarami wróciłem do serca Tirany, na wielki plac Skanderbega – narodowego bohatera Albanii, który w XV wieku dzielnie walczył z Imperium Osmańskim. W pięćsetną rocznicę śmierci bohatera – 1968 r.– uhonorowano go jedenastometrowym pomnikiem na placu. W latach poprzedniego systemu towarzyszyła mu statua Hodży, ale 21 lutego 1991 roku ludzie uwierzyli w wolność do stopnia, który pozwolił im na ekspresję głęboko skrywanych uczuć do wodza, co najpełniej wyraziło się w obaleniu pomnika przez grupę około stu tysięcy osób (zwierzęta się przebudziły). Podobne reakcje wystąpiły w całym kraju (więcej zwierząt się przebudziło), zaś dzieła wodza publicznie palono (na to już nie mamy słów, chociaż te akurat pewnie wszyscy już znali na pamięć). Skanderbeg został sam, ale za to ma dość intrygujący widok – na wspomnianą fasadę muzeum historycznego, o którego sile świadczy wspomniana wcześniej gigantyczna mozaika o tytule „Albańczycy” - przedstawiająca (niespodzianka) Albańczyków (/niespodzianka) od czasów antycznych po współczesne. Obecnie muzeum mogłoby nie spodobać się Hodży ze względu na część dotyczącą jego czasów. Można się tam też dowiedzieć, że Herkules był Albańczykiem, co o dziwo jest prawdą – tereny, z których pochodził, to dzisiaj Albania, chociaż obawiam się, że gdybyśmy zapytali herosa o tożsamość narodową, to mógłby udzielić innej odpowiedzi. Nie wiedziałby też zapewne, co to za dziwne miasto jest stolicą kraju, bo Tirana zyskała to miano stosunkowo niedawno, w roku 1920 – uznano, że nadmorskie Durres zbyt narażone jest na ataki z morza, by pełnić dalej tę funkcję. Dyplomaci nie otworzyli szampanów, gdy dowiedzieli się, że muszą przeprowadzić się w miejsce, które było wówczas przysłowiową wiochą zabitą dechami – w trzy lata później populacja miasta wynosiła zaledwie 10845 mieszkańców, z czego zapewne przynajmniej połowa to efekt nadania miastu statusu stolicy. Współczesna Tirana to średnich rozmiarów miasto o populacji ponad 600 tysięcy obywateli. Architektonicznie stanowi wypadkową przyjaźni Króla Zoga I z Mussolinim, który użyczył swych fachowców – Armando Brasiniego i Florestano de Fausto – z modelowymi pomysłami budownictwa realnego socjalizmu. Król Zog został jednak moim wodzem z innych powodów – przez lata wymieniano go w Księdze Rekordów Guinnessa jako największego palacza w dziejach, miał pochłaniać około TRZYSTU papierosów dziennie. Jednak najwspanialsze, co oferuje plac Skanderbega, to meczet Ethem Beja – wybudowany w latach 1789-1823, przez całe lata komunizmu pozostający w zamknięciu. Ozdobiono tu dosłownie każdy centymetr ścian w motywy roślinne, wodospady czy też martwą naturę – malunki dość rzadko spotykane w meczecie. Są oficjalne godziny przeznaczone dla zwiedzających, ale można poprosić i wejść także w czasie przeznaczonym na modlitwę (niekoniecznie należy wtedy oświetlać wszystko lampami błyskowymi i drzeć ryje – pewnej grupie turystów wydawało się to wręcz wskazane). Dotykając spraw wyznaniowych: przez lata religia była zakazana, a w roku 1967 Albania zadeklarowała się jako pierwszy ateistyczny kraj świata. Obiekty sakralne niszczono, zamykano, lub przekształcano na centra młodzieżowe i kulturalne. Wdarcie się tysięcy ludzi do meczetu Ethem Beja w 1991 roku pokazało, że misja Towarzysza Envera jednak się nie powiodła. Współcześnie trudno określić status religijny wielu obywateli, z pewnością dominuje odmiana islamu, za nim jest prawosławie i katolicyzm, ale ludność wykazuje duży dystans do spraw wiary i jeszcze większą tolerancję. Wychodząc z placu, do atrakcji miasta warto dodać Skytower – najwyższy budynek miasta (z racji tego jak budowali, to już chyba jeden z najwyższych). Najwyższe piętro, przeszklone wszystko, ekskluzywna restauracja. Postanowiłem udawać, że szukam stolika, raczej nie uwierzyli, ale pozwolili sobie popatrzeć na panoramę okolicy i udawali, że mnie nie widzą. Poszedłem na pocztę, wysłać kartki. Według mapy nieopodal placu Skanderbega znajdował się urząd pocztowy. Zachodzę, totalny rozpierdol, gołe wnętrza, gruz, wyrwane i rozpierdolone wszystko. Ktoś zrobił coś, co w Polsce powinniśmy wszyscy już dawno zrobić, rozpierdolić ten cyrk w drzazgi? Fajnie, ale muszę wysłać kartki. Mapa, namiary, drałuję, a z dobrego kilosa było. Działa, tak, to jest poczta, jakieś znaczki są, kolejki też typowe dla poczty w postsocjalizmie (jestem z Polski, to wiem, co wy mi tu możecie...). W ciągu jakichś dwudziestu minut stał się cud: uwierzyłem, że Poczta Polska nie jest najgorsza na świecie. Naprawdę, widziałem wiele urzędów pocztowych i właściwie wszystkie były lepsze od polskich, niektóre tylko trochę, ale zawsze. Albania odmieniła kolejność na podium. To, jaki burdel i dezorganizację tam mieli, sprawiło, że zatęskniłem za urzędem pocztowym numer 51 w Krakowie. Ja pierdolę, kobieta nie wiedziała nic, widziałem, jak lokalni odchodzili nie załatwiając niczego, co dopiero kupić znaczki na pocztówki do Polski i Niemiec? Działało jedno okienko z pięciu, trochę jak Polska, ale u nas mają przynajmniej tyle przyzwoitości, żeby iść się opierdalać sprzed oczu petentów, w Albanii nie. Baby siedziały, przybite przez pizdę do stołka, i gaworzyły sobie, nie myśląc nawet o otwarciu okienka. Moje dylematy zostały przesunięte w czasie, jedna z pracownic wróciła z zakupów i przyniosła cytryny. Na to pani z jedynego czynnego okienka zamknęła je i poczęła wpierdalać cytryny na oczach zebranych. Rwała kawałki, obtaczała je w cukrze i pakowała do swojego otworu gębowego, który wyglądał gorzej niż niejedna cipa, jaką widziałem. Gdy już się nażarła, otworzyła okienko i po skromnych czterdziestu minutach mogłem przystąpić do kupna znaczków. Jeszcze tylko nakrzyczała na mnie, że nie mówię po albańsku i załatwiłem! Cuda, świnia by się porzygała w tym pocztowym szambie. Nie no, to nawet ciekawe, cieszmy się z tego doświadczenia, czyli jednak może być gorzej niż w Polsce, gratuluję, wydawało się, że nie. Wieczorem poszliśmy całym hostelem (ja, Roshnee, nowy gość, Tom z Baltimore). W sumie fajne, że w całkiem ładnej restauracji idzie zjeść za parę euro. Potem poszliśmy do bardzo trendy lokalu, 300 LEK za piwo. Nie no, może sobie być, ale raz wystarczy, zwłaszcza, że kilka metrów od wyjścia stoi buda, gdzie można kupić prawdziwy alkohol za grosze. Tom z Baltimore próbował zgrywać cwaniaka i zaprawionego w bojach pijaka, ale jak po połówce stracił orientację, gdzie jesteśmy i go prowadziłem, to mu przeszło.
Kolejny dzień w Tiranie. Nie chce mi się, ale jest nas dwóch, to może na górę Dajti? Mniej upierdliwe niż muzea, bardziej wyzywające niż nic nie robienie. Droga wiodła przez targ żywnościowy. Trauma, gdzie są obrońcy zwierząt? Kolejka na górę to gondolówka, pięć stów za twarz. Poza nami nikogo, aż za ładnie to wyglądało na Albanię. Na szczycie chcemy iść, gdziekolwiek. Za bardzo się nie da, w lewo teren wojskowy, w prawo 200 metrów i teren wojskowy. Niby jest infrastruktura, lokal, huśtawki, inne pierdoły, ale jakoś nie wzrusza. W tym wszystkim jednak zdaliśmy sobie sprawę, że przecież są bunkry, ergo jest zajebiście. Trochę o nich: to chyba największa osobliwość Albanii, dziedzictwo poprzedniego chorego systemu (nie, że obecny jest przesadnie zdrowy) i efekt działań Envera Hodży – dyktatora władającego krajem od roku 1944 do swojej śmierci w 1985, zwanego Towarzyszem Enverem. Efekty działania i implementacji myśli władcy widoczne będą jeszcze wiele lat, a szkody, jakie Albańska Partia Pracy wyrządziła obywatelom, są nie do ocenienia. Wierny uczeń Józefa Stalina zerwał stosunki z Jugosławią w 1948 roku – oficjalnie z powodów ideologicznych i sympatyzowania ze Stalinem, mniej oficjalnie, z powodu długów. Wcześniej jeszcze odrzucono ofertę Tity, aby Albania została jedną z republik Jugosławii, uznali ich wersję komunizmu za zbyt liberalny. Później zerwano ze Związkiem Radzieckim, uznając, że kraj ten zbytnio się zliberalizował po referacie Chruszczowa na XX zjeździe. Na szczęście był jeszcze Mao „Wielki Sternik” Zedong, który w oczach albańskiego kolegi właściwie rozumiał ideę jedynie słusznego systemu. Niestety, i Chiny zdradziły sprawę, gdy w 1978 dopuściły do procesu czworga. Ludowa Socjalistyczna Republika Albanii zmuszona była zerwać i te stosunki, by w mniemaniu wodza pozostać samotną na placu boju o jedyny słuszny system. Mimo śmierci Hodży w 1985 system utrzymał się do 1992 roku – tyle mniej więcej zajęło ludziom zdecydowanie się na podjęcie działań przeciwko dogorywającej partii. Przyjmuje się, że bunkry stanowią wspaniałe świadectwo stanu umysłowego wodza – w roku 1950 ogarnięty paranoją przed inwazją wrogów systemu, poprosił o zaprojektowanie struktury obronnej mogącej wytrzymać ostrzał czołgowy. Nie uwierzył jednak konstruktorowi na słowo dopóki ten nie wyszedł cały i zdrów ze swego dziecka po bombardowaniu, Hodża zdecydował: idziemy na całego! Ludziom żyjącym w piekle wmówiono, że nigdzie na świecie nie ma tak dobrze, a wszyscy im zazdroszczą i będą chcieli odebrać to szczęście, dlatego konieczna jest nieustanna gotowość do odparcia niechybnego ataku. Liczbę bunkrów szacuje się na 750 tysięcy – po mniej więcej dwóch godzinach jazdy po kraju przestaje się zwracać na nie uwagę. Ponieważ oczom naszym ukazały się modele większe, nie aż tak popularne jak standardowe „grzybki”, poszliśmy zobaczyć, co też zrobił z nimi czas, a raczej lokalna ludność. W pierwszym znajdowały się narzędzia rolnicze i siano, w drugim zaś rezydowało pokaźne stado kóz. Kolejny, nieco mniejszy, zamieniono na latrynę. Poza walorem rozrywkowym, bunkry stanowią poważny problem – zbudowane z betonu i żelaza są koszmarnie trudne do usunięcia, często utrudniają właścicielom uprawę pól, czy też zbudowanie czegoś nowego na ich miejscu. Z tego powodu Albańczycy próbują wykorzystać je do czegokolwiek – w pewnym sensie nie ma problemu bezdomności, młodzież nie narzeka na brak miejsc do schadzek miłosnych, można dostrzec próby uprzyjemnienia ich wyglądu malunkami, ale najczęściej kończą jako składziki na narzędzia. O 16:00 odbywał się jakiś koncert poparcia Unii Europejskiej. Trochę jakby pedofile zrobili sobie imprezę w domu starców, mniej więcej tyle samo radości i szans na sukces. Już o 14:30 były tłumy, o 16:00 był tak zwany total full. Grali covery Joan Jett, cały plac Skanderbega był niebieski od flag Unii Europejskiej. Ech, nawet my aż tak nie chcieliśmy, jak wy. Potem na scenę wyskoczył lokalny Rubik, pisk i brawa, zagrał, wymieniliśmy spojrzenia. Po mniej więcej dwóch minutach jego występu niebo zapłakało, uznaliśmy, że to świetny pretekst, żeby iść na obiad, a potem na grę w karty do hotelu. Grą wyboru był Egyptian Ratscrew, u nas raczej nieznana dyscyplina. Hostel był cały nasz, więc mogliśmy drzeć ryje do oporu i jeszcze trochę. Kilka minut od hostelu był monopolowy, całkiem nam się spodobał, wystarczająco, żeby iść tam dwa razy. Niemniej, wiedziałem, że z nimi nie rozkurwię kosmosu, chociaż kładąc się spać koło 3 czułem się wcale nieźle. Ostatni dzień w Tiranie. Pada jak chuj, ale chociaż deszcz, nie śnieg, nie tak źle na 9 grudnia. Przyjemniej pewnie jak się nie ma rozwalonych butów, ale ludzkość zna większe dramaty. Trzeba tylko było uważać na wybitne dziury w chodnikach i obluzowane płytki, jak w Polsce. O 18 miałem autobus do Prishtiny. Zakochałem się w Albanii, ale nie bardzo widziałem możliwość dalszego zwiedzania tego kraju o tej porze roku i z moimi zasobami finansowymi, a także przy ich infrastrukturze. Postanowiłem sobie jechać dalej i obiecałem wrócić. Wsiadanie do autobusu to był jakiś burdel wszech czasów. Krzyk, wrzaski, torby, toboły, w pewnym momencie rozważałem zostanie jeszcze jednego dnia w Tiranie. Nie wiem, z czego wziął się ten cyrk, ale jakoś go rozwiązali i pojechaliśmy. Potężne 40km/h, ale, widząc drogę, przesadnie nie miałem pretensji. Pełno miasteczek, nazwy oczywiście nie do wymówienia, jedni wysiadają, inni wsiadają. Jedni podjeżdżają dwa kilometry, inni z tobołami na wielką migrację do sąsiedniego kraju. Pod wieczór zatrzymaliśmy się w restauracji, kto ma LEKe niech je, ja nie miałem. W pewnym momencie wywaliło prąd, totalna ciemność. Z restauracji wybiegł facet z latarką, pognał do piwnicy i odpalił jakiś agregat. Restauracja ponownie się rozświetliła, otoczenie wraz z lampami ulicznymi pozostało niewzruszone. Dziwnie, aż kusi wysiąść, iść do lasu i żyć jak przodkowie. Reakcja pana z lokalu mówiła, że nie jest to jakieś bardzo dziwne, że pada im prąd. Pierwsza granica, z Macedonią. Nic ciekawego, banał. Kolejna, Kosovo. - Dla jakiej organizacji pan pracuje? - Żadnej, jestem turystą – odpowiedziałem, w domyśle dopowiadając „dajcie kurwa pospać” - Turysta! Cudownie!!! - pogranicznik nie mógł uwierzyć, że ktoś dobrowolnie pakuje się do tego miejsca. Nie wzbudziło to moich podejrzeń, lepiej niż z Bułgarami. 4:00. Prishtina. Brzydko to wygląda, ale w sumie wiele nie widać, w przejeździe zobaczyłem jakiś wypas hotel z wielkim neonem i statuę wolności. Na dworcu źle. Ludzie śpią po ławach, sądząc z ich wyglądu (co oczywiście może być zwodnicze, mylne i zawsze jest złe i nie powinno się), to nie czekają na autobus, tylko tam mieszkają. Nad wszystkim wielkie tv nadaje pornosy, właśnie to potrzebne mi najbardziej. Kibel zamknięty, facet w informacji śpi, rozkłady zdradzają wiele możliwości, ale wszystkie raczej po 8 rano. Nie mam wielkiego wyboru, ręce mam sine, resztę pewnie też, ale nie mam odwagi popatrzeć, tak zimno mi nigdy nie było. Przebiorę się w poczekalni, i tak wszyscy śpią. Ubrałem na siebie wszystko, co mogłem. Dwie pary gaci, szorty, krótkie spodnie, długie spodnie. Koszulkę, cienką bluzę, koszulkę, narzutę z albańskiego bazaru, grubą bluzę, koszulkę, polar, kurtkę z ortalionu. Trzy pary skarpetek. Dalej zimno, w TV kończą się dziewczynki, zaczynają kreskówki po angielsku, z napisami, jedno interesuje mnie tyle, co drugie. Kasy nadal zamknięte. Chcę jechać do Sarajeva albo Belgradu, co szybciej i taniej. Dobra, otwierają się kasy, pytam o Sarajewo. O 16. W sobotę. Za cztery dni. Belgrad? Dzisiaj, 11:00 albo 22:00. Wybór jak w komunizmie. Kupiłem, mam parę godzin na zwiedzenie stolicy Kosova. Pierwsze 30 minut szedłem i wracałem w złą stronę, bo wydawało mi się, że jeżeli położyli jeden chodnik, to będzie on wiódł do centrum, a nie w krzaki. Mój błąd, chodnik wiódł do jakiegoś wojskowego kurewstwa, do centrum skakanie przez błoto i pojebany ruch uliczny. W końcu wyszedłem na pomnik Clintona. Różne gówno w życiu widziałem, ale to natychmiast zajęło miejsce w czołówce. Złoty pomnik w środku blokowiska, pan prezydent pozdrawia zebranych podniesioną dłonią. Nad tym wszystkim billboard z jego twarzą. Z Moniką czegoś nie macie? Słyszałem, że dzięki jego decyzji o pomocy Kosowianom otacza go tu dziki kult, ale to już przegięcie. Clinton Avenue wyglądałaby znacznie lepiej bez tego idiotyzmu. Dalej, wielki billboard, na nim Lilian Thuram, żołnierz NATO i dzieci, miny jakby właśnie skończyli się zabawiać i wszystkim się podobało. Co było do wygrania, wygrała biblioteka. Budynek na myśl przywodzi raczej statek kosmiczny, a nie miejsce obcowania z książkami. Poza tym obiekty atrakcji turystycznej spoza konkursu na dziesiątkę najciekawszych miejsc Europy . Łaźnia była w remoncie, muzeum miało się otworzyć o 9, ale mu się to nie udało. Meczety z zewnątrz raczej nie zachwycały, zwłaszcza w kontekście uprzednio odwiedzonych miejsc. Wieża zegarowa bieda. Pomniki dość standardowe, Skanderbeg, matka Teresa, ofiary wojny. Chyba największe wrażenie zrobiła na mnie poczta, zamknięta. Wyglądało na to, że na zawsze, bo normalnie raczej nie zasłania się wszystkich okien i nie skuwa drzwi łańcuchem. Drugie wrażenie, to aleja zabitych i poszukiwanych, zdjęcia i wstążki, z jednej strony smutne i wzruszające, z drugiej Bałkany standard. Rozbawił mnie plakat zachęcający do wstąpienia do cafe net – można było wykupić sobie abonament i grać po nocach w Counterstrike. Możecie sobie zrobić to live, nie tak dawno nawet mieliście, ale widać, że popularność pozostała, nostalgia nadal obecna. Może następny konflikt uda się rozwiązać w ten sposób? Nie ma opcji gwałtu, ale jakoś przyjemniej i zdrowiej dla wszystkich. Walutą Kosowa jest euro. W efekcie wszystkie ceny bardzo troszczą się o końcówki, żadnych 0,99 czy 2,99, tylko konkretne 0,66 czy 1,12 euro. Kartka pocztowa kosztowała skromne pół euro, a pani niemal pękła z dumy, że ktoś chce to kupić. Znaczków niestety nie udało się zdobyć, ona nie miała, a o poczcie już wspominałem. Niegdyś czytałem plebiscyt, w którym Kiszyniów wygrał na najbrzydszą stolicę Europy. Nie wiem, nie byłem, więc w sumie nie mogę się wypowiadać, ale nie wyobrażam sobie, że coś może być gorszego i brzydszego od Prishtiny. Po dwóch godzinach chodzenia martwiłem się, że jeszcze tyle mi zostało do powrotu. Moje główne skojarzenia? Błoto, zimno, deszcz, syf, fatalne chodniki i ich brak. Ludzie smutni, przybici, żebracy w ilościach hurtowych (wspomagając jednego, możesz wspomóc dwudziestu kolejnych), smutne dziewczynki, które marzą o lepszym życiu, młodzi mężczyźni poszukujący celu życia i pracy. Restauracje i sklepy próbujące być imitacją zachodnich, ale mylące się w tak wielu aspektach tego problemu, że nawet nie wiadomo, w których dokładnie. Depresja, smutek i nędza, gdzie nie popatrzeć. Na dworcu byłem dużo za wcześnie, poszedłem do pamiątkarni. Można było kupić koszulkę z napisem Thank god I am Albanian! i wiele innych okołoalbańskich gadżetów, w tym pełnowymiarową flagę Kosova. Albo nóż typu butterfly, który łączył kosowskie gwiazdy i amerykańskiego orła z wygrawerowanym napisem Flying Eagle. Obok tego stroje ludowe, jaja jak globusy. Zaznaczę, że drogo, mała naklejka do chwalenia się, że byłem w Kosowie kosztowała pół euro. W końcu nastała 11, odebrałem bagaż z przechowalni i poszedłem do autobusu. Przy wsiadaniu tour operator chciał mi coś przekazać, ale okazało się, że nie uda nam się, bo nie ma języka, który obaj mieliśmy w szkole. Z tego, co rozumiałem: nie jedź. Panie, daj mi spokój, chcę sobie spokojnie wrócić do domu, nikt mnie nie zabije, już się kawałek ciągnę w ten sposób. Nie zrozumieliśmy się, wsiedliśmy i pojechaliśmy, chociaż pan parę razy podchodził do mnie i mówił, że not good. Nie rozumiałem nic, próbowałem się przespać, cieszyłem się, że w końcu jest w miarę ciepło. Zrozumiałem, co autor miał na myśli na granicy. Kosowski celnik w idealnym angielskim poinformował mnie i jeszcze parę Duńczyków, że mamy w paszporcie pieczątki wjazdu do Kosowa, co automatycznie uniemożliwia nam wjazd do Serbii. Jak to, skąd to, przecież tu jest cały autobus ludzi, którzy mają nie tylko pieczątki, a nawet obywatelstwa Kosowa i jakoś spokojnie jadą? - Ano tak, obywateli wpuszczają, ale turystów nie. Uważają, że jak masz pieczątkę Kosowa to uznajesz istnienie tego państwa i jesteś przeciwko Serbii. - Zasadniczo nie angażuję się w temat, chcę jechać do Belgradu i tyle mnie to obchodzi. - No ja wiem, mówiliśmy kolegom z innych granic, żeby nie wbijali tych pieczątek, bo potem ludzie mają problemy, ale się uparli. Za parę kilometrów jest serbski posterunek, tam was zawrócą, możecie od razu wysiąść, albo wrócicie do nas na butach. Jest tu trochę polskich żołnierzy, może któryś ma na tyle dobre chody, że cię jakoś przepchnie, ale raczej nie wjedziesz tędy do Serbii. - Gdybym wrócił do Prisztiny i wziął bus do Sarajeva za kilka dni? - Też przez Serbię. - W zimie nie jeżdżą przez Czarnogórę. - Możesz jechać przez Bułgarię i Rumunię - Totalnie mi nie po drodze, mam plan cały, znajomych po drodze, no nie. - Przykro mi. Mówię ci tylko jak będzie, ja cię puszczam, legalnie opuszczasz Kosovo, wy też. Hm, wy wlecieliście do Kosowa, macie szanse. Może mają dobry humor, czasem na samolotowych pieczątkach przepuszczają, na lądowych nigdy – powiedział i wysiadł. Następne parę kilometrów trafiał mnie szlag i brała kurwica. Przesiadłem się do Duńczyków, para pan i pani po 50 z kawałkiem, wierzyłem, że szybko obgadamy, co będziemy mówić i jak walczyć. Myliłem się, uznali, że nie ma po co ze mną gadać. Mówili perfect po angielsku, ale rozmawiali po duńsku, a na moje sugestie wspólnej walki z systemem, kazali się odjebać. Wkurwiłem się i dobiłem jeszcze bardziej. Nie możemy pogadać? W takiej samej piździe jesteśmy, może czujecie się lepszymi, ale naprawdę, w tym miejscu Europy nie jesteście, wasz paszport wart tyle, co mój. A co do mnie... Mam końcówkę kasy, mam umówione spotkanie na 20 grudnia w Zagrzebiu. Przez Rumunię tam nie dojadę, w ogóle nie wiem, czy mi wystarczy na taki model powrotu. Kurwa mać, czemu nikt o tym głośno nie mówi, że taki cyrk tu jest? Uznaliśmy Kosowo, inni zrobili to samo, albo całkiem co innego, ale jakoś media nie mówią: do Serbii nie wjedziesz z Kosowa!!! Ryje sobie porobiły zdjęcia z okazji najmłodszego państwa Europy i chuj z resztą, my latamy, a wy powodzenia. Granica. Pewność siebie plus dwieście. Jestem w brudnych ciuchach, ryj niegolony od dawna, włosy w dwóch kolorach, nie mam szans. Lezie serbski celnik, wiesz o tym, że twoją żonę teraz pięciu rucha? Dotarł do Duńczyków, bierze im paszporty i ma ekstazę w oczach. Drze ryja, nakazuje wysiadać, brać bety i wypierdalać ze świętej serbskiej ziemi. Próbują gadać, w ogóle ich nie słucha, pokazuje, że mają wypierdalać, brać bety i wypierdalać w stronę zachodzącego słońca. Idę z nimi, mój los taki, jak ich, kurwy jebane graniczne, kolejny klient rucha twoją żonę... Gadam z nimi po angielsku, nagle im się przypomniał język, że może razem coś spróbujemy, no to dobry pomysł, tylko chyba za późno. Odpalam peta, podręczny mam w rękach, główny chcę już brać, celnik na mnie drze ryja, że mam wracać na miejsce. Czekaj kurwo, spalę sobie peta chociaż na ten wasz chujowy sposób witania gości, wódki nie mam... Dobrze, wracam do busa, za minutę mnie weźmiesz za bety i wyrzucisz. Siadam wkurwiony i załamany. Autobus rusza i jedziemy. Wjeżdżamy do Serbii. Ej, ale mnie nie wolno! Co się dzieje? Facet za mną klepie mnie po ramieniu i śmieje się, pokazuje, że mam u niego 10 na 10. Jak to? Chwilę mi zajęło ogarnięcie sprawy. Po prostu, celnik widząc moje piękne, brudne ciuchy, zarośnięty ryj i wkurwione podejście do świata, pomyślał, że jestem lokalnym. Nawet nie spojrzał na mój paszport. Uznał, że pomagam Duńczykom, bo znam angielski, jego „spierdalaj do busa” zrozumiałem, bo serbski nie jest daleko od ruskiego. Nie wyjąłem nawet paszportu z kieszeni, nie powiedziałem ani słowa w niczym poza angielskim i tyle. Nie wierzę. Nie wierzę. Nie wierzę. Nielegalnie przekroczyłem granicę. Dokonałem niemożliwego, wjechałem z Kosowa do Serbii. Nie mam pieczątki wjazdowej, według dokumentów nie ma mnie tu, pewnie będą z tego jaja, ale nie obchodzi mnie to, system w postaci barana się pogubił i pomylił, wygrałem! Jestem w Serbii i nie mam zamiaru się stąd wynosić, dopóki nie zrobię sobie odpowiedniej ilości zdjęć do portali społecznościowych dokumentujących mój pobyt w tym kraju. ![]() skomentuj (0) Ogłosili, że będzie koncert Tori, dowiedziałem się, z radości skoczyłem pod sufit i pognałem zdobyć bilet. Nastrój uległ pewnej odmianie, gdy zapoznałem się z pierwszym singlem z nadchodzącej płyty, Carry. Nudne, rozwlekłe, nic ciekawego. Na szczęście, jako bonus dali jeszcze drugi kawałek, Shattering Sea. Pierwszy mnie załamał, ale drugi to całkiem fajne pierdolnięcie. Pozostawało mieć nadzieję, że całość będzie bardziej podobna do drugiego dokonania, ale jednak, historia singli pozwalała obawiać się, że będzie inaczej. Tak też się stało, kilka dni przed oficjalną premierą dopadłem płyty, usiadłem, zapłakałem, a potem przyszedł Pan Jezus, posłuchał ze mną i też zapłakał. Shattering Sea okazało się najlepszym utworem całej płyty. Najgorsze okazały się te, w których udzielała się córka gwiazdy, Tash. Jej głos jest wybitnie dziecinny, co w sumie nie dziwi, skoro ma 13 lat, znacznie bardziej dziwi, że matka zdecydowała się zaangażować ją do nagrania. O ile w wypadku Midwinter Graces (najgorsza płyta świata, od której gorsza jest jedynie jej strona graficzna) dało się to rozumem ogarnąć, bo kolędy i choinka, o tyle śpiewanie 'Cactus Practice', którego tekst traktuje (jak dla mnie) o ćpaniu, to już dość dziwne. Jeszcze dziwniejsze, co sobie Tori zrobić postanowiła. Nie wiem, jak osoba, która dość dużo mówi o prawach kobiet itp. może wypieprzyć sobie najbardziej żenującą kurację operacji plastycznych. Widząc zdjęcia, żywię obawy, że jej pysk zaraz się rozwali. Zamiast się starzeć z godnością, to dzięki różnym zabiegom wygląda obecnie jak Leprechaun, a co gorsza zjawisko ma tendencje rozwojowe. Na szczęście na koncercie siedzi się daleko i za dobrze nie widać, ale i tak, ryj jak u salamandry. Ogólnie sprawy nie wyglądały więc zbyt dobrze, ale zanim pobiegłem oddać bilet, przypomniałem sobie poprzednie płyty i jej występy. Pocieszyłem się, botoksowa ruda karlica ma wybitny talent do grania na żywo ze cztery razy lepiej niż na płytach i nawet średnio atrakcyjne kawałki jej wychodzą, a przynajmniej nie nudzą tak strasznie jak w wersjach albumowych. Do tego chciałem podtrzymać tradycję, że widzimy się co dwa lata i że zazwyczaj dzieje się wtedy coś ciekawego w moim życiu. Oglądałem setlisty i było jak zwykle, nowe kawałki niemal za karę i stare w nagrodę za przeżycie nowych. Na support załapał się Mark Hole, znany chyba jedynie sobie i swojej matce (drugie nie jest pewne) artysta z UK. Pisali, że podczas jego występu warto iść na kawę. Pierwsze dwa nagrania zdawały się usprawiedliwiać tę opinię, ale potem zaczęło wyglądać to lepiej. Z tonu melancholijnego, przeszedł w towarzyski, opowiedział o tym, że rozstał się z dziewczyną, a przed tym współżyli w klubie Garden of Torture i dlatego kawałek tak się nazywa. Przeprosił, że gra i że wie, dlaczego tu jesteśmy i że zaraz sobie pójdzie, aczkolwiek Tori go wybrała i się bardzo cieszy i jest dumny. Potem jeszcze kazał wszystkim przeliterować swoje personalia i powtórzył ze cztery razy, że możemy kupić jego płytę (w tonie autoironicznym). Nie miał szczęścia, bo podczas jego występu ludzie włazili i przepychali się na miejsca, więc klimatu wielkiego nie było. Też wypada się zdecydować, czy olewamy support, czy też musimy komuś przeszkadzać w graniu. 30 minut, poszedł, czekamy na wiadomo kogo. Niemal co do minuty wyszła grupa wspierająca, czyli kwartet smyczkowy złożony z rodaków. Chwilka intra, no i wiadomo, kto idzie do Bosendorfera. Jak zaśpiewała pierwszą linijkę Shattering Sea, to przypomniałem sobie, że to jeden z nielicznych przypadków, gdzie artysta koncertowo brzmi lepiej niż na płycie. Słysząc, jak ładnie komponują się instrumenty, uwierzyłem, że ma pomysł, jak to wszystko rozegrać, żeby zebranych przepełniał zachwyt. Way Down raczej jako przerywnik, o którym wiele powiedzieć czy nad czym się zadumać, ale Suede to już konkret z tych najlepszych. Uwielbiam to i nigdy nie sądziłem, że wróci na żywo, a na tej trasie jest codziennie. Świetnie to grają, grupa towarzysząca wybija rytm na pudłach, wersja lepsza niż z płyty. No i tu sprawy nieco się rypły. Graveyard i Snow Cherries from France to jeszcze traktowałem jako przerywniki i dobra, niech będzie, zwłaszcza drugie wyszło, o tyle następne były Girl Disappearing i Curtain Call, raczej nie z mojego katalogu marzeń. Dało się tego słuchać, ale gdzieś zginął ogień z pierwszych kawałków. Potem powiedziała, że taka piosenka, której nie zabrała na trasę, ale ta postanowiła przyjść na koncert w Warszawie (chyba w formie requestu na Meet&Greet) i zagrała Black Swan. Nie przepadam za tym, niby unikat jak diabli, ale ona ma tyle dobrych kawałków, a tu ten Łabądek. Może ktoś się ucieszył z requestu, ja już bardziej z następnej Mr. Zebry, wolę, żeby się trzymała tych okolic swej twórczości. No i posłuchała mych myśli, bo zagrała Cloud on my Tongue i to z takim ogniem, że wow! Potem nastąpiło przygaszenie radości z przeglądu klasyki za pomocą dwóch dzieł z nowej płyty: Fearllessness i Star Whisperer. Męką jest zwłaszcza to drugie, strasznie długie, a przy tym do niczego nie prowadzące. Na żywo jednak nawet wyszły, pierwsze lepiej, drugie gorzej. Nie będę tego raczej słuchał po nocach, ale bałem się bardziej, niż to było warte. Tori przemówiła. Że to jej drugie hometown, bo cały kwartet jest z Warszawy i jest umówiona na spotkanie z ich rodzinami, a do tego ma tu przyjaciela, wiadomo kogo (jak nie wiadomo, to Kaczkowskiego). Niestety, nie mógł tutaj być, ale rozmawiali przez telefon tuż przed koncertem i obiecał nam, że będzie tu duchem, więc ona mu teraz tak zrobi. I zagrała Lovesong. Umarłem ze szczęścia w pięć sekund. W ogóle zapomniałem, że ona kiedyś popełniła ten cover i że była to jedna z pierwszych jej piosenek, jaką pokochałem. Potem mi to gdzieś zginęło, ale chyba cztery lata temu, gdy sobie przed koncertem mówiliśmy set, to dałem to w kategorii najbardziej chciane, ale nierealne. Teraz szło, pierwszy raz na tej trasie, a nie wiem od kiedy w ogóle pierwszy raz. Największe zaskoczenie w jej koncertowym wykonaniu, jakie mi było dane usłyszeć. Uznałem, że już mi obojętne, może sobie grać Night of Hunters do końca, bo mnie tu już nic lepszego nie spotka. I w sumie wiele się nie myliłem, o ile Putting the Damage On było jeszcze w kategoriach 'interesujące', o tyle Virginia w denne. I tak już lecieliśmy do końca, zaraz Cruel w dzikiej wersji z zespołem i ekstaza, potem Merman i nadzieja, Nautical Twilight i akceptacja. Cały czas chodziło mi po głowie, że ona na każdym koncercie gra Carry i że to dopiero nie będzie ekstaza. Poszło jednak inaczej: spodziewałem się dostania wielbionego Siren, więc wielka radość, chociaż to jeden z tych kawałków, który jej nie wychodzi na żywo. Niestety, nie ma na to jakiegoś dobrego pomysłu, żeby to dobrze zagrać, a wersja płytowa raczej nie wyjdzie na żywo, już na pewno nie z kwartetem smyczkowym, chociaż walczyli wszyscy. Winter jest wielkie i położyła je mniej niż w 2007, ale na litość boską, tak jak wtedy: po co tak to rozciągać i bawić się swoim głosem? Mnie daje to tylko irytującą utratę płynności utworu, a że ma głos, wiedziałem wcześniej. Oczywiście, kawałek nie staje się przez to totalną padliną, ale gdyby jednak tak trochę go bliżej oryginału trzymać? Kto mógł to wstał i pognał pod scenę, z mojego miejsca nie miałem nawet jak próbować. Poinformowała nas, że koledzy z kwartetu zaprezentowali jej kawałek, Multitude of Shades i ubóstwia to i musimy to usłyszeć. Słyszeliśmy wcześniej, ale na żywca tym bardziej rewelacja, Tori schodzi ze sceny, ci grają na cztery instrumenty, jeden z najjaśniejszych punktów wieczoru. Nie powiem tego o Your Ghost, które nam sprzedała ledwo wróciła. Już zaczynało się robić jakieś pierdolnięcie i uczucia, jak w najlepszych czasach, a tu znowu siadamy i tak powoli? Ratowała sprawę za pomocą Caught a Lite Sneeze. Z tym też nieco kombinowała, więcej niż trzeba, ale wyszło dość dobrze, zwłaszcza wywrzeszczane Pretty Hate Machine. Potem znowu przypomniała sobie, że dwa mega unikaty zagrała tego wieczora, ale już od dobrych dwudziestu minut żadnego, więc rzuciła Not The Red Baron. No tak, zbyt wiele szczęścia nie mogło być, cieszyć się, że unikat, smucić, że denne? Baker, Baker i cholera, coś długo, przecież ma jeszcze dwa żelazne punkty – Carry i Big Wheel. Nie narzekam, ale coś mi nie pasuje, toż 22 mamy, dwie godziny koncertu za, może idzie na jakiś rekord? W 2009 w sumie poszalała, może i teraz? Nie obrażę się. No i nie obraziłem, huknęło Big Wheel, wypadło dobrze, ale mniej było popisów na scenie niż ostatnio, nie było grania spod fortepianu, nie było udawania bociana i wielkiego klaskania. No i nie było Carry! Dawno nieobecność jakiegoś utworu na koncercie nie sprawiła mi takiej radości. Przez merchandise w tym roku przeszedłem spokojnie, koszulka do Shattering Sea koszmarna, jak stereotypowy tatuaż tirowca z panienką. Pozostałe taki standard, ani zachwyt, ani odraza, 100 PLN to jednak trochę jest, a mam już tyle jej koszulek, że mógłbym ze dwa tygodnie w nich chodzić i nie powtórzyć się. Intrygował brak naszyjnika, do tej pory były, a na ten tour nie ma? Program 50 PLN, trochę jednak duszenie kasy z ludzi. Co do duszenia kasy: gdy koncert się wyprzedał, postanowiono dostawić dwa rzędy krzesełek. Dzięki temu rząd pierwszy stał się trzecim, myślę, że posiadacze biletów na tenże bardzo się ucieszyli. Ja zresztą też, bo kupiłem sobie 26 rząd (całkiem dobry, ku memu zaskoczeniu, scenę było dość dobrze widać, za to Tori twarzy prawie w ogóle), a trochę później rzucono te dwa pierwsze dostawione. Ogólne wrażenia? Oczywiście pozytywne. Czy było warto? Tak. Zabrakło pierdolnięcia, była tak zwana magia, ale nie było pierdolnięcia! Magia chwilami nużyła, ale bez przesady, nienajgorzej słuchało się tych wszystkich Mermanów i Baronów, bo ona ma takie szczęście, że mogłaby śpiewać dziennik ustaw i też byłoby nieźle. Ze dwie sztuki wymieniłbym na coś przy czym tynk poleciałby z sufitów i parę osób pojechało do szpitala. Inna sprawa, że grając w tym składzie ma dość dużo ograniczeń, ale też widać było, że są w stanie robić rzeczy z hukiem i pomysłem. Jako eksperyment trasa jest fajna, ciekawsze to niż słuchanie znowu Cornflake Girl. Tradycyjnie jej się chce i koncert trwał dwie godziny. Tradycyjnie, za jakiś czas będę z tego pamiętał ze cztery te naprawdę wielkie kawałki, a reszta przepadnie w otchłani pamięci. Jednak rzadko z których wieczorów pamiętam aż tyle, więc nasze spotkanie numer cztery wpisuję sobie po stronie koncertowych zwycięstw i mam nadzieję za jakieś dwa lata znowu się zobaczyć z wiemy kim. ![]() skomentuj (2)
Jestem człowiekiem raczej pesymistycznie nastawionym do rzeczywistości i większości jej przejawów. Wydaje mi się, że nic dobrego mnie, nas, nie spotka, że będzie tylko gorzej, że w ogólnej perspektywie ludzkość obiera możliwie najgorsze opcje i rzuca się w ich objęcia z debilnym uśmiechem na twarzy, by potem nie dostrzegać związku przyczynowo-skutkowego między swoimi decyzjami a ich konsekwencjami. Jednak w ciągu ostatnich paru tygodni przeżyłem zmianę nastawienia do świata, każdy kolejny dzień witam z szerokim uśmiechem, czasem nawet padam obcym ludziom w ramiona i krzyczę im, że będzie pięknie, jeszcze chwila i będzie cudownie. Wszystko to dzięki zbliżającym się wyborom. Ich wizja podziałała lepiej niż terapia na kozetce u miłej pani psycholog. Terapia kosztowałaby mnie tysiące złotych, przepisane leki setki, a efekty nie byłyby nawet zbliżone do tych, które mam jedynie dzięki śledzeniu polskiej myśli politycznej. Dziwi mnie, że cały naród nie podziela tego optymizmu, przecież powodów nie brakuje! Za program jakiej partii się nie wezmę, to widzę tylko, że będzie wspaniale! PO, PiS, SLD, PSL, Palikot, Korwin, PJN, jacyś emeryci i inni, oni wszyscy mają zaplanowaną dla nas piękną przyszłość. Pełną autostrad, dróg ekspresowych i równych chodników. Bez bezrobocia, bez pracy za upokarzające pieniądze na śmieciowej umowie. Albo dostaniemy piękne szkoły w podarunku od państwa, albo będziemy zarabiać tyle, że jedynie się uśmiechniemy płacąc za nie. To zaledwie początek, bo prawdziwe cuda będą się działy w służbie zdrowia. Niezależnie od tego którą partię wybierzemy, trafimy do czystych, nowoczesnych placówek, gdzie tabun wykwalifikowanych lekarzy i pielęgniarek będzie tylko czekał, żeby nam pomóc. I to nie będą standardy Unii Europejskiej, to będą standardy, przy których Niemcy zaczną ogłaszać ile lat przepaści dzieli ich od Rzeczpospolitej. Wyprawa do dentysty w ramach NFZ to będzie przyjemność, zaś nasza wizyta stanowiła będzie zaszczyt dla stomatologa, który na poczekaniu zrobi nam implanty. Wspomniałem o bezrobociu – pojęcie straci rację bytu po 9 października, powstanie tyle miejsc dobrze opłacanej pracy, że będziemy musieli się oganiać od Japończyków. Lud potrzebuje igrzysk, tak więc w przyszłym roku będziemy mieli Euro. Od dawna wiem, że będzie to impreza, przy której sowieckie defilady wypadną niczym chaotyczne spędy bydła, u nas wszystko już dawno zostało zapięte na ostatni guzik. Obiekty sportowe pracują pełną parą, przynosząc skarbowi państwa fortunę, która sprawia, że nasz PKB zawstydza 199 ze 196 klasyfikowanych krajów (Libia, Jemen i Egipt odesłały więcej niż jedną odpowiedź). Bardzo podoba mi się to, że w końcu będzie można tanio kupić mieszanie. Koniec z cenami z gwiazd, będzie nas stać na lokum w centrum miasta. I to za oszczędności, które będziemy gromadzić każdego miesiąca, przynajmniej 3/4 dochodu odłożymy na lokacie, nie żaden kredyt do końca świata i jeden dzień dłużej. Oczywiście rozkwitnie też budownictwo socjalne na rzecz tych, którzy sobie nie radzą. Mieszkania będą, będą dla każdego, a co lepsze: blisko miejsc pracy (jeżeli się nie mylę, standard taki spełniały przybytki zwane obozami koncentracyjnymi, GUŁagami lub Laogai, ale to prawda, ich mieszkańcy zazwyczaj nie mieli daleko do pracy). Bez obaw o wynik wyborów czekam aż będzie mi dane zająć stosowną siedzibę. W końcu ludzie uciekają z Polski, bo brakuje mieszkań, po wyborach możemy spodziewać się tłumów, tak na lotniskach, jak i na granicach lądowych. Wpław będą przybywać z Wysp do nadwiślańskiego dobrobytu, od połowy Bałtyku surfując na fali miodu i mleka. Spodziewany jest także wielki napływ Skandywawów, którzy nie mogą już wytrzymać w swoich obrzydliwych krajach i czekają tylko aż po 9 października zapanuje u nas szczęście, by ruszyć szturmem niczym w czasie Potopu, tym razem nie ma Kordeckiego, który by ich zatrzymał. Gdyby to nie wystarczyło mi, żeby nie martwić się o przyszłość, to jeszcze ceny tzw. produktów podstawowych spadną. Jednak, czy aby na pewno ludzie tego chcą? Przeprowadzilem badania, wyniki są porażające: - jestem za niższymi cenami, - mój sąsiad też jest za, - jego brat również, chociaż mieszka w Kanadzie od 1985, więc nie wiemy, czy się liczy. Jego paszport stracił ważność w 1987 roku, ale jest zdecydowanie przeciw wysokim cenom, więc go uwzględniliśmy w raporcie końcowym, - sklepikarka jest za tym, żeby ceny rosły, a konkretniej, żeby nie rosły, ale ona i tak nam podniesie za „...to wasze cholerne piwo i wódkę na kreskę”. Raport nie kłamie: 75% ankietowanych jest przeciwko wysokim cenom. Cieszę się, że nasi wodzowie to nie grupa oderwanych od rzeczywistości kacyków partyjnych, tylko ludzi z tak zwaną świadomością społeczną, która bierze pod uwagę sondaże opinii. Jeszcze bardziej cieszę się, że niezależnie od wyniku wyborów, po 9 października w końcu będzie mnie stać na ten cholerny kawior i szampana innego niż Igrisstoje. Nie można inaczej niż z optymizmem czytać założeń różnych polityk prorodzinnych. W odpowiedzi na kryzys kołysek, wprowadzone zostaną liczne dopłaty i ułatwienia dla rodziców, państwo będzie pomagało już na etapie zapłodnienia. Jednak nasza ojczyzna nie zapomina też o swoich seniorach. Rewaloryzacje emerytur i/lub piąte filary sprawią, że już Nowy Rok 2012 nasi przodkowie powitają w Tajlandii, na Goa i Dominikanie. Cieszę się także, że po 9 października wizerunek mego kraju w świecie ulegnie znacznej zmianie, oczywiście na lepsze. Pogłębimy współpracę ze wszystkimi godnymi tego, a nasza pozycja będzie tak mocna, jak jeszcze nigdy nie była. To już nie to, że ludzie w Europie w końcu się dowiedzą, gdzie jest Polska, oni będą znali plany miast takich jak Białystok, Suwałki, czy Słupsk, gdyż rola tych w światowej gospodarce przyćmi Silikonową Dolinę. Nawet nieco bardziej oddalone kraje, takie jak Kazachstan, Laos, Surinam czy Togo zamówiły już dokładne mapy naszego kraju. Planują one też wprowadzenie geografii Polski do programów nauczania szkół podstawowych. Wszystko dzięki temu, że nasi wodzowie uczynią z nas kraj-wzorzec, od którego inne będą chciały się uczyć, a my, wyrozumiały pedagog, dzielić będziemy się z nimi wiedzą. Nie ma sensu przedłużać szczegółów anatomii mego szczęścia. To dobrze, że w zimie ogrzeją mnie za darmo, to fajnie, że będziemy mieli najtańszy gaz w Europie, a do każdego litra benzyny kochana ojczyzna dorzuci nam parę złotych. Tak, myślę, że to dobrze, że odrzutowce stanieją, w końcu każdy będzie miał jeden w garażu. Kochani politycy, jestem tak bezpartyjny jak nigdy nie byłem. Posłuchałem was i jedyne, co widzę to szczęście, wszechogarniające szczęście i radość życia. Wiem, że kogo wyborcy nie wybiorą, będzie pięknie! Dziękuję, że tak bardzo staracie się dla mnie, dla nas, dla całego narodu polskiego i ludności napływowej. Nie mogę się już doczekać aż nadejdzie 10 października, bo wtedy marzenia moje i milionów współobywateli, zaczną stawać się rzeczywistością. W podzięce, pozwalam sobie podzielić się z wami pewną sztuczką. Jak wiemy, o wynikach bardzo często decydują młodzi wyborcy. Czy pójdą i czy zagłosują, jak zagłosować mają. Jak wiemy, młodzież słucha dziwnej muzyki. Nie jest to nuta aż tak dobra jak Budka Suflera, Perfect czy Edyta Górniak (Romka, ale na Eurowizji i w Playboyu jej poszło), ale dla nich ma swój urok. Jedną z takich dziwnych-popularnych grup jest Dillinger Escape Plan. Młodzież ich lubi, dobrze się bawi na ich koncertach, jest to ten powiew świeżości, którego nieco mniej w waszych wiecach partyjnych, brak którego sprawia, że młodzi nie idą tak chętnie do urn. Wystarczy jednak uczyć się od najlepszych. Wokalistą grupy jest Greg Puciato. Lata temu, podczas jednego z koncertów wykonał dość osobliwy performance: podczas koncertu wypróżnił się do reklamówki. Nie zrobił tego jakoś banalnie, o nie, wcześniej chwycił za kamerę i sfilmował dokładnie pracę swego zwieracza, publika mogła podziwiać cały proces wydalania, sekunda po sekundzie. Następnie rzucił reklamówką w publikę. Jakież było jego zdziwienie, gdy ta po chwili wróciła i rozwaliła się na nim, oczywiście całego odpowiednio dekorując. Próbował śpiewać, ale dostał torsji, więc w końcu miotał się po scenie ubabrany własnymi odchodami i nie mógł dobyć z siebie żadnego dźwięku, ponieważ go cofało. Czego z okazji kolejnych demokratycznych wyborów parlamentarnych wam wszystkim życzę. ![]() skomentuj (1)
“A street in Constantinople is a picture which one ought to see once not oftener.” Mark Twain Kąpiel nie groziła oparzeniem się, ale przynajmniej rano była woda. Mój przyjaciel poszedł dopytać się, kiedy będzie śniadanie, ja wiedziałem kiedy, ale nie miałem serca mu powiedzieć. Wrócił dość szybko, hotelowy cham powiedział, że jak zostaniemy jeszcze dwie noce, to pojutrze dostaniemy śniadanie. Podziękowaliśmy mu za chujowy nocleg i jeszcze gorszą obsługę, po czym ruszyli w miasto. Mój przyjaciel chciał wymienić pieniądze, ale nie w tureckim kantorze, bo Turcy oszukują. Na szczęście miał namiary na jakiś irański, więc przejechaliśmy kawałek, żeby zobaczyć, czy tam nie oszukują. Miał riale, więc może dobrze, że nie próbował u Turków, chyba by nie poszło. Kasę udało mu się wymienić, ale starszy pan z kantoru bardzo popsuł mu humor. Kazał wracać do Kayseri, że tam jest miejsce pobytu dla ludzi z jego statusem, że w Stambule nic dobrego go nie czeka i że nie bardzo może tu być. Musiał sobie kupić bilet za większość swoich pieniędzy. Nigdy w życiu nie było mi żal nikogo tak, jak jego wtedy. Co jeszcze głupsze, przecież byliśmy tam dopiero co, że też biedak nie wiedział. Pozostawała nadzieja, że w Kayseri będzie miał więcej szczęścia. Zaskoczył mnie wyjaśnieniem, że musi tam jechać, bo ONZ w Stambule ma przerwę z powodu odbywania pielgrzymki do Mekki, natomiast ci z Kayseri nie pojechali do Arabii Saudyjskiej. Skinąłem ze zrozumieniem głową. Przeprowadziłem się do hostelu w centrum miasta, wyglądał o wiele lepiej niż ten pierdolnik w kurwodystrykcie, do tego kosztował osiem euro za noc w dormitorium. Przyjaciel zostawił bety i gdy ja zajmowałem pokój, ten zaczął opowiadać pracownikom hostelu o swojej walce o wolność Iranu. Wykazali się umiarkowanym zrozumieniem i wyraźnie odetchnęli z ulgą, gdy go zabrałem na spacer po Konstantynopolu. Poszliśmy w miasto, po tanim Iranie Stambuł to był szok. Turecka lira to dwa złote, precel kosztował 0,75 liry, więc jeszcze do przeżycia, ale za omlet z herbatą dałem prawie dychę. Nie bardzo miałem pieniądze, żeby i jemu coś kupić, oferowałem połowę swojego posiłku, ale powiedział, że nie jest głodny. Cholera, no nie kłam, siłą cię nie będę karmił, ale wiem dobrze, od kiedy nie jadłeś. Chodziliśmy po darmowych atrakcjach, wyszukiwałem ich usilnie, bo nie będzie przecież wydawał na wstępy w swojej sytuacji. Najpierw groby sułtanów, mój przyjaciel cieszył się, że jest wersja w farsi i upewnił się dobre cztery razy, czy to zauważyłem. Następnie Błękitny meczet, widok powalający, 43 metry, które wyglądają tak monumentalnie, jak mało co w życiu widziałem. Byłem wcześniej w Stambule, ale praktycznie nic nie pamiętałem, odkrywałem to wszystko na nowo. Tu jednak musieliśmy poczekać, aż skończą się modły, potem zaś było już tylko piękne szczęście. W porównaniu z Iranem atmosfera meczetu była niemal piknikowa, ludzie rozmawiali, łazili spokojnie i tłukli tony zdjęć. Mój przyjaciel był jednocześnie zachwycony i przerażony ogromem miasta, ilością turystów i tym, że farsi nie jest pierwszym językiem. Zmęczeni jak diabli usiedliśmy koło meczetu, gdzie dołączył do nas kot. - Cat small very good – przekazał mi przyjaciel. Potem jednak ich kontakty pogorszyły się, okazało się, że cat small nie reaguje na polecenia we farsi, co doprowadziło do uznania go za kota tureckiego i ogólnej pogardy dla jego jestestwa. Mnie trochę oczy wyszły z orbit, jak znalazł jakiś kranik i sobie przeprał przy nim skarpetki, następnie zaś powiesił koło meczetu. Innego bym opieprzył, ale co jemu miałem powiedzieć? Miał trzy zmiany ciuchów, dobrze, że mimo ostatniego dnia listopada temperatura sprzyjała suszeniu. Cat small very good cieszył się niesmall popularnością, turystki z Australii postanowiły zrobić sobie z nim zdjęcie. Trochę im zapał przeszedł, gdy mój przyjaciel rzucił się im pomagać, przy okazji nieco przekraczając granice kontaktu fizycznego przyjęte na zachodzie. Dowiedziałem się, że kot we farsi to gorbe, natomiast pies to saik. Poszliśmy nad morze, miał jeszcze jednego kolegę w hotelu w Stambule. Niestety, nie wiedział w jakim, wiedział, że gdzieś nad morzem. Większa była szansa na to, że kurwie trafi się dziecko, niż że cokolwiek znajdziemy. Połaziliśmy wzdłuż morza i popatrzyli sobie na to wszystko – koty, rybaków, dzieci, które na pewno powinny być w szkole i stada sprzedawców różnej chińszczyzny w rozumieniu pamiątkowo-zabawkowym. Najbardziej intrygowała mnie odpustowa atrakcja strzelania do balonów. Paru chłopów ustawiło się wzdłuż wybrzeża i za kilka lir można było spróbować szczęścia. O dziwo, ludzie próbowali. O żadne dziwo, w nic nie trafiali. Pewnie większe szanse mieli trafić w Cypr niż w balony, ale byłem zaskoczony, że ten stary trik działa i tutaj. Nie wiem nawet, jak się wpakowałem w to, że mój przyjaciel zaczął mi opowiadać o mułłach, w tym o dwunastym, który żyje i ukazuje się dobrym ludziom. Chyba miało to związek z wizytą w kiblu na stacji benzynowej, gdzie oboje przeżyliśmy zaskoczenie: on, że kibel kosztuje aż pół liry, ja że tylko pół liry. Coś zaczął z nimi gadać i chyba w końcu uznali, że te pół liry nie warte zachodu i nas puścili bez płacenia. Koło 16 przybyliśmy do hotelu, odebrał swój bagaż i rozpoczęliśmy procedurę pożegnania. Nie miałem słów. On też nie miał. Pierwszy zaczął płakać, ja chwilę potem. W końcu dobył najcenniejszego, co miał, irańskiej fajki, która miała być jego przepustką do Izraela. Dał mi ją. Nie chciałem przyjąć, miałem nadzieję, że może naprawdę mu się gdzieś przyda, ale kazał mi wziąć i szybko odszedł. Zostałem na krawężniku, w rękach miałem prezent, a w sercu i duszy sam nie wiem co, ale nic przyjemnego. Nie wiedziałem, co robić. W trybie automatycznym wziąłem laptopa, wlogowałem się do hostelowej sieci i tak siedziałem odpisując na wiadomości i zapewniając, że przeżyłem Iran. Było mi źle, pusto i samotnie. Dziwiłem się, że jest wieczór, a ja nie leżę pijany. Dziwiłem się, że wcale nie mam ochoty na piwo ani wino. Męczyło mnie to, że jestem w ciepłym, tanim, wygodnym hostelu, a mój przyjaciel tuła się gdzieś po dworcu lub też jedzie do Kaiseri, gdzie pewnie nikt mu nie pomoże. Wrzuciłem laptopa pod poduszkę i poszedłem do miasta. Kupiłem dwa piwa, siadłem nad morzem i popijąc zastanawiałem się, co w tym takiego fajnego. Przy drugim zacząłem rozumieć, ale wtedy akurat dosiadł się do mnie lokalny. Byłem jeszcze bardzo w trybie Iranu, jakoś nie mogłem zakodować, że Bosfor, na który patrzę, to granica między moim ulubionym kontynentem, a kontynentem, na którym przyszło mi żyć. Nie spodziewałem się niczego złego. Ten pieprzył w łamanym anglotureckim i włączył koszmarne dicho z komórki. Tarkan przy tym to Cohen, ale nie chciałem być niegrzeczny, więc się uśmiechałem jak durny. Ten zaczął śpiewać, ja zacząłem się zastanawiać, czy lepiej spierdalać, czy też go wyczekać. Miałem jakieś banany z podróży, spytałem, czy może by nie chciał – sam miałem dosyć, nienawidzę wyrzucać jedzenia, więc prędzej się porzygam, niż coś wywalę. Paliliśmy sobie wspólnie, nawet podzieliłem się z nim winem, które jakoś mi się kupiło po drodze. W końcu zapytał mnie, czy mogę mu pokazać swoje dokumenty. Daję prawo jazdy, mówię, że Poland, Europe, tam trochę w górę od was. Ten pyta, czy dam mu pooglądać swój portfel. Nie bardzo chciałem i zaczęło mi to chujowo wyglądać, więc poprosiłem o zwrot dokumentu. Gdy wkładałem prawo jazdy do portfela, ten sięgnął i wyrwał mi pięćdziesiąt lira. Chyba myślał, że jestem pijany, albo że z opcji wrażliwy kulturoznawca na krańcach świata. Trochę się pomylił, przewróciłem go na plecy, butelkę z piwem chwyciłem jak broń i wycedziłem przez zęby, że mu zapierdolę nią w łeb, jak natychmiast nie odda mi pieniędzy. Jego znajomość angielskiego uległa pewnemu polepszeniu, chwilę jęczał, ale chyba mój wyraz twarzy (a raczej gotowa do rozjebania się na jego głowie butelka wina) sprawiły, że 50 lira się znalazło, a pan spierdalał aż miło. Musiałem mieć dobry dzień i wyglądać dość zdecydowanie, ale sam wiem, że gdyby nie chciał oddać, to bym mu tę butelkę rozpierdolił na głowie i odebrał sobie sam, co moje. Tak mnie to wkurwiło... Nawet nie sam aspekt finansowy, ale koleś siada, niby chce się przyjaźnić, gra chujową muzykę, którą kurtuazyjnie określasz mianem interesującej, dajesz mu papierosy, wino i banana, a on w zamian próbuje cię okraść. Pomyślałem, że nie będzie takim złym pomysłem przeniesienie się kilkaset metrów dalej, tak na wszelki wypadek, gdyby spotkał kolegów i jednak chciał mnie przekonać, że to jemu bardziej przyda się te 50 lira niż mnie. Dwa piwa, butelka wina. Co tam, poszedłem do pobliskiego monopolowego. Za ladą był pan, który miał wielką potrzebę pogadania sobie. Ponieważ miał super angielski, spędziłem tam dobre 20 minut. Mieszkał niemało czasu w Holandii i podobał mu się ten model państwa, uważał, że to wspaniałe, że można być kim się chce (nawet gejem! - co podkreślił) i nikomu to nie przeszkadza. Bardzo chciał, żeby Turcja kiedyś też taka była, ale powtórzył mi chyba ze trzy razy: Stambuł to nie Turcja. To zajmie wiele lat, a nawet może się nigdy nie udać. Pogadaliśmy o ludobójstwie Ormian (zdecydowanie uważał, że taką nomenklaturę powinni przyjąć ich wodzowie) i Pamuku, którego nie znał (i chwała, bo ja też nie bardzo, ale chciałem błysnąć, że w noblistach się orientuję). W końcu wziąłem dość drogie wino za 12 lira, bo zarzekał, że dobre i mówił, żebym koniecznie wrócił jak będzie jego brat, bo on może dawać tylko mały discount, ale brat-właściciel sprzeda mi o wiele taniej, bo tu wszystko ze strasznym przebiciem jest. Do tego pozwolił mi skorzystać ze sklepowej toalety, więc moja opinia o Turkach uległa delikatnej poprawie. Wróciłem na nadmorskie skały, usiadłem sobie tak, żeby mnie nie było widać i żeby nikt się nie dojebał i poszedłem na całego. Kurwy, wino i pianino. Czyli podróbka ipoda z Malezji wygrywała Tori Amos, piłem wino z butelki i myślałem sobie, co też u mojego przyjaciela. Pewnie bez większych problemów znalazł autobus, na tyle rozgarnięty był, i jechał w stronę Kaiseri. Siedział w busie, nie wiedział, co go czeka, nie zna języków, miał niemal zero pieniędzy, trzy pary gaci i minimalną wiedzę o świecie. Ja siedziałem na skałach nad Bosforem i zacząłem odczuwać coś bardzo przyjemnego. Poczucie spełnienia. Pomyślałem, że nawet jeżeli teraz zaraz tu umrę, albo już nie będzie mi dane nigdzie pojechać, to udało mi się tyle zobaczyć, że życia nie zmarnowałem. Przez parę lat miałem niemal obsesję, żeby odwiedzić wiele miejsc i w końcu mi to przeszło. Oczywiście dalej chciałem jeździć, ale po zdobyciu Iranu, poczułem, że najważniejsze za mną. Perspektywy wyglądały nienajgorzej, zwłaszcza gdy myślałem o moim perskim przyjacielu: pierwszy raz od dawna zacząłem zbliżać się do domu, gdzie było parę osób, które na mnie czekały. On nie miał do czego wracać, dopóki system się nie zmieni, czyli być może nigdy. Miałem paszport, który jest uznawany za dość dupiany, ale jednak, mogłem wjechać do kilku krajów bez większych problemów. On miał irański w jedną stronę. Rozsądnie patrząc, miałem pieniądze tylko na przeżycie, ale wobec tego, co on miał, to była fortuna. Wtedy też zdałem sobie sprawę z dość istotnej rzeczy. Nigdy nie zapytałem go o imię. Przez te kilka wspólnych dni nigdy nie było mi potrzebne. Nie wiem, jak się nazywał. Został dla mnie duchem Zielonej Rewolucji, człowiekiem, którego nie zabili, który nie był na tyle ciekawy, żeby trafić do telewizji czy gazet, ale który swoim zapałem i pasją wygrywał ze zdrowym rozsądkiem. Przegrywał niestety z rzeczywistością, zaś najbardziej przerażał mnie fakt, że wszystko wskazywało na to, że to dopiero początek jego porażek. Tak mnie to wszystko wkurwiało... Znam stada osób z tak zwanego świata zachodu, które są o wiele głupsze od niego, albo nawet nie głupsze, tylko raczej bardziej podłe i zachłanne, ale one nie muszą się martwić każdym dniem. Nie, oni zostali zrobieni z polskim-angielskim-amerykańskim-holenderskim certyfikatem jakości i już nikt im tego nie odbierze, choćby nie wiem, jakim skurwysyństwem się wykazali. Miliony obywateli Iranu to cudowni ludzie, których z wielką radością widziałbym jako swoich sąsiadów, ale ich certyfikat jakości jest o wiele gorszy, więc raczej nie będzie to miało miejsca. Pozostawimy ich na obrzeżach naszej cywilizacji iPoda i Facebooka, gdzieś we wschodniej Turcji. Ewentualnie mogliby zamiatać, ale chyba jednak lepiej, żeby się tu nie zbliżali. Wróciłem do hostelu. Trafił mi się standardowy zestaw turystów, hippis z Hiszpanii i przeżywający drugą młodość biznesmen z Niemiec w wieku 50+. Poza tym była obsługa, która grała w bilarda, innych klientów brak. Rzut okiem na ceny w barze pozwolił zrozumieć fenomen braku gości: szklanica chujowej whisky kosztowała 12 lira. Piwo po 6, ale i tak nie było, więc sobie przyniosłem ze sklepu. Powitanie z alkoholizmem po miesięcznym rozstaniu szło mi świetnie. Niestety, innym gościom chciało się bardzo gadać i w końcu stałem przed hostelem paląc jednego od drugiego i biorąc udział w durnej hostelowej rozmowie. O ile Hiszpan był sensowny, o tyle Niemiec sprawiał, że żałowałem, że w 1945 Stalin nie rozkręcił się bardziej. Misję biznesową miał w sercu, zaczął tak, że głupiej się nie dało: - Nasz hostel ma sprytną politykę cenową, utrzymując wysoką cenę alkoholu sprawia, że nie ma tu przypadkowych osób. - W ogóle nie ma tu nikogo poza naszą dopijającą się trójką. Daleko z tym zajadą, skoro w sklepie obok jest wszystko pięć razy taniej – odpowiedziałem mędrcowi. Nieco zdurniał, bo chyba liczył, że klasnę w dłonie i przyznam mu rację, a także medal za spostrzegawczość. Jednak nie był z tych, co się poddają: - Cena gry w bilard również zniechęca lokalne mendy od przyjścia tutaj Tu Hiszpan zaczął pierwszy. Na dwa głosy wyjaśniliśmy panu, że to naprawdę nie jest wielka sztuka kupić dwa stoły i mieć przy nich zero osób, bo cena za grę jest zbyt wysoka, nawet dla gości. Widział, że przegrywa, więc zdecydował się na atak personalno-narodowy: - Tak, no nie jest tanio, niemniej taniej niż w Hamburgu. Chociaż rozumiem, dla Polaków czy Hiszpanów to może być drogo. Toś się chuju doigrał. Wyście wojnę przegrali, a my wygrali! - Hamburg? Byłem tam kiedyś, koszmarne miasto. Same kurwy, drożyzna i strasznie chujowe kluby. Tu go wcięło. Przecież to oczywiste, że spotkani w hostelu goście chwalą nawzajem swoje miasta i opowiadają, jak bardzo marzą, żeby tam jeszcze wrócić, najlepiej w towarzystwie spotkanej osoby, która to pokaże nieznane nam zakątki. On chwilę wcześniej wykonał to w temacie Krakowa i ewidentnie liczył na zwrotkę w temacie Hamburga. Hiszpan też mu jakoś zapyskował, więc atmosfera raczej nie była z tych, co zachęcają do gaworzenia. Okazało się, że zamknęli nam monopolowy na rogu. Nawet nasz niemiecki fan wysokich cen nie zamówił sobie niczego w hostelowym barze, który miał taką mądrą politykę wobec klientów. Wspólnie z Hiszpanem dopiłem ostatnie piwo (zaznaczam, że moje, ale mam dobre serduszko i się podzieliłem) i poszliśmy spać. Kac. Zapomniałem, co to. W sumie nawet fajnie, trochę jakby witać z dawna nie widzianego przyjaciela. Dobra, na podbój miasta. Hint na Stambuł: jak herbata jest za lirę, to będzie z chujowych granulek, najpewniej pomarańczowych. Lepiej już dopłacić do kawy albo pić wodę z kranu. Jakieś tosty, jakieś kanapki z jakimś widokiem na jakiś Bosfor, niech jakoś będzie, chociaż jakoś drogo. Poczłapałem do cuda świata, Aya Sofia czy Hagia Sophia, jak komu lepiej. Ostatnio widzieliśmy się w 1998 roku. Nic nie pamiętałem. Bilet 20 lir. Warto. To naprawdę atrakcja z górnej półki, ale dlaczego aż tyle? Właśnie dlatego. Jeżeli ktoś wierzy w zjawiska nadprzyrodzone, to uzna, że zwróci mu się dzięki płaczącej kolumnie – należy w nią wsadzić kciuk i wykonać obrót o 360 stopni dłonią. Jeżeli nam się to uda, a ponadto kciuk będzie wilgotny, to nam się powiedzie. Widziałem, że ludzie to robili i tylko przez wrodzoną delikatność i takt nie powiedziałem im, gdzie z równym skutkiem mogą sobie wsadzić kciuk i pomyśleć życzenie. Podobały mi się też zakazy palenia w katedrze, noż niesamowite, nie można? A już chciałem irańską fajkę rozpalać. Co ciekawe, podobno co jakiś czas osypuje się mozaika. Można uwierzyć, bo niektóre pochodzą z X wieku, więc „oczko się odlepiło temu misiu” nie jest takie dziwne. Dziwne jest, że co odpadnie, to zamiatają i wywalają. Wierzyć się nie chce, ale wierzę. Z takich mniej standardowych ciekawostek: żona (Teodora) fundatora (Justyniana I Wielkiego) była aktorką, prowadziła się całkiem fajnie i według słów Prokopiusza z Cezarei "często szła w gościnę z dziesięcioma lub więcej młodzieńcami”. Była też nazywana Teodorą z Burdelu i zachowały się jej opisy imprez z gęsiami, a także piękna mądrość o tym, że żałuje, iż bóg obdarzył ją tylko trzema otworami, które mogą dać jej rozkosz. Gdy już się ukulturalniłem i zapoznałem z dziedzictwem przodków, poszedłem do biur podróży. Wyszło mi, że jechać można niemal wszędzie, ale cena, to inny temat. Drogo. Do Polski taniej może być samolotem niż autobusem. Poszedłem na bazar, który przez wielu uważany jest za pozycję obowiązkową na turystycznej liście. Dla mnie przejść raz i uciekać, klimatem nie ma startu do Iranu czy Syrii. Można sobie kupić niemal to samo, co wszędzie, ceny nie z zachęcających. Wieczorem wróciłem do znajomego monopolowego. Tym razem za ladą był brat. Uwierzył w opowieść o dniu wcześniejszym. Dostałem solidny discount. Wieczór kończyłem płacąc drzazgami euro za kolejne piwa. Pytałem go, czy jako Turek uważa, że warto iść do pałacu Topkapi za 35 lira. Powiedział, że nie. Tak, pałac jest zajebisty, ale im mniej osób zapłaci tę bandycką cenę, tym większa szansa, że z niej kiedyś zejdą – jego słowa, nie moje. Siedziałem w mej nadmorskiej samotni i upijałem się myśląc o tym, jak spędza czas przyjaciel w Kaiseri. Chciałem sobie wmówić, że nie koszmarnie, ale nawet po sześciu piwach nie udawało mi się to. Brakowało mi go, chociaż raczej przez współczucie, niż nagle obudzone matczyne odruchy wewnątrz duszy. W hostelu spotkałem Hindusa z Teheranu. W końcu przyleciał i dostał wizę na lotnisku. Delikatnie sugerował, że mogę mu dać moje Lonely Planet, ja nie bardzo byłem pewien, czy chcę. Jednorazowych przyjaciół z dnia poprzedniego nie było, poszedłem spać. Żadna wizyta w Stambule nie jest kompletna bez odwiedzenia pałacu królewskiego - głosi przewodnik. No cóż, moja nie była. Co gorsza, bez pływania po Bosforze, to też nie można mówić, że było się w Konstantynopolu. Łaziłem, żarłem te ich precle i ogólnie nie byłem w tym mieście, bo nie przepłynąłem się po Bosforze. W końcu polazłem na dworzec, gdzie jakiś pan bardzo chciał mi pomóc. - Idź pan stąd! Wynoś się pan! Do dupy z taką pomocą! Wie pan co robię, jak potrzebuję pomocy? O! KUPUJĘ PRZEWODNIK! Wszystko na wyciągnięcie ręki! A pan mi będziesz zaiwaniał plecak. WYPIERDALAJ PAN Z TAKĄ POMOCĄ! Bo panu w dupę strzelę!!! Ilość biur podróży na dworcu Yusuf Pasa powala, ponad setka. Macedonię obsługuje biuro numer 88 – miałem takie info z 2007 roku, w 2009 było prawdziwe, więc pewnie nadal jest. Bilet do Skopje kosztował 95 lira. Po rozmowie zszedlem do 92, ale i tak... Facet chciał ode mnie zapłatę w Euro, oczywiście oferując bardzo konkurencyjny kurs wymiany. Dałem mu liry, całą orkiestrę. Upierał się na euro, więc spytałem w końcu, czy przez noc Turcja weszła do strefy, czy też może skończy się wydurniać. No właśnie, więc może weźmiesz sobie te banknoty z Ataturkiem i na tym zakończymy temat. Kończ pan panie Turek, my już przegrajmy ten Stambuł 92 liry do zera, ale to daje nam awans do Macedonii. Żarcia na dworcu Yussufpassa nie brakuje. Żarcia wegetariańskiego brakuje. Wymyśliłem, jak przechytrzyć system: wezmę kebab za lirę, mięso dam kotom, zjem same sałatki. Z braku sałatek i jakiekolwiek sosu skończyłem na jedzeniu suchej bułki z podłym mięsem. Chcę do domu. Pod wieczór wyjechaliśmy. Pustawy bus, standard do zaakceptowania. Oczywiście na pokładzie musiał być bileter, który nie miał nic do roboty, więc łaził bez sensu w tę i nazad. Siądź sobie pan, gdyby nie ty, to bilety pewnie byłyby tańsze, a tak masz robotę, ciesz się, nie udawaj, że do czegoś jesteś potrzebny, bo tylko wkurwiasz zebranych. Na granicy zaczęła się zabawa: fajki o wiele tańsze niż w Turcji, alko też nieco lepiej. Poczarowałem, co mam w drobnych, co w papierze i wybrałem zestaw młodego podróżnika, wagon Chesterfieldów i litr whisky. Jednak zanim jeszcze dobrze wszedłem do sklepu, rzucił się do mnie kierowca, żeby mu kupić trzy wagony i przewieźć. Po tej chwili na Bliskim Wschodzie i pomny doświadczeń zapytałem: - Dobrze, a co ja z tego będę miał? - Wpis do CV, bezcenne doświadczenie i satysfakcję z dobrzej wykonanej pracy, a po odbyciu stażu możliwość zatrudnienia na pełen etat – odpowiedział. Obiecałem kibicować mu z dystansu. Nie przemówiło to do niego. Tak szczerze, to się na mnie wkurwił. Może gdyby nie wrzucił mi do koszyka fajek, wódki i nie huczał na mnie po turecku, to nasza przyjaźń ułożyłaby się inaczej. Pokarało go za nieznajomość języków. W końcu wcisnął chyba z dziesięć wagonów starszym kobietom, które też pokupowały tony wyrobów tytoniowych, ale widać było, iż kierowca pomylił im się z bogiem i boją się cokolwiek powiedzieć. Kilka metrów dalej zaczęła się impreza. Kazali wysiąść i zabrać ze sobą wszystko. Potem rzucili się z psami do busa i zaczęli energicznie trzepać. Autobus. Zastanawiałem się, czy to nie dobry moment, żeby rozpocząć przygodę z whisky, w końcu byłem już niemal w Bułgarii, tam jakoś bardzo nie szokuje ludzi, że pijesz w busie (wiem, bo piłem). Znaleźli papierosy należące do kierowcy, który zdecydowanie nie był urodzonym przemytnikiem – telepał się, denerwował, pocił, palił peta za petem. Starsze babcie w końcu wzięły fajki na siebie, celnicy nie uwierzyli, ale nie mieli wielkiego pola manewru, puścili nas. Pierwszy postój pozwolił mi pozbyć się ostatnich lir i nakupić żarcia, którego wcale nie potrzebowałem, ale lepsze żarcie niż liry. Drugi postój był po to, żeby pan kierowca sprzedał fajki. Była noc, im bardziej chciałem się wyspać, tym bardziej mi się to nie udawało. Coś mi mówiło, że to nie jest dzień na whisky, czekała nas jeszcze jedna granica, ale nie sądziłem, że między Macedonią a Bułgarią będą jakieś problemy. Niemniej, uznałem, że lepiej pozostać na chodzie na wypadek, gdyby ktoś chciał mi sprzedać darmową wizę, czy pobrać taksę klimatyczną. Koło 1 zasnąłem. Me szczęście skończyło się koło 3:30, gdy łysy, tłusty, zapocony kretyn w mundurze wykorzystał daną mu władzę i wszystkich pobudził. Okazało się, że poza tym, że jest idiotą, jest też celnikiem. Jezus miał do czynienia z tą grupą zawodową, poszło mu lepiej niż mnie, on żywił do nich sympatię, a ja skurwysynów nienawidzę. Jak to bywa o 3:30, była noc. Padało jak diabli i było raczej chłodno, nie takie dziwne, zaczął się grudzień. Pan kazał nam się ustawić, wyjąć wszystkie rzeczy i otworzyć je. Przeszedł, pomachał kijkiem, poprzewalał wszystkim zawartość betów i przeprowadził ze mną interview. Strasznie intrygowała go moja irańska wiza, oglądał i pytał, gdzie, kiedy i po co. Cudowne interview nad ranem, odpowiadałem półsłowkami, każde starając się naznaczyć piętnem „spierdalaj baranie”. W końcu sobie pogadał z każdym i zniknął. Podczas jego absencji próbowałem ustalić, czy coś przegapiłem i Bułgaria z Macedonią znalazły się w stanie wojny. Po trzydziestu minutach pozwolił nam się spakować i jechać dalej. Wiadomo w jakim stopniu wszyscy byliśmy przemoczeni, daszek, który tam był, niewiele pomagał. Już mniejsza o mnie, ale było parę starowinek w chustach, im to dopiero to kretyńskie przeszukanie musiało dopierdolić. Ilu takich zakompleksionych skurwysynów jest utrzymywanych przez każdy kraj? Ilu takich fiutów dostaje etaty, pensje, przywileje, a potem emerytury? Za wykonywanie tak idiotycznej, nikomu nie potrzebnej, a wielu przeszkadzającej, gównianej roboty? Rozumiem, że Bułgaria to granica Unii, ale przecież wyjeżdżamy z Unii, nawet gdybyśmy chcieli coś przemycać, to i tak Bułgaria na tym zyska. Macedończycy byli minimalnie mądrzejsi od swoich bułgarskich kolegów. Wylosowali trzy staruszki, którym przetrzepali bagaże. O dziwo, nie znaleźli w nich broni masowego rażenia. Udało się za to wykryć transport trzydziestu tamponów, wezwano właścicielkę i zadano jej serię pytań. Zdała egzamin, oddali jej tampony. Następnie zapytano, czyj to plecak, bo jakiś różny od wszystkich innych tobołów. Niestety, to był mój plecak. Wyczłapałem do nich, dowiedziałem się, że to very good bagaż i żeby tak trzymać. Myślałem, że się na nich rzucę i ich zabiję. Kusiło zapytać, czy nie chcieliby nam wsadzić przetykacza do kibla w dupę, po co się bawić w subtelności, jak gnoić, to na całego! Niemniej, poszło i tak o wiele szybciej niż z Bułgarami, już trochę po 4 mogłem powrócić do prób wyrwania snu z tej nocy. 6:20 czasu tureckiego, 5:20 macedońskiego. Skopje, wysiadać. Za jakie winy... Dworzec. Socrealizm spotyka Europę, dworzec jeszcze nie wie, komu kibicować. Miałem bardzo ogólne namiary na hostel, postanowiłem poczekać, aż otworzy się informacja turystyczna, co miało nastąpić o 7 rano. Na szczęście działał bankomat i kawiarnia. Okazało się, że Macedonia emituje najpiękniejsze banknoty świata, a moja karta działa, siedziałem i patrzyłem na ich pieniądze i robiłem wow. Żal wydawać, chociaż nie do końca, bo dostaje się drobne, które też są śliczne. Kawiarnia i jak miło, jakie cudowne Bałkany, pyszny burek za 50 dinarów, jakieś 3,5 PLN, do tego jogurt za 20, życie może być piękne, nie wspominając nawet o tym, że sprzedawczyni kleci angielski. Miałem jeszcze godzinę do otwarcia się tourist info punktu. Łaziłem i nie wierzyłem: rozkłady jazdy jasno mówią kiedy, w ile, za ile i dokąd, jakże to ułatwia życie! W toalecie wywieszono prośbę: Nie kradnijcie papieru toaletowego! Obdarzono mnie aż takim zaufaniem, że dano mi całą rolkę. Korzystałem z toalety, kabinę obok wszedł pan. Chyba był chory, albo zjadł coś bardzo niedobrego. Rozgrywał się tam bałkański dramat żołądkowy. Gdyby facet nie był Bałkańcem, zapewne skończyłby w szpitalu, albo w kostnicy. Przypomniało mi się jakże często słyszane „Tobie to jest fajnie, tak sobie jeździsz po świecie”. Jęk zza ściany, odgłos informujący, czemu ten jęk towarzyszył, zmęczenie, zagubienie i niewyspanie sprawiły, że ogarnął mnie atak histerycznego śmiechu. ![]() skomentuj (0)
18 września ogłoszono werdykt festiwalu w Toronto. Nie wygrał Cronenberg, wygrało dzieło z Libanu, które podobno jest bardzo dobre. Przeglądając, co też wzbudziło furorę na festiwalu, oczom mym ukazał się dokument: Pearl Jam Twenty. Patrzę, co to, dzieło Camerona Crowe'a o wiadomej grupie. Oceny i recenzje niemożliwie wybitne, patrzę, czy będzie się to dało jakoś zobaczyć i szok. Światowa premiera 20 września, w Polsce sieć Multikino zorganizowało po jednym pokazie na miasto. Chwilę pomyślałem, czy na pewno chcę to zobaczyć, uznałem, że lepiej wiedzieć, niż nie i poszedłem. Zgodnie z przewidywaniami, sala dość nabita ludźmi, chociaż parę miejsc było. Jednak zanim odebrałem bilet, chciano mi sprzedać jedną z dwóch edycji płyt Pearl Jam Twenty (standard za 35 PLN i deluxe za 65 PLN). Podziękowałem, zanim powiedzieli, to wiedziałem, co tam będzie: najważniejsze kawałki grupy, rarytasy i utwory, które zmieniły oblicze muzyki. Czekała jeszcze jedna atrakcja, zanim było dane oglądnąć film. Przyszły panie, rozdały trochę średniej urody plakatów, na których zawartość związana z filmem zajmuje mniej niż połowę powierzchni, reszta o Multikinie. Oszczędzono przydługich reklam, parę plansz tylko, jedna zaskoczyła szczególnie: wkrótce ma zostać wydana reedycja Nevermind z okazji dwudziestolecia premiery płyty. Z tej okazji Multikino pokaże koncert Nirvany, bilety do nabycia, zapraszamy. Co do samego filmu: fajnie się to ogląda, miło popatrzeć na nagrania z dawnych czasów i posłuchać refleksji członków zespołu na różne tematy. Jednak jeżeli chodzi o balans filmu, mamy tony materiałów o Mother Love Bone, Woodzie, Temple of the Dog i okolicznościach powstania Ten. Nie patrzyłem na zegarek, ale dobra połowa filmu nad tym upływa. Przyznaję, są przezarąbiste momenty, Vedder odkrywający siebie podczas Breath, pijatyka-koncert podczas promocji Singles (określony jako moment, gdy nauczyli się słowa „nie”) czy kompilacja wspinaczek po scenach. Potem sprawy tracą rozpęd. Vs. tak jeszcze akceptowalnie zrobione, istnienie Vitalogy zaznaczone, chociaż bardziej w kontekście walki z Ticketmasterem, a potem już lecimy, koniec z chronologią. O wydaniu No Code, Yield, Binaural, Riot Act, Pearl Jam, Backspacer nie ma nawet większych wzmianek. Niby Pearl Jam Twenty, ale właściwie wszystko kończy się na roku 2000, tragedii z Roskilde (która zrobiona jest tak trochę z pały: Ament mówi, że zastanawiał się, czy będą w stanie zagrać jakieś koncerty po czymś takim, kościół i kwiaty, a chwilę później mamy fragment z paru miesięcy po Roskilde, byli w stanie zagrać). Z późniejszych czasów są oczywiście fragmenty koncertów, ale jedyną znaczącą ciekawostką jest wygwizdanie grupy w 2003, gdy zagrali Bushleaguer. To chyba najciekawsze, czego można dowiedzieć się z tego dzieła - że w USA można było pozostawać fanem tzw. muzyki niezależnej, ale przy tym kupić całą oficjalną propagandę miłościwie panującego i uwierzyć w te bzdury, które w Europie prawie się nie przyjęły, zaś nienawiść do Busha od pierwszych dni misji pokojowych była potężna. Jednak żal, że to wszystko szybko, po łebkach. Po poświęceniu ogromnej ilości czasu na przedstawienie powstania zespołu, wszystko się rozmywa. Ma zostać wydana wersja DVD, cztery godziny, ale coś mi mówi, że nie będzie to wielka zmiana, skoro Crowe zdecydował się robić zespołowi makatkę przez dwie godziny, które pokazują w kinie. Nie spodziewam się, że kolejne dwie spędził na wbijaniu ich w ziemię.
Teraz, co jest niefajne:
szkoda, że nie zapytano żadnego z byłych perkusistów o zdanie,
wypowiada się tylko Matt Cameron, który jest z nimi dopiero od 1998
roku (pamiętam, że jeszcze przed koncertem w 2000 roku określaliśmy
go jako pożyczonego z Soundgarden), pierwszy wkład twórczy miał w
Binaural. Na tym etapie to już był dość jasno (czytaj
całkowicie) określony zespół i to po największych sukcesach - o
ile rozumiem, że taki Dave Krusen nie był bardzo ważny dla ich
rozwoju, o tyle Abbruzesse, Chamberlain i Irons to już poważniejsze
sprawy. Trochę przecież z nimi grali i o ile się orientuję, nie
wszyscy opuścili zespół z uśmiechem na ustach. Sam Vedder mówi,
że zmiana perkusisty to jak transplantacja serca, ale poza tym nie
raczą wspomnieć o żadnym poprzedniku bardziej niż wymieniając go
z imienia. „No, mieliśmy kłopoty z perkusistami, ale po 1998
ustały”. Ale nie tylko to, właściwie poza członkami grupy
wypowiada się jedynie Chris Cornell, który de facto w kółko mówi,
że są świetni. Brakuje jakiegokolwiek głosu spoza tej krótkiej
listy, dodajmy, że Crowe i zespół też nie są sobie obojętni.
Uzależnienia wszelakie - a tam, takie drobne kłopoty, było minęło,
nie warto mówić. Natomiast gdyby Cobain miał grób to pewnie by
się w nim przewracał, wpakowano trochę jego króciutkich
wypowiedzi (i to chyba wszystkie z filmu 1991: The Year Punk
Broke) o Pearl Jamie i tyle. Zabrakło mi czegokolwiek polityczne
zaangażowanie zespołu, chociażby o Ralpha Nadera – grupa
popierała go podczas pamiętnych wyborów prezydenckich w 2000 roku.
Od samego początku jasne było, że nie ma szans, system wyborczy w
USA jest prosty, są dwie partie i tyle, witamy w demokracji. Gore
przegrał o włos, prawdopodobnie, gdyby nie Nader, który zabrał mu
trochę głosów, to on, a nie boski Bush, byłby prezydentem. Do
roku 2004 wyciągnięto wnioski, wtedy to Pearl Jam popierał
Kerrego, w 2008 Obamę. Wiadomo, kiedy ten zespół święcił tryumfy, wiadomo, kiedy fanów zaczęło ubywać. Średnią wieku zainteresowanych określiłbym na 30 lat, może trochę ponad. To z myślą o nich zrobiono ten film i to nie jedynie po to, żeby przeżyli nostalgiczne wspomnienia z młodości, ale dlatego, że ci ludzie mają teraz najważniejszą rzecz świata, pieniądze! Może nie jakieś tony, ale na bilet do kina wystarczy, wielu też pójdzie i kupi jeszcze płytę (oby w wersji deluxe!). Po seansie kolejka do stoiska była niemała, zysk dla niszowego wydawcy Columbia, dystrybutora Sony i niezależnej sieci Multikino nie był kiepski. Delikatnie, ale jednak, w filmie przewija się motyw komercjalizacji wszystkiego, oczywiście zespół jest przeciw. Po jednej z wypowiedzi na ten temat poczułem, że dałem się strasznie zrobić w chuja, że tam przyszedłem. Oglądam film o grunge'u w klimatyzowanej sali, w miejscu, gdzie pracowników traktuje się średnio (chyba, że mi koledzy kłamali). Niektórzy przyszli w garniturach, inne w garsonkach, pewnie prosto z biur i słuchamy sobie opowieści o niezależności i o tym, że media męczyły zespół i zepsuły grunge. Dobre. Po seansie zaś mam pobiec kupić kompilację, która dokumentuje najważniejsze momenty w historii muzyki. Najpierw pomyślałem, że chcą z nas drzeć kasę na każdym kroku, a potem zadałem sobie pytanie: kto? Chciałbym się dowiedzieć, że to wytwórnia oszukuje grupę, ale jakoś nie wygląda na to, żeby pod pistoletem robili ten film i jeszcze wydali płytę do tego. Jak się na to wszystko patrzy, to się idzie załamać: 2003 rok, kompilacja Lost Dogs - dobrze, miało to sens, unikaty. 2004 - rearviewmirror, czyli the greatest hits. Zaczynamy żreć własny ogon? Żeby tylko tu, przecież zawsze można wydawać koncerty! No i tu już doszli do stopnia, który jest żenujący, ale wydawnictwo muzyczne Pearl Jam Twenty to już żenon na całego. Te same, co zawsze kawałki w wersjach live. Przecież dema Pearl Jamu od dawna ma każdy, kto chciał je mieć, a koncertówek już chyba nikt nie zbiera, bo ileż razy można słuchać tego samego? Rarytas taki jak Black z MTV Unplugged sprawia, że jedyne, co mogłoby uratować Pearl Jam w mych oczach, to jakieś oficjalne oświadczenie, że wydano to wbrew ich woli. Widzę wszędzie zachwyty nad filmem. Ludzie, nie o film chodzi, ekscytujecie się tym, co było i przeminęło, czasami kiedy Alive i Jeremy leciały na imprezach i w knajpach, a każda kolejna płyta Pearl Jamu przynosiła coś nowego i ciekawego, natomiast wyprawa na koncert pozwalała na chodzenie w ekstazie przez kolejne dwa miesiące. Przepadło, zginęło, nie ma i nie będzie. Pokolenie grunge okazało się niewypałem, podbudowy ideologicznej wielkiej nie było, to nie drudzy hippisi, których sympatyków do dzisiaj możemy znaleźć. Tak na zachodzie, jak i tu, większość spokojnie poszła na sznureczku do kariery i drobnomieszczańskiego życia, bez większego wstrętu przyjmując za swoje reguły, którymi niegdyś gardziła. To samo zrobił pewien zespół, o którym zrobiono wyświetlany w Toronto film. Może nie są to wybitnie głębokie myśli, ale w 1952 też by mnie wkurwiało, gdyby mi ktoś opowiadał, że wzruszył go radziecki produkcyjniak o traktorach. Czytam w pewnej niszowej gazecie, Wyborczej, Robert Sankowski: „Ten zespół trwa, bo w relacjach z fanami stawia na szczerość, w muzyce - na prawdziwe emocje, w funkcjonowaniu samego zespołu - na przyjaźń (nawet jeśli jest to przyjaźń, która - jak pokazuje film - bywa wystawiana na bardzo ciężkie próby).” Dlatego właśnie nie ma nic o byłych członkach zespołu, postawiono na przyjaźń. Zaś szczerze dla fanów wydano już kolejną kompilację tego samego, de facto drugą w tym roku. Szczerze grają też takie małe koncerty dla kilkudziesięciu tysięcy osób, bo mówią, jak to wolą grać w klubach. Szczere było niepromowanie No Code, a gdy to się słabo sprzedało, mocna promocja kolejnych płyt. A może po tym, jak przegrali w dość krótkim odstępie czasu z Ticketmasterem, a potem nie wyszło z No Code (bo okazało się, że fani nie są jednak tacy mądrzy, żeby samemu kupić, jak nie dostaną klipów w TV i nie przeczytają wywiadów, to bezradni, przeceniono ich błyskotliwość), uznano, że lepiej nie robić sobie więcej kuku, bo i po co? Rozumiem, chwała, że próbowali coś zmienić, nie wyszło, wrócili na utarte ścieżki. Tylko irytujące są wypisy o przyjaźni i wielkich sukcesach zespołu, który ostatnią naprawdę dobrą płytę nagrał ponad dekadę temu! Tytuł Pearl Jam Twenty nabiera u nas szczególnego znaczenia: Twenty złotych kosztował bilet na film. Pozwalam sobie uważać, że to taki ładny znak czasów. Odwróciłem płytę Ten na drugą stronę, gdzie czekał na mnie materiał Twenty. PLN.
Pytanie: czy ja dobrze widziałem, że jako datę śmierci Cobaina podano 8 kwietnia 1994? ![]() skomentuj (0) |
|
Kliknij, by nakarmić jenota!
Саратов Work Of Poetry Ekipa: Legendum est Młot czarownicy Born To Be Ceri Tani Lokal Ze Stadami Roznegliżowanych Rosjanek Szmatowisko.of.pl Królikotapir Misu Komplex ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |