Wszystkie prawa zastrzeżone. Bez zgody autora stron, właściciela praw autorskich i zarazem ich wydawcy w Internecie żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana w systemach wyszukiwania lub przekazywana w żadnej formie i żadnymi środkami elektronicznymi, mechanicznymi, za pośrednictwem fotokopiarek czy w inny sposób.

Requiem for a Dream


2012
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec



Beyond Rangoon

Mój człowiek z hotelu miał paru gości, czekał jeszcze na innych i bardzo musieliśmy go przekonywać, że raczej w półtorej godziny by przeszli ten popierdolony wjazd do kraju i go oszukali, nie przyjechali, bywa, jak nie wiza, to się spóźnili. Do hotelu zawiózł nas autobus z poprzedniej epoki. Było już po zmroku, Yangon przesadnie rozświetlony nie jest, jednak w oddali oczom mym ukazała się Shwedagon Paya, cała złota i rzęsiście oświetlona. Kusiło tam biec od razu, ale wcześniej jednak czekał hotel, Motherland Inn. Na wejściu czekały na nas dzieci ze świeczkami w lampionach, zdurniałem nieco. Każdy turysta dostał dziecko (Pedobear Seal of Approval), od niego szklankę soku i rozpoczęto zabawy meldunkowe. O ile z Azjatkami jest zawsze trudno odgadnąć wiek, o tyle obywatelki Birmy wynoszą te zawody na wyższy poziom. Przez pierwsze dziesięć minut przysiągłbym, że obsługują mnie dzieci, ale jednak chyba miały więcej lat, niemniej mogły to być i dzieci, nie wiem. Roman Polański byłby zachwycony. Jedynka kosztowała przyzwoite 10 dolarów za noc i tu zaczęła się zabawa, o której wszyscy wybierający się do kraju słyszeli, ale która na żywo przebija wszystko, co można przeczytać. Oto opowieść o środkach płatniczych w Birmie.

Walutą narodową jest kyat. Oficjalny przelicznik to jakaś totalna bzdura, której nikt nie bierze pod uwagę, bodajże 5 kyatów za dolara (chociaż ostatnio - początek 2012 - podobno zmienili na bardziej realny). Do roku 2003 roku każdy turysta przybywający do kraju miał obowiązek wymienić 200$ po tym kursie, czyli więcej miałby pożytku, gdyby spalił te pieniądze, bo przynajmniej jakiś ubaw. Kurs mniej oficjalny, ale ten, który nas interesuje, oscylował około 860-870 kyatów za dolara, ale tu powoli wchodzi zabawa. Po tyle wymieniali w Motherland Inn, poza stolicą kursy bywają niższe, ale też niekoniecznie, bo bywają wyższe. Żeby było weselej, 100$ ma lepszy przelicznik niż niższe nominały. Nie brakuje nieoficjalnych panów, którzy chcą wymienić pieniądze nawet na poziomie 1100 kyatów za dolara. Tu zaczyna się ostra jazda po wyjątkowo giętej bandzie, bo znane są przypadki turystów, których zrobili w chuja totalnie, jak również całkowicie udane wymiany. Problem główny polega na tym, że za bardzo nie można iść na policję. Ja wielkiego wyboru nie miałem, więc rzuciłem 100$ dziewczynie i dostałem ponad setkę banknotów. Z drobnymi kyatami nie ma problemu, w obiegu są nawet piątki, mają wartość głównie pamiątkową, ewentualnie zdarzają się takie cuda, że się uzbiera coś więcej i wtedy podaje się 100 kyatów w piątkach. 20 banknotów na łączną sumę 40 groszy, jeden wart 2 grosze. Komedia, ale prawdziwej zabawy dostarcza dopiero prowadzenie budżetu: żeby nie było za łatwo, kraj jest dwuwalutowy, poza kyatami funkcjonują też dolary (amerykańskie rzecz jasna). Za piwo, jedzenie, autobus miejski i często za taksówkę płacimy w kyatach. Za bilety samolotowe, muzea i noclegi w dolarach. Teraz gwóźdź programu: dolary muszą być idealne, doskonałe. Bez żadnych zagięć, po prostu jak dopiero co wydrukowane, no zabrudzenia to totalna dyskwalifikacja. Kyatami można się podetrzeć i też przyjmą (czasem miewa się podejrzenia graniczące z pewnością, że ktoś dokonał tego z banknotem, który nam podaje), ale nawet jeden dolar musi być piękny. Dalej, dobrze mieć kolekcję jednodolarówek, bo bywa, że są potrzebne do końcówek. No i tu bywają już straszne rzeczy, bo musisz zapłacić za coś 6 dolarów, dajesz 5 i 1, pan nie chce twojej jedynki, więc dajesz 10, on ci daje cztery takie jedynki, których ty nie chcesz, zaczynasz prosić, żeby wymienił, on nie chce, w końcu wysyła kumpla po drobne, wymienia dwie, ale mówi, że to koniec. Wtedy albo trzeba prosić w kyatach albo pogodzić się, że wydamy to w innym kraju, albo w jakiejś dziwniejszej sytuacji. Muzea rządowe są nieco mniej skrupulatne w oglądaniu pieniędzy i bywa, że coś, co nie przeszło u prywaciarza, przejdzie w państwowym. Z cyklu zabawne: po pierwsze kyat oficjalnie jeszcze się dzieli na sto pya. Dobra zabawa była w latach osiemdziesiątych: wprowadzono nominały 25, 50 i 75 kyatów – ostatni by uczcić urodziny Ne Wina. To jeszcze nic strasznego, ale w 1986 pojawiły się banknoty 15 i 35 kyatowe. Jednak 5 września 1987 roku, oczywiście nikogo nie informując, unieważniono te o nominałach 25, 35 i 75 kyatów, tym samym zmieniając około 75% pieniędzy kraju w papier toaletowy. Była zadyma, były ofiary, ale generałowie mają poczucie humoru i 22 września 1987 roku wprowadzono jeszcze lepsze nominały, 45 i 90 kyatów, oba będące powiązane z ulubioną cyfrą Ne Wina, czyli 9 (numerologia na wyższych szczeblach władz). Potem stopniowo powrócono do systemu bazującego na dziesiętnym, stare banknoty uległy zniszczeniu i dewaluacji, bo wysoka inflacja sprawiła, że w roku 1998 musiano rozpocząć druk banknotów 1000 kyatowych. W 2009 roku wypuszczono nominał 5000 kyatów. Oczywiście ludzie żyją w strachu, że pewnego dnia będzie jakiś nowy pomysł i znowu obudzą się nie mając nic. Łatwo zrozumieć ich sympatię i zainteresowanie walutą nieco bardziej stabilną (ale by było jajo, gdyby USA zrobiło ten numer i okazało się, że wszyscy chcą kyaty, a nie dolce).

Wracając do holu hotelowego, padłem ofiarą zjawiska dążenia do pieniędzy idealnych, moje 20$ spotkało się z 'have you got another one?'. Miałem, więc te zaakceptowała bez problemu, ale koło mnie walczył Belg. Najpierw chciał płacić w euro. To się nawet czasem udaje, ale błagam, nie róbcie tego, nie bierzcie eur do Birmy! Oferowane kursy wymiany są koszmarne, bywa, że 1:1 wobec dolara, a bywa, że w ogóle tego nie chcą. On właśnie walczył najpierw o dobry kurs, a gdy się nie udało, to chciał zapłacić brudną pięciodolarówką, co wywołało wielkie oburzenie i zaangażowanie matrony. Zostawiłem go z tymi problemami, poszedłem do pokoju i stwierdziłem, że nie jest źle, łóżko, lampa, wiatrak, moskitiera. No nie będę tu siedział, przy stolikach na dole usadowił się duet hiszpańsko-czeski, kupiliśmy piwo za 2000 kyatów (uczymy się rzeczywistości) i poszli w miasto. Pierwsze ustalenia cenowe: wielka zupa wegetariańska 1600 kyatów, da się żyć. Piwo na mieście 1700. Miło się siedziało, chłop pracował w banku, zapoznał mnie z ofertą kredytową na 40 lat, która w razie śmierci kredytobiorcy przechodzi na jego potomstwo, podobno nie mają wyboru. Ja im opowiedziałem trochę jak wyglądają badania kliniczne. Słuchaliśmy się, patrzyli dookoła i nie wierzyli, że jesteśmy na tej samej planecie, co Bangkok. Koło 22:30 dano nam stanowczo do zrozumienia, że obsługa lokalu chciałaby iść spać. Mnie jeszcze nie do końca siadła zmiana czasu, więc liczyłem na dłuższe posiedziny, ale to i tak był ostatni czynny bar w zasięgu wzroku, wróciliśmy. Po drodze zdiagnozowaliśmy dwa problemy:

- oświetlenie uliczne jest dość przypadkowe, może go nie być 300 metrów, a potem ma się 50 rzęsiście oświetlonego traktu

- szczury to poważny problem stolicy Union of Myanmar

- zdecydowanie lepiej mieć glany niż klapki. Co z tego, że jest ciepło? Poza tym jest brudno, śmieci są tony, w tym i porozbijane butelki, i otwarte puszki.

Wiedziałem, że zjawiska w stylu wifi nie występują w Birmie, nie brałem laptopa i usiadłem sobie przy recepcyjnym komputerze. Wzruszyła mnie obsługująca, która powiedziała, że tam leży kartka i żebym zapisał, ile korzystałem jak skończę, to mi do rachunku dopiszą, a jak chcę coś do picia z lodówki to też tak mam zrobić. Mój kochany kontynencie, ależ tęskniłem. Net działał dość powoli, niektóre strony (jedna z moich poczt) nie, inna owszem, o dziwo portal, o którego założycielu traktuje film 'The Social Network' funkcjonował bez problemu. Cóż było czynić, napisałem wszystkim, że żyję, że Birma, że różnica czasu i że do szeroko rozumianego jutra.

Leżąc w pokoju doszedłem po pierwsze do wniosku, że znak zakazu palenia jest unieważniony tym, że dali popielniczkę. Po drugie zdałem sobie sprawę, że nie mogę spać, bo nie mogę się doczekać następnego dnia. Pierwszy raz od bardzo, bardzo dawna. Wręcz zapomniałem, że coś takiego jest możliwe.

O 6:20 zaczął wyć pies. Słońce już wstało, więc poszedłem w jego ślady. Słońca, nie psa. Wypadało wyczekać trochę i iść na wliczone w cenę śniadanie. Po wieczornym powitaniu sokiem i lampionami, temu zdecydowanie brakowało klimatu. Podano tosty, dżem, omlet, koszmarną kawę 3 w 1, podły sok i banana. Przynajmniej nie podano mięsa.

Gdy czekałem na duet iberystyczno-morawski, oczom mym ukazał się jeden z gości, który wypadł z restauracji i wyrzygał się do donicy przed hotelem. Mnie też nie smakowało, ale że aż tak? Tak ze cztery razy. Jego znajomi usprawiedliwili go, że ma to kolejny dzień. Pogadaliśmy sobie, że pogryzły nas komary i że możemy mieć magic malaria souvenir from Myanmar.

Birma jest najbardziej buddyjskim krajem w jakim miałem szczęście być. Ulicą koło hotelu przeszło gigantyczne stado mnichów zbierających jedzenie, praktycznie wszyscy mieszkańcy mieli coś przygotowanego dla nich. Widziałem niejeden walk of alms (na to naprawdę nie ma dobrego polskiego słowa) w życiu, ale tutaj to był kawałek od centrum, zaś mnichów ilość niesamowita.

Ja chciałem zobaczyć Rangun-Yangon, oni chcieli kupić bilet lotniczy. Połączenie sił szło nieźle, wpakowaliśmy się najpierw w świątynię hinduistyczną, potem zaś w bazar, gdzie sprzedawali chyba wszystko. Dla mnie wygrały zapalniczki i paski ze swastyką – znalazłem potem rozsądne wyjaśnienie, nienawiść do Brytyjczyków zaowocowała miłością do ich wrogów. Dość już dawnych wrogów, ale swasty jak żywe. Podobnie żelazne krzyże, ale te zdawały się być nieco mniej popularne w sezonie zima 2010. Poza tym można było zobaczyć, jak zachowuje się ryba żywcem obdzierana ze skóry lub pieczona, czy rzucić parę kyatów człowiekowi bez nóg, bazarek z kategorii azjatycki horror. Kilkadziesiąt metrów od niego udało się zlokalizować Satori Tower, wieżowiec z wieloma poważnymi biurami, w tym lotniczymi.

Jedna z zasad podróżowania po Birmie dla świadomego turysty – wyborcy partii uważanych za liberalne i czytelników Gazety Wyborczej, Guardiana, Polityki, Spiegla, Time'a i Macleansa: należy latać przewoźnikami jak najmniej państwowymi. Mamy do wyboru cztery linie lotnicze. Całkowicie państwowe jest Myanma Airways, do tego uważane za najgorsze, i moralnie i zdroworozsądkowo należy unikać, chociaż bywają najtańsi – najpewniej to matka-ojczyzna dopłaca do interesu (są tacy, co piszą, żeby nimi latać, bo wtedy więcej dopłacą, niegłupie, chociaż nadal niebezpieczne). Moja ulubiona birmańska historia lotnicza związana jest z rokiem 1998, gdy to obsłudze linii Myanma zajęło ponad dobę ustalenie, że samolot spadł i ludzie nie żyją - siedzieli spokojnie i myśleli, że chwilę się spóźnił. Widać jak definiuje się chwilę w temacie lotów w tym kraju. W tak zwane pół drogi są Air Bagan, Air Mandalay i Yangon Airways. Zasadniczo są prywatni, ale wiadomo, gdzie płacą podatki i że raczej nie otwarto dla nich rynku w imię konkurencji i za piękne oczy. Chłop z Air Bagan wziął ślub z córą jednego z wodzów, impreza kosztowała fortunę, niemniej on sam twierdzi, iż nie ma żadnych bliższych relacji z władzą. Jasne, ale same linie zebrały punkty u ludzi za pomóc po cyklonie Nargis.

Podsumowując temat lotniczy: w roku 2007 kraj miał 66 lotnisk-pasów startowych, większość nie w użyciu. Dostępne dla turysty jest góra dziesięć, chociaż chyba mniej. OK, liczę znane mi: Yangon, Mandalay, Bagan, Inle, Ngapali, czyli Thandwe, Sittwe, Myitkinia, Heho... koniec chyba? Przy czym np. loty do Myitkinia oficjalnie są możliwe, ale złapanie samolotu podobno graniczy z cudem. Czasem da się załapać na lot w inne miejsce, ale to z urzędasem, mężem stanu w sensie, tego nie zaplanujesz, kiedy bozia będzie latała. Znane są przypadki zmiany miejsca lądowania, gdy samolot był już w powietrzu, akurat komuś tak pasowało, a że tobie nie, to już twój problem. Jak widać, nawet Ryanair może się nieco nauczyć od Birmy w temacie organizacji podróży powietrznych.

Moi przyjaciele nie wiedzieli 1/10 z tego wszystkiego, chcieli lecieć do Bagan. Poszliśmy do ogólnego pośrednika, więc medytowałem w duszy, żeby im nie dali Air Myanma, po pierwsze się zabiją, po drugie wesprą reżim. Wprowadzili taką ilość zamieszania ('Lecimy do Bagan... A co tam jest? Świątynie. To nudne, Lećmy do Mandalay. A co jest w Mandalay? Świątynie. To nudne, lećmy do Bagan'), że ukradłem dwa długopisy z logiem Air Yangon i kilkanaście cukierków. W biurze była klimatyzacja, co pozwoliło się nieco wysuszyć z trudów spacerowania. W końcu zapłacili 82$ od głowy za lot do Bagan.

Zaciągnąłem ich do Sule Pagody, zabytku numer dwa na liście obowiązkowych widoków stolicy Birmy. Obsługa była dość bucowata, wstęp 2$ lub 2000 kyatów, do tego kazano mi dać pieniądze za pilnowanie butów, czyli 'usługę', która zazwyczaj jest gratis, a jeżeli już ktoś pilnuje, to za co łaska. Kazali dać cokolwiek, więc dałem 200, ale dowiedziałem się, że to za mało i że powinienem dać 1000. To jest w chuj kasy, nieprzystawalnie wiele za coś takiego w kraju, gdzie ludzie żyją dziennie za mniej. Chciano nam jeszcze trochę rzeczy sprzedać, ale bezboleśnie się wywinęliśmy. Co do samej atrakcji: jest świetnie, ale trochę też dziwnie – na środku największego ronda stolicy stoi pagoda pomalowana na złoto, co więcej: pagoda, która ma 2000 lat i 46 metrów wysokości. To, co często widać na zdjęciach z Birmy, czyli takie wystający szpikulec w niebo, zwie się zedi, w tym konkretnym wierzy się, że jest włos Buddy. Co do 2000 lat to trochę oszukują, po prostu od 2000 lat jest tam Pagoda, którą przebudowywano wiele razy i w sumie nie da się ustalić, która część jest z kiedy. Dookoła niej są różne punkty usługowe, w tym cafe net i handel ciuchami. Przyznam, że dla mnie super, zadowolenie z życia plus pięć. Tuż obok jest info turystyczne, dali za darmo kolorową mapę, do tego mieli wypisane ceny za wszystkie loty na ścianie i oferowali pośrednictwo w zakupie biletów. Ceny na loty są mniej więcej wszędzie te same i nie ma znaczenia, czy bilet kupisz pół roku przed lotem, czy dwie godziny wcześniej, jak na pociąg po prostu, promocji jakichś brak.

Poszliśmy podziwiać zabytki architektury kolonialnej, a konkretnie Strand Hotel, którego budynek pochodzi z czasów brytyjskich. Kawałek Londynu w centrum Yangonu, miła odmiana od stricte religijnych zabytków. Obok jest poczta, aby zrealizować mój plan, kupiłem 30 znaczków. Nie zrujnowałem się, kosztują 50 kyatów od sztuki, czyli jakieś 20 groszy. Były całkiem ładne, późniejsze ustalenia pozwoliły odkryć, że między pocztami znaczki mogą się różnić, a poza stolicą bywa, że nie ma takich za 50 i trzeba kupować za 100. Nadal nie idzie się zrujnować na tym. Najlepszy numer, gdy mają 20 i 10, po nalepieniu znaczków zostaje niewiele miejsca do pisania. Pani przede mną w kolejce odbierała paczkę. To był zajebisty widok, dali jej wszystko rozpakowane, a ponieważ pudełka nikt nie zapewnił, próbowała to pozbierać z powrotem w papier, czyli starą gazetę. Dobrobyt jak szlag widać. Jednak najlepszy news związany z tym segmentem usług: niewidomi mogą wysyłać pocztę za darmo. Gdybym spotkał autora tego pomysłu, zapytałbym go, czy uznali, że zrobią sobie jaja z ludzi tak strasznie dotkniętych przez los, czy też jakiś kretyn myślał, że wyświadcza im w ten sposób przysługę i szczerze miałbym nadzieję, że jednak to drugie. Wymyśliłem sobie, że w każdej wiosce pewnie jest jeden niewidomy, który zbiera korespondencję wszystkich i wysyła za darmo, w zamian coś dostaje. Pewnie nie, takie pomysły tylko Polak może mieć. Od dzieciaków przed budynkiem poczty kupiliśmy kartki, dziesięć sztuk za tysia. Wyliczyłem, że w sumie potrzebuję jakieś 50 sztuk, ale po co wszystkie kupować w Yangonie? Późniejsze doświadczenia nauczyły, że nie ma co za wiele myśleć, wydano kiedyś może ze cztery serie, w sumie z 40 różnych kartek, które sprzedają w całym kraju. Można sobie kupić Mandalay w Yangonie i Bago w Thandwe, chociaż często np. w Mandalay będzie więcej z Mandalay i okolic. Wymarzony kraj do pisania pocztówek, chociaż niektóre wyglądają jak zdjęcia, które byśmy usunęli z aparatu, bo maźnięte. No a tam zrobiono z tego kartki.

Poszliśmy szukać synagogi, bo o dziwo i takie cudo ma Yangon na stanie, ale sromotnie polegliśmy, do tego temperatura sprawiała, że pływaliśmy w ciuchach i ryj zaczynał piec. Udało mi się zrealizować jedno z marzeń dziecięcych: kupiłem sobie betel, czyli tytoń do żucia. No to jest odlot, trzy sztuki za 100 kyatów, dostaje się go zawiniętego w liście, pakujemy do ust i pierwsze pierdolnięcie po prostu zrywa buty i sprawia, że ślina leci z ust litrami. Lokalni plują na ulicę, miałem trochę opory, ale w końcu zebrałem w ustach chyba z litr i sobie pozwoliłem. Wygląda to jak krew, zwłaszcza gdy zaschnie, zostawia czerwone ślady. Przez to niektórzy fachowcy mówią, że widzieli w Birmie krew zabitych na ulicach. Przyjaciele zazdrościli, ale tuż przed przybyciem do Birmy wybielili sobie zęby w Tajlandii i nie bardzo chcieli spędzić jakichś 30 minut na żuciu czegoś, co sprawia, że niektórzy lokalni amatorzy mają niemal czarne uzębienia. Obserwowałem żujących i widziałem, że to cała fajna zabawa, obracanie betelu w zębach, przerzucanie go z jednej strony ust na drugą. Ciekawa alternatywa dla papierosów. Skoro mowa o tych, ostatecznie moim wyborem na czas pobytu stała się marka Red Ruby, paczka 400 kyatów. Opcji light nie ma, więc paliłem czerwone. Bez skrajnych wrażeń, da się wypalić bez bólu, zwłaszcza jeżeli ktoś (jak np. autor) zaczął palić mając lat 16.

Próbowaliśmy znaleźć miejsce zwane Bogyoke Aung San Market, targowisko różnych cudów znane też pod brytyjską nazwą Scott Market. Cholernie nam to nie szło i gdy w końcu u jubilera zrozumieli o co nam chodzi, polecili wziąć taryfę. Ja tam nie lubię, wolę chodzić i oglądać, ale powiedzieli, że bardzo daleko. Fakt, dobrze wyszło, że miałem przyjaciół, bo były ze cztery kilometry mało ciekawej drogi, za którą skasowali nas w sumie 1000 kyatów. Nawet nie chcieli przyjąć ode mnie pieniędzy, no to jest mniej niż 4 PLN, mniej niż euro, dla kolesia z Madrytu to więcej bilet na metro kosztuje. Sam market-rynek-bazar mnie nie zachwycił. Oni rozważali kupno biżuterii, to znaczy ona chciała jakoś uczcić to, że się zaręczyli i z tej okazji zdecydowała się pozwolić mu kupić sobie jakąś błyskotkę. Ceny były srogie i zapewniano nas, że wszystko autentyczne, ale delikatnie zapytałem, czy są w stanie odróżnić prawdziwy rubin od fałszywego, bo ja nie. No i tym go uratowałem, kupno rubinów przełożono na kiedy indziej.

Zdecydowaliśmy iść żreć, oczywiście tuż obok bazarku są jadłodajnie. Widok trzech białych wzbudził furorę, widać było, że standard zdecydowanie lokalny. Podobnie i ceny, za wielki ryż z warzywami zapłaciłem 1000 kyatów (no a za piwo 1700...). Javier wpadł na dobry pomysł, co chwilę ktoś nas prosił o pieniądze. Z jednej strony żebranina jest zła i nie należy jej wspierać, z drugiej widać było, że ci ludzie nie pójdą do pracy, bo np. nie mają nogi albo mają 10 lat. Trochę jednak nie pasuje dawać 1000 kyatów bezdomnemu, bo wtedy mu się zakoduje, że turysta to idiota i że należy go gnębić, to w końcu coś da. Zaczęło się od tego, że Javier dał komuś chyba 500 kyatów (czy 200) i narodziła się legenda o bogatych białych, którzy jedzą w spelunie. Zaczęły walić tłumy, więc widząc, że kelnerka ma tony waluty, rozmienił 500 kyatów na drobne i to naprawdę drobne - 5, 10, 20. Ja zrobiłem podobnie z 200. Gdy tylko ktoś podchodził, dostawał coś z tego repertuaru. To dość zajebiście wyglądało, siedzimy i gadamy, podchodzi dziewczynka i próbuje coś mówić, ten jej przerywa, nie odwracając się nawet do niej, daje 20 kyatów i odprawia. W 10 minut przestali przychodzić. Mnie akurat żebrzące dzieci prawie nic nie ruszają, jednak mocno działają na mnie ludzie wiekowi. Dzieci są agresywne, cisną i krzyczą, wygląda to jak z filmu - biały turysta i stado azjatyckich dzieciątek dookoła. Starsi zazwyczaj tylko stoją zrezygnowani i mają tak strasznie smutny wzrok, albo nic nie mówią, albo mamroczą, bo już nie wierzą w nic, czekają na śmierć, wiedzą, że nigdy nie będzie dobrze. Dzieciom można mówić, że trzeba iść do szkoły, że trzeba się starać, że się uda, tylko trzeba się wykazać, ale co powiedzieć facetowi bez rąk, który ma na twarzy wypisane pięć razy więcej doświadczeń życiowych niż ja? Że ma się zabrać do pracy? Czy kobiecie, która ma ponad 70 lat i siedzi w szmatach na krawężniku. Ci ludzie już nie mają nadziei, byliby skończonymi idiotami, gdyby ją zachowali. Przeżyli kilkadziesiąt lat życia, często pod kilkoma ustrojami, czy jednym bardzo rozrywkowym i już czekają tylko na śmierć, nierzadko nawet ich nie obchodzi, czy im dasz te parę groszy, bo wiedzą, że to i tak niczego nie zmieni.

Poszliśmy do Shwedagon Paya. Po drodze wyjaśniałem, co to za miejsce i dlaczego w ogóle tam idziemy. Moi przyjaciele odkryli, że wstępy do muzeów idą do reżimu, witamy w życiu. Bilet do Shwedagon kosztuje pięć dolarów, oni nawet się wahali, czy dać tyle na możnowładców, ja nie. Zostawiliśmy obuwie, wjechali schodami ruchomymi, popatrzyli i postanowiłem się im zgubić. Chciałem być sam ze sobą, bo widziałem, że właśnie mój ranking najpiękniejszych rzeczy w świecie musi się przewartościować. Po dotarciu do głównej atrakcji jęknąłem z zachwytu. Widziałem parę pięknych rzeczy w życiu, tego dnia wiedziałem, że patrzę na coś z katalogu najpiękniejsze. Shwedagon jest wielkie też dosłownie, w Lonely Planet dają nawet mapę całego kompleksu, to już trochę bzdura. Spędziłem jakieś cztery godziny łażąc boso dookoła. Patrzyłem z każdej strony i dziękowałem losowi, że nie udało mi się podciąć sobie żył jakiś czas wcześniej, że wymęczyłem się w biurze tyle czasu. To była jedna z najpiękniejszych nagród w życiu. Wydawało mi się, że złoto wylewa się na mnie, nawet tandetne migoczące lampki przy ołtarzach nie psuły mi odbioru. Spadł rzęsisty deszcz, siedziałem pod daszkiem z grupą turystów i miałem ochotę zostać tam do końca świata, chociaż nie można było palić ani pić. Nie wiem, nie umiem tego opisać, to było tak kurwa piękne, że tylko ryczeć z radości. Każdy kawałek tej świątyni sprawiał, że chciało mi się tarzać ze szczęścia po deskach i zostać mnichem, bo wtedy byłbym tam codziennie. Gdy o wiele później oglądałem 'The Burmese Harp' i zobaczyłem sceny nakręcone w Shwedagon, spierdoliłem się z wrażenia, bo to jeden z tych widoków, którego nie zapomni się nawet mając Alzheimera.

Po jakichś dwóch godzinach 'przypadkiem' znalazłem przyjaciół. Z racji deszczu, wzięliśmy taryfę, 3000 kyatów. Gdy staliśmy na światłach, podeszła do nas kobieta z dzieckiem. Oni powiedzieli, że na dzisiaj wystarczy. Dałem dwieście kyatów, jakoś po tej świątyni chciałem to zrobić. Zaraz pojawiły się kolejne dwie i zrozumiałem swój błąd, sprowadzono mnie na Ziemię.

W hotelu Motherland Inn kupiłem bilet na autobus do Mandalay na następny dzień. 10400 kyatów, no nie ma jednak bajki finansowej, tanio już nigdzie nie jest. Poszedłem badać temat opcji alkoholowych. Widziałem w ciągu dnia, że whisky jest królową kraju, zapewne pozostałość po Brytyjczykach. Przez dobre pół kilometra nie znalazłem niczego, co mogłoby być monopolem, zacząłem się bać, że prędzej znajdę wpierdol, bo było już bardzo ciemno, ale oczom mym ukazało się wielkie zbiegowisko i już wiedziałem: tam jest alkohol, stado facetów nie siedziało by tam bez powodu o 21. Oczywiście nikt nie mówił po angielsku, dwóch rzuciło mi się pomagać. Bałem się, czy mnie stać na ich pomoc, gdy próbowałem wypatrzyć coś w sklepie i pokazać im to palcem, jeden krzyknął: whisky i już wiedziałem, że jestem w domu. Pozostawało pytanie za ile. Koleś wziął długopis i napisał na ręce parę cyfr. Coś mi nie grało, jemu chyba też nie, bo w końcu wszystko skreślił. Wziąłem nie znając ceny Mandalay Whisky, butelka 680 mililitrów (oszustwo wobec 700 mililitrów, dobry deal wobec 500, wersja dla optymistów i pesymistów). Buty mi spadły jak za to płaciłem, 1200 kyatów. Jakieś 4 PLN. Co oszukują na pojemności, to oddają w woltażu, 43%. Sprzedawcy i asystenci byli niesamowicie dumni i szczęśliwi, że biały ryj coś u nich kupił, ściskali mi dłonie, klepali po plecach, a jeden nawet po tyłku. Potrzebowałem jeszcze zapity, w sklepie koło hotelu dzieci siedziały w sklepie i gdy tylko mnie zobaczyły, to się ucieszyły, machały, krzyczały i chciały mi wszystko podać. Poprosiłem o colę, po chwili doprecyzowałem, że jednak wolę zimną. Nie mają, zepsuta lodówka. Zrobiły takie smutne miny myśląc, że przepadła okazja sprzedania czegoś turyście, że wolałbym złamać własnego fiuta niż ich serca, więc kupiłem tę ciepłą colę. Na szczęście wodę miały zimną. Rada dla ewentualnych gości hotelu Motherland Inn: sklep na rogu, jakieś 100 metrów od przybytku, ma pełną gamę alkoholi, tylko, że ukrytą, trzeba wejść i poprosić o prezentację. Mają też zimną colę.

Zanim wróciłem do hotelu, zaczepił mnie rikszarz o pieniądze. Odmówiłem, ale zaczynało mi się robić coś dziwnego, Birma to drugi kraj (obok Kambodży), w którym źle się czułem nie dając żebrzącym pieniędzy. Jakoś widać było, że to nie są żadne cwaniaczki, że nie pójdą za to na wódkę, tylko naprawdę jakieś 50 kyatów im może pomóc, a 200 to już hit.

Telefony komórkowe w Birmie nie działają, ale mój ma całkiem użyteczną funkcję grania muzyki. Siedziałem sobie z najlepszymi przyjaciółmi z katalogu Tori Amos, Leonard Cohen i Nine Inch Nails i testowałem whisky Mandalay. Jest dobrze, chociaż te 43% są raczej oszukane. Jeszcze zanim poszedłem po whisky, sprawdziłem maila. W jakieś trzy minuty zjebał mi się humor jednego z najlepszych dni życia. Z jednej strony pytania z pracy, z drugiej strony sprawy osobiste. Odniosłem wrażenie, że ludzie zjednoczyli się, aby spierdolić mi ten wyjazd. Miałem ochotę odpisać: dajcie mi spokój! Uciekłem od cywilizacji, bo życie na modłę zachodnią jest mordęgą, ciągłą walką o wszystko. Siedzę w miejscu, gdzie ludzie walczą o życie nie w sensie nowy telefon, tylko jedzenie. Gdzie danie komuś złotówki decyduje o jego dniu (no, w kyatach, złotówką to sobie mogą dokręcić śruby w rikszy). Widziałem dzisiaj jedną z najpiękniejszych rzeczy świata tego i naprawdę, nie chcę nawet myśleć o tym, gdzie na moim biurku dokładnie leży ten kontrakt, w podobnie umiarkowanym stopniu interesuje mnie przegląd krakowskiej kroniki towarzyskiej. Buddzie na kolanach dziękuję, że tu komórki nie działają, bo jeszcze byście mi napierdalali smsami. Macie swoje mieszkania na kredyt z dobrymi adresami, macie swoje szczęście rodzinne, na wakacje jeździcie na Majorkę i poza pracą nie żyjecie, tymczasem ja sobie czasem trochę siedzę na obrzeżach cywilizacji i jest mi z tym cudownie.

Ale by się wszyscy zdziwili, gdybym im tak odpisał. I tak nic by to nie zmieniło, wystarczająca liczba osób ma mnie za pojebanego i podtrzymuje ze mną kontakty tylko ze względu na tradycję ich trwania. Gdybym napisał ludziom o buddyzmie, birmańskiej nędzy i tym, że po paru dniach nie chodzenia do biura odzyskuję spokój psychiczny, uznaliby, że już mnie do końca popierdoliło. Zamiast tego odpisałem, gdzie jest kontrakt i odpowiednio skomentowałem inne newsy. I po tym krótkim kontakcie ze światem zachodu nabrałem ochoty na tę Mandalay Whisky.


Kolejny dzień rozpocząłem dość wcześnie, ale tym razem nie z powodu psa, a konieczności odwiedzenia toalety. Gdy już tam dotarłem, nie do końca wiedziałem, którym otworem obrócić się do muszli. Pierwsza myśl: whisky. No ale nie wypiłem za dużo, może to jakiś strasznie brudny alkohol? Druga myśl: wirus układu pokarmowego. Trzecia: oby to była whisky. Do mniej więcej 9:30 nawiązywałem do pana, który rzygał do donicy dzień wcześniej. W końcu się zebrałem i postanowiłem iść z buta do Chaukhtatgyi Paya, jednej z podobno ciekawszych pagód Yangonu. To jakieś sześć kilometrów z buta, słońce prażyło, mnie głowa bolała okrutnie, ale pocieszałem się, że chyba idzie ku lepszemu. Tu atrakcją jest gigantyczny reclining Budda. Przepiękny, na stopach ma sceny z życia, trochę jak w Wat Pho w Tajlandii, ale całkiem inna stylistyka. Na ścianach są tablice upamiętniające darczyńców, 300$ wystarczy, by kupić sobie wieczną chwałę, aż kusiło. Turystów zbyt wielu tam nie dociera, więc miałem dość szybko przyjaciela, który zaczął opowiadać o obiekcie i oferować, że za 10$ opowie więcej. Podziękowałem, zszedł do 5$. Podziękowałem, zaprosił do rozmowy. Nie chciałem być chamski (to mi się rzadko zdarza w życiu) więc usiadłem z nim i z jego kolegami. Skąd jesteś? Mówię ze wstydem, na to jeden z nich, że bardzo lubi Miłosza i Sienkiewicza. Pierdolnąłem. Pytam jak i skąd to znają. A, są przekłady na nasze. Zgłupiałem, kto i za jakie pieniądze przełożył naszych autorów na birmański??? I tak naprawdę: po co?

Chwilę pogadaliśmy, kusiło mnie spytać, co robili w 2007, ale nie wypadało. Gdy patrzyłem na ludzi, miewałem myśli, że pewnie paru z nich załapało się na tamte wydarzenia, niemniej wiedziałem, że nie ma na liście ich życzeń opowiadania o tym. Poszedłem do atrakcji po drugiej stronie ulicy. Ngahtatgyi Paya. Pięciopiętrowy Budda z zajebistymi rzęsami z prętów. Usiadłem i próbowałem medytować, ale najpierw bolały mnie nogi, a potem dowalił się jakiś buc. Spławiłem go i odkryłem, że chyba się odtrułem. Miałem jeszcze jedno miejsce do odwiedzenia, szczęśliwie było blisko. Dom nad jeziorem Inya, gdzie w areszcie domowym siedziała Aung San Suu Kyi. Jest to wypizdów miasta, nie wiedziałem, czego się spodziewać. Po drodze minąłem jeden szlaban, stojący przy nim strażnik pokazał mi konspiracyjnie, że tak (kciuk do góry i machanie ręką plus uśmiech). Wkrótce potem zobaczyłem flagi NLD, czyli partii mojej ulubionej Azjatki. Za murem siedzieli strażnicy i gdy zobaczyli turystę, dostali odlotu z radości. Wiwatowali do mnie, widać było, że mają w dupie porządek kraju, bo są poza nim. Machałem im i się śmiałem i mimowolnie łzy leciały mi po twarzy, bo nigdy nie sądziłem, że komuś sprawię taką radość stojąc pod murem. Dla tych ludzi znaczyło to, że ktoś się interesuje ich działalnością, rzecz niesamowita dla kraju zapomnianego przez cały świat. Nie zobaczyłem nawet domu, ale nie bolało mnie to w ogóle, ta gestykularna wymiana zdań z ochroniarzami była... Nie wiem kurwa czym była, pierwszy raz od w chuj dawno poczułem się dobrze i pomyślałem sobie, że może wnoszę coś dobrego do tego świata, bo poprawiłem humor dwóm kolesiom z automatami, którzy znają kogoś, kogo podziwiam i kocham.

Mimo wrodzonego skąpstwa, postanowiłem wrócić taksówką. Dobre dziesięć minut żadna mnie nie chciała. Nawet gdy się coś zatrzymywało, to gdy mówiłem Motherland Inn, uciekali. W końcu udało się i taksiarz zgodził się na kurs, pod warunkiem, że mu pokażę dokąd. Prowadziłem go dobre dziesięć kilometrów przez miasto, które ledwie znałem, ale udało się. To była komedia roku, patrzyłem desperacko w przewodnik i na drogę, próbując ustalić, gdzie też właśnie jesteśmy, chłop nic nie rozumiał po angielsku, więc gdy chciałem, by skręcił, wystawiałem ręce przez okno. Siedzenie było dość szerokie, więc skakałem na tyłku od okna do okna i jeszcze oczywiście krzyczałem. O dziwo, system zadziałał, ja nie pobłądziłem i szybko dowiózł mnie w okolice hotelu. W temacie ceny powiedział 'ile chcesz'. Dałem 3000 kyatów i byłem pewien afery, tymczasem on był zachwycony, widziałem, że interes życia zrobił.

Zebrałem z hotelu Sheryl, 40+ Kanadyjkę, która jechała tym samym autobusem do Mandalay. Miała taką paranoję podróżniczą, że czekała na mnie ponad godzinę przed umówionym czasem, bo źle zrozumiała zmianę czasu (po trzech dniach pobytu w kraju nie wiedzieć, która godzina...). Od dwóch dni leżała w łóżku i rzygała. Okazało się, że rzygali też inni goście, właściwie wszyscy. Hostelowi udało się zaprowadzić małą epidemię pośród odwiedzających. Najmniej zabawnie wyglądała sytuacja z Japonką, która już od dwóch dni nie była w stanie zjeść niczego, chociaż i ci pod koniec pierwszej doby postu wyglądali na umiarkowanie zadowolonych z pobytu.

Taksówka chciała od nas 5000 kyatów, co wydawało mi się ceną dość wysoką, ale zmieniłem zdanie, gdy okazało się, że dotarcie na dworzec zajęło bitą godzinę jazdy przed siebie. Autobus był bardzo ładny i nowy, problemem jednak okazała się klimatyzacja. Ustawiona była chyba na minus, wszyscy trzęśli się z zimna i ubierali na siebie, co akurat mieli pod ręką. Problemem numer dwa okazał się repertuar telewizyjny, najpierw seria hitów w wersji karaoke, potem jakaś koszmarna komedia chińska. Spać nie szło, słuchałem więc 'Dziennika Anne Frank' czytanego przez Winonę Ryder. Koło północy doznałem rozkurwienia sufitu, obudziłem aż Sheryl. Dojechaliśmy do nowej stolicy kraju, Naypyidaw.

Świadomość istnienia miejsca o nazwie Naypyidaw (Nay Pyi Taw) nie występuje. Jest to cyrk, przy którym wysiada wiele innych pocieszności świata. Przypomina się klasyczny dowcip: jak to jest lecieć samolotem Aeroflotu? Tak jak odbyć stosunek z tygrysem bengalskim: trochę śmiesznie, trochę strasznie. Jest w tym wiele 'podobno', ale: podobno wodzowie kraju porozmawiali z astrologami i ci poradzili im przenieść stolicę z Yangonu, co miało zapewnić utrzymanie się przy władzy. Powodów, które miały jakoś racjonalizować decyzję znalazło się kilka. Po pierwsze, Yangon jest zatłoczony, brudny i chaotyczny. Po drugie, może zostać zaatakowany z morza. Po trzecie, obecność stolicy w tamtym miejscu pomoże przynieść stabilizację regionu (to jest umiarkowanie durne, bo w rzeczy samej, jest to dość niespokojna część kraju). Budowę rozpoczęto w 2002 roku, angażując w to w cholerę osób, firm i sprzętu, po prostu zamiast wykorzystać jakiś istniejący adres, postanowili sami zatroszczyć się o dobre miejsce. Samego transferu stolicy dokonali 6 listopada 2005 roku o 6:37 rano (ach to zamiłowanie do numerologii!). Sama nazwa ujrzała światło dzienne 27 marca 2006 roku, znaczy ona 'królewską stolicę', 'miejsce królów'. W środku kraju, jakieś 320 kilometrów od Yangonu, pośrodku po prostu niczego, postawili wielkie miasto, trzecie, co do wielkości w kraju, populacja około miliona osób. Początkowo, jak to w gospodarkach planowych bywa, nie udało się np. wybudować szkół, więc urzędnicy musieli przeprowadzić się bez rodzin, taka drobna niedogodność, wyprostowano potem.

Dokonano cudu, miasto jest pośród dziesiątki najszybciej rozwijających się świata (inna sprawa, że na tej liście są poza tym miasta z Chin i Afryki). Zrealizowano tam wiele fajnych pomysłów, np. kolory dachów mówią o tym, kto mieszka – pracownicy ministerstwa rolnictwa w zielonych, zaś służby zdrowia w niebieskich, wygodne, gdy kogoś szukasz. Status apartamentów odzwierciedla status społeczny. Obok tego wszystkiego walnięto wielki kompleks wojskowy, z ośmiopasmowymi drogami, tak by i co mniejsze samoloty mogły na nich lądować. Pobudowano też takie ciekawostki jak park wodny, zoo, muzeum diamentów, centrum handlowe i dwa pola golfowe. Wydzielono miejsca na ambasady, każdej przydzielając 4,9 hektara. W Naypyidaw mieści się birmańska Akademia Filmowa, która przyznaje najważniejsze nagrody w kraju (cóż za prestiż!). Miało być i metro o łącznej długości około 50 kilometrów, ale potem z niego zrezygnowano. Za to udało się i Naypyidaw to jedyne miasto w kraju, gdzie prąd dostępny jest całą dobę. Trwają prace nad rozbudową portu lotniczego, by mógł przyjmować 3,5 miliona pasażerów rocznie. Zasadnicze pytanie brzmi: na chuja, w jakim celu? W roku 2010 wszyscy twardo mówili i na to też wyglądało, że turyście wysiąść nie wolno, a nawet jeżeli jakoś przypadkiem się zabłąka, to nie przyjmie go żaden hotel na noc i że wyprawią poza granice miasta. Będą przyjmować oficjałów z innych krajów, ale znowu ilu? No tak, zawsze można pochwalić się nowoczesnym i pustym lotniskiem, na którym niemal nic nie ląduje (są loty z Hong Kongu i wewnątrzkrajowe, niemniej biletów na takowe nie widziałem).

W nocy najlepiej widać największą atrakcję, którą jest kopia 1:1 (dokładnie minus 30 centymetrów) Shwedagon Paya. Tu zwie się ona Uppatasanti Pagoda, czyli Pagoda Pokoju. Oczywiście miasto jest całkowicie zamknięte, lokalnym nie wolno się zjawić w ogóle, turystom spędzić nocy, ale ponieważ nowa stolica jest na środku autostrady łączącej dwa największe miasta kraju, da się co nieco ujrzeć z okien autokaru. Przede wszystkim wspomnianą imitację Shwedagon. Do tego równe trawniki zraszane cały czas wodą (albo akurat koło północy, z racji klimatu obstawiam jednak pierwsze). Działające latarnie uliczne, rozstawione co kilkanaście metrów. Równe chodniki. Ogromne hotele, w których nie świeci się ani jedna lampa, ewentualnie czasem recepcja. Te są dla delegacji zagranicznych. Po prostu rządzący pomyśleli, jak ktoś przyjedzie to pokaże mu się największą atrakcję kraju, a oszczędzi widoku nędzy i przejazdów po drogach kategorii dramat. Gdy będzie chciał gdzieś się przejść, to uczyni to chodnikiem klasy Kanada. A że miasto nieco wymarłe i nie ma w nim ludzi? Drobiazg, za to jest bardzo dużo żołnierzy. Podobno nawet Chińczycy drapali się w jajo i myśleli, że generałów porąbało, gdy obserwowali proces budowy stolicy pośrodku niczego, bo astrologowie tak doradzili. Mam swoją teorię: w (mało prawdopodobnym) rozwoju wydarzeń, gdyby ludzie się wkurwili odpowiednio do obalenia władzy i chcieli wszystko rozwalić, zaś na latarniach wywiesić odpowiedzialnych za ten gnój, wówczas zanim dotrą do Naypyidaw, możni mają większe szanse ewakuować się niż gdyby siedzieli w Yangonie. No a budowanie stolicy w kraju, gdzie ludziom płaci się jakiegoś dolca dziennie? Nie wyszło bardzo drogo przecież.

Przed wjazdem na teren stolicy i podczas wyjazdu z tegoż kontrolowane są dokumenty. Turystów przesadnie nie męczyli, ale lokalnych owszem, zapewne bali się, czy ktoś nie postanowił wysiąść i poszukać sobie jakiegoś małego miejsca do rozpierdolenia. Nie wyglądało na to, żeby ktoś chciał wysiadać i niszczyć, pomyślnie przeszliśmy spotkania z mundurowymi. Po kolejnych sześciu godzinach mogliśmy powitać następny dzień naszego życia w drugim co do wielkości mieście kraju, Mandalay.

juriusz 2012-05-13||| 12:35:29

skomentuj (0)


Objective: Burma

Pewnego czasu w mym życiu sprawy złożyły się w tak dziwny sposób, że miałem tak zwaną stabilną pracę z perspektywami, czyli siedziałem w biurze ponad osiem godzin dziennie i poddawałem się kretyńskim indoktrynacjom w wielu dziedzinach. Takie życie nie jest zbyt radosne, ciekawe ani przyjemne, niemniej jedno magiczne słowo zmuszało mnie do znoszenia tego wszystkiego. Słowo to brzmiało Birma. Wycieczkę planowałem większą część roku 2010. Finanse miałem wcześniej, ale urlopu nie bardzo, do tego potrzebowałem jechać na jakiś mniej więcej miesiąc (to i tak żałośnie krótko – ciągnąć się za takie pieniądze do Azji i siedzieć tam tylko niecałe 30 dni?). Niemniej w realiach świata poważnego to już niesamowicie epicki urlop, bo takowy przecież nie powinien przekraczać dwóch tygodni, zaś miejsce powinien mieć w Egipcie. Płacisz jakieś 1599 PLN, lecisz na długi weekend (pod warunkiem, że akurat nie ma tam rewolucji) i siedzisz w hotelu z innymi przedstawicielami biurowego planktonu, najczęściej z rodakami i nowymi Ruskimi ('to nie ludzie, to zwierzęta' – jak napisała o zjawisku popularna rosyjska autorka kryminałów Dasza Dońcowa). W skrócie: trochę się nagimnastykowałem z pogodzeniem terminów i uzyskaniem zgody na wyjazd. Pocieszałem się, że będzie on miał miejsce na przełomie listopada i grudnia, czasu, gdy w Polsce jest tak chujowo, że tylko pić i płakać, zaś w Azji Południowo-Wschodniej panują całkiem przyjemne warunki pogodowe.

Od strony logistycznej to była cała piękna impreza. Tak naprawdę nie jest ona tak skomplikowana, ale jeżeli ma się tyle czasu na przygotowania i już w lipcu kupuje wszystkie możliwe bilety, to coś musi się po drodze spierdolić, ergo dostaje się paranoi i żyje w nerwicy. W sezonie 2010 (chociaż jeżeli chodzi o Birmę to i w każdym innym) była to sprawa wiz. Coś im się stało i na parę miesięcy wprowadzili visa on arrival. Nazywali to eksperymentem i zaznaczali, że muszą sprawdzić, czy coś takiego może działać. Fora podróżnicze rozkurwiła radość, która została zgładzona z końcem września – procedurę wydawania wizy na wjeździe zniesiono. Zbliżały się wybory w kraju, najpierw miały odbyć się 10 października – datę 10.10.10 uznano za magiczną. Trochę też kierowałem się nią przy wyborze terminów podróży – uznałem, że dobrze nie być za blisko tryumfu demokracji, bo mogą zamknąć cały kraj lub jego znaczne części. Do tego jeżeli sprawa się pierdolnie i zacznie wojna domowa, to może zaowocować nawet nie tyle niebezpieczeństwem, ale po prostu tym, że nie będzie się dało podróżować, do tego okradną i zgwałcą. Uwzględniając kalendarium lotów, urlopu i wyborów, postanowiłem wylecieć z Polski 15 listopada, żeby następnego dnia wylądować w Tajlandii, zaś kolejnego w Birmie. Plan był dobry, naprawdę, najlepszy plan jaki miałem w temacie podróżowania.

Czas poprzedzający wylot spędzałem na przygotowywaniu się. Ilość publikacji i filmów dotyczących Birmy raczej nie zrywa kasku. Dla mnie to przede wszystkim jest film 'Burma VJ' (o którym wspominałem TUTAJ), jedna z moich głównych motywacji do wizyty w kraju. Zgodnie z tytułem (VJ to video jockey), jest to dokument złożony z tego, co udało się zmontować z nagrań zrobionych przez ludzi podczas wystąpień przeciwko kochającej władzy w 2007 roku. W kategoriach depresyjnych dzieło to zajmuje wysokie miejsce, nie brakuje momentów, gdzie idzie tylko siedzieć i płakać. Z przyczyn mi nieznanych torturowałem się nim jakieś pięć razy. Film był nawet nominowany do Oscara, ale niestety, przegrał z 'The Cove'. Inne dzieła na temat to pochodząca z 1957 roku 'The Burmese Harp' ('Harfa birmańska') Kona Ichikawy - nietypowy film wojenny, w którym więcej niż strzelania jest buddyzmu, Birmy i myślenia nad tym, co na tym świecie ma sens, co zaś nie. Niemniej nie biorę odpowiedzialności, czy komuś się ten film spodoba. Mnie tak, ale imprezy przy nim nie rozkręcicie. Jest też 'Objective: Burma' – pochodząca z 1945 roku produkcja z Errolem Flynnem, absolutna bzdura o grupie żołnierzy, którzy jadą na misję do wiadomego kraju. Ponad 130 minut amerykańskiej propagandówki z banalnymi dowcipami (tyle, że wtedy to chociaż nie gastrycznymi) i postaciami wyciętymi z szablonu. Do tego moje ulubione podejście do planowania misji – z mapą świata i globusem. Muzykę zrobił Franz Waxman i jest to całkiem dobra muzyka, ale z wątków birmańskich to jest parę figurek Buddy w dekoracjach. Unikać, chyba, że do śmiechu, ale zabawne też niestety nie jest, po prostu koszmarne. Jest 'Ucieczka z Rangunu' z Patricią Arquette, kretyńskawa popierdółka o zachodniej dziewczynce zagubionej w dzikiej Azji, szkoda czasu, no chyba, że do wódki, żeby się pośmiać.

Jest też produkcja znacznie bardziej współczesna. 'John Rambo' z 2008 roku, zwany też 'Rambo 4'. Oczywiście film ten w pełni eksploatuje problematykę etniczno-historyczną regionu, dodatkowo zagłębiając się w niuanse wyznaniowe licznych plemion górskich zamieszkujących kraj . Naszym przewodnikiem przez rzeczywistość współczesnej Birmy jest niezawodny Sly Stallone, nominowany niegdyś do Oscara za scenariusz. Co ciekawe, film kręcono w okolicach granicy tajsko-birmańskiej, ale po tym, gdy ekipę ostrzelano, nieco się wycofano (to trochę inaczej niż ma miejsce w filmie). Co jeszcze ciekawsze, cytat 'Live for nothing or die for something' przejęty został przez birmańską opozycję. Sam film jest zakazany w kraju. W tym wypadku przynajmniej wiadomo czego się spodziewać. Dopiero co (kwiecień 2012) pojawiła się 'The Lady' Bessona z Michelle Yeoh w tytułowej roli. Nastawiony byłem sceptycznie, niemniej jest to całkiem dobry film ze świetnymi kreacjami. Nie wszystko rzuca na kolana, o samych generałach dowiadujemy się niewiele, do tego są tak źli, że aż zabawni, zaś ich dialogi przypominają na myśl te z filmów o Bondzie. Pewnym problemem jest brak finału, no ale ten problem ma rzeczywistość, która ostatnio w birmańskim kraju zmienia się nadzwyczaj dynamicznie. Z przyczyn mi nieznanych film przepadł całkowicie w sezonie nagród, choć wydawałoby się, że powinien dać radę, przynajmniej aktorsko. David Thewlis musiał nieźle przeklinać Akademię, bo dał niezły popis na ekranie, świetnie mu wyszło, chwilami nawet nieco zdominował film. Jednak jeszcze bardziej wściec musiała się Yeoh, która od takiej Streep-Thatcher jest o jakieś pięć długości lepsza, a podobno nawet jej dykcja w birmańskim jest bardzo podobna do Aung San Suu Kyi-owej. Film jakoś tak nieśmiało odpalany w dystrybucji, tu Francja, tam jakiś festiwal, tu jakiś Hong Kong, nie pojmuję. Jeżeli chodzi o źródło wiedzy na temat pewnych wydarzeń z historii najnowszej kraju, sprawdza się nieźle, aczkolwiek dobrze jest sobie jeszcze trochę doczytać.

Jeżeli chodzi o filmy, które powstały w kraju, to niestety, nie ma o czym mówić. W początkach kina szło im nawet nieźle, w latach 30-tych powstało trochę filmów, ale większość z nich nie zachowała się do dzisiaj. Stworzono trochę rzeczy o silnym wydźwięku politycznym, ale od 1962 roku państwo położyło łapę na filmie, jednym zabroniono kręcić, innym grać. Wraz z upowszechnieniem się techniki, zaczęły powstawać filmy przeznaczone tylko na rynek video – tak zwane piractwo jest dla obywateli jedyną szansą obcowania z X muzą. Żeby dopełnić obrazu celuloidowej nędzy i rozpaczy, spada liczba kin, no bo na co chodzić?

Jeżeli chodzi o łatwo dostępną literaturę tu również więcej powiedzieli obcy niż sami obywatele raju na ziemi. Największym klasykiem dotyczącym tematu są 'Birmańskie dni' Georga Orwella, niemniej nieco przedatowanym jeżeli chodzi o sytuację bieżącą. Dzieło to powróci później. Mój prywatny guru, Tiziano Terzani, poświęcił Birmie i sytuacji kraju trochę miejsca w swych zapiskach, głównie w zbiorze 'W Azji'.

Udało mi się też zdobyć książkę 'From the Land of Green Ghosts' autorstwa Pascala Khoo Thwe– wspomnienia młodego człowieka, który jako partyzant walczył z systemem w kraju, a potem wyjechał do UK i jako pierwszy Birmańczyk zrobił studia. Nie jest to może wybitne literacko, są kawałki, które czyta się dość ciężko, ale widać, że napisane z serca, oferuje opisy wielu lokalnych rytuałów i jako takie jest warte uwagi. Oczywiście nie muszę wspominać, że przekładu na polski nie ma. Można znaleźć pisma Aung San Suu Kyi, można znaleźć teksty uchodźców birmańskich, ale najdelikatniej sprawy ujmując, o zbyt wielu ciekawych rzeczach nie słyszałem.

Jest też ładny album 'Birma. Złota łza.' autorstwa Krzysztofa Kobusa i Anny Olej-Kobus. Miałem szczęście dostać go na urodziny i mogę sobie oglądać do woli. Jeżeli ktoś patrzy na ostatnie pieniądze i waha się, czy to kupić czy iść na piwo, to lepiej pooglądać w Empiku i iść na piwo, bo chociaż to śliczne, to wiele merytorycznie nie pomaga w temacie odkrywania kraju. O wiele bardziej pomaga moja najulubieńsza strona o Azji, czyli www.mandalay.pl.

Byłem dość dobrze zorientowany w sytuacji politycznej i historii okolicy, ale jak już wspomniałem, z końcem września zniesiono wizy przyznawane na wjeździe. Najpierw chciałem wyrobić wizę w Berlinie, już po trzech dniach dzwonienia (a napierdalałem co godzinę) ktoś podniósł słuchawkę. Dowiedziałem się, że na wizę trzeba czekać cztery tygodnie, do tego pani delikatnie jęknęła, że i tak nie dostanę. Dobrze, odpada, jedyna nadzieja w Bangkoku.

Zmusiło mnie to do zmiany daty na bilecie Bangkok-Yangon. Na marginesie wspomnę, że trochę kosztowało. Żeby było lepiej, wodzowie wojskowi rządzący krajem pogadali z astrologami i wyszło im, że jeżeli wybory odbędą się 10.10.10, to wówczas je przegrają. Nie wiem i nie rozumiem dlaczego dyktaturę miałoby obchodzić zdanie ludu i w jaki sposób mieliby przegrać parawybory w kraju totalitarnawym, ale z jakichś powodów wybory ostatecznie odbyły się 7 listopada. Następnego dnia zaczęły się walki, które de facto zakończyły się dopiero w lutym 2012 roku. Ludzie zaczęli uciekać do Tajlandii, co spotkało się z wielką radością w tejże – nie ma to jak przyjąć kilkadziesiąt tysięcy uchodźców, którzy mówią po innemu i przybywają koczować. Przy bardzo wyraźnych sugestiach władz Syjamu, powrót do siebie rozpoczęli już 14 listopada. Wybiegając nieco w przyszłość, ostatnie starcia w roku 2010 miały miejsce 27 listopada. Oczywiście w zachodnich mediach było wiele ciekawszych tematów, zaś w polskich zawsze można przecież porozmawiać o Smoleńsku czy matce zaginionej Madzi, ale siedząc na necie i czytając źródła zajmujące się nieco poważniej tą częścią świata, pała mi siadała, a nad całym projektem wyprawy pojawiał się coraz większy znak zapytania. Oczywiście większość doniesień opatrzonych było klauzulą 'nieoficjalne', ale obraz wyłaniał się średnio radosny, niektórzy mówili nawet, że kraj był na progu wojny domowej. To trochę brzmi, że kawał gnoja ze mnie, bo dla ludzi tam dział się wielki dramat, niemało osób zginęło, zaś mnie męczyły dylematy, czy wjadę pooglądać buddyjskie zabytki. Tak naprawdę jeden wielki chuj wiedział, co z tą Birmą, czy zaraz będzie tam wojna domowa na całego, czy zamkną kraj, czy też tak naprawdę nic złego się nie dzieje. W rezerwie miałem Indonezję, w końcu z Bangkoku można lecieć wszędzie i to nawet za nie tak wiele, ale jednak marzyłem o tej Birmie tyle miesięcy...

15 listopada pocałowałem dziewczę, uścisnąłem matkę i wytłumaczyłem pani z odprawy paszportowej w Balicach, że mogę lecieć do Tajlandii. Profesjonalizm pracowników linii lotniczych jest niesamowity, nie wiedzą nic i googlają obecną sytuację wizową w kraju docelowym. Oczywiście wyszło im inaczej niż jest, no ale pozwolono mi nadać bety. Leciałem Lufthansą, z przesiadką we Frankfurcie. Kusiło zrobić numer imienia Jana Rokity i krzyczeć, że Niemcy mnie biją, ewentualnie w odwecie pobić jakichś Niemców, ale udało się powstrzymać. Trudniej było nie zapytać, czy was już totalnie pojebało? Lufthansa tania nie jest i słynie z obsługi na wysokim poziomie. Tymczasem dali mi taką kanapkę, że miałem ochotę poprosić o kontakt z jakimś prezesem i powiedzieć mu, że jeżeli takie kanapki robiła mu mamusia do szkoły, to w kurwę współczuję, ale mnie moja kochała nieco bardziej i nie morzyła głodem. Przy okazji radziłbym mu i całemu zarządowi dać na tacę, żeby jednak boga nie było, bo jeżeli istnieją jakieś zaświaty, gdzie panuje sprawiedliwość, to cholernie blado widzę ich los tamże. Właściwie co lot mam ten sam zestaw myśli, jednak powodowane jest to tym, że co lot linie lotnicze udowadniają mi, że mają mnie za kretyna-anorektyka, który do tego cierpi na wodowstręt. Rozumiem, że w Ryanairze za 20 euro nie dostanę żarcia, ale w Lufie? Ile kurwa warta jest jedna kanapka? Euro? Choćby nawet, ale pewnie 10 eurocentów, jednak oni muszą na tym skąpić, po prostu kurwa muszą, to samo z piciem. Standardy latania po Europie to dno, w autobusach PKS-u dwadzieścia lat temu było wygodniej, bo więcej miejsca na nogi, a podczas postoju można było kupić coś do picia i jedzenia w ludzkiej cenie. Tryumf cywilizacji białego człowieka.

We Frankfurcie Polaków można było namierzyć z odległości kilometra. Nikomu nie odmawiam prawa do bycia pijanym, ale czy trzeba przy tym tak strasznie krzyczeć? Nie, nie trzeba, sam jestem najlepszym dowodem, że nie ma takiej potrzeby. Niemcy nie dość, że nie bili, to zaopatrzyli lotnisko we wcale pokaźną liczbę budek do palenia. Pewnie decyzja o postawieniu każdej z nich wymagała wypełnienia dokumentów w ilości, na którą poszedł papier z kilkunastu drzew, ale przynajmniej mogłem prawie normalnie zapalić. Przyjaźń z bezcłówką zaowocowała kupnem litra whisky (za 11,7 euro, podobno tylko nędzarze piszą takie rzeczy jak ceny). Nie chciałem pić na widoku, bo zaraz mógłby się jakiś wódz z ochrony dopierdolić, więc czas na kolejny lot spędziłem łażąc z budki dla palących do kibla. Tam w odgłosie defekujących pasażerów chlałem intensywnie, a z braku przepity, po każdym większym łyku biegłem zapalić. Po papierosie nachodziła mnie ochota na trochę whisky i w ten sposób udało się zabić trzy godziny czekania na przesiadkę. Myślałem sobie, że to będzie nieco inna wyprawa, pieniędzy miałem wystarczająco i z okładem. Matkę oszukasz, ojca oszukasz, siebie oszukasz, ale życia nie oszukasz, jak się wyuczyło być sępem, to się oduczyć nie da. Gdy zobaczyłem po ile jest cola, to uznałem, że choćbym miał pić cały ten flakon na raz lub nie pić w ogóle, to ja na pewno tyle nie zapłacę za trochę wody z syropem. Do tego to picie w kiblu było pierwszą fajną rzeczą jaką zrobiłem od dobrych kilku miesięcy. Po siedzeniu za przepisowym biurkiem, wypełnianiu standardowych formularzy, ustalonym rygorze ubioru i godzin pracy, w końcu mogłem sobie chociaż na chwilę wrócić do etapu menela i pić na podłodze w kiblu, gdy koleś obok mnie wył wypróżniając się (Hindusi to też nie do końca wierzchołek ludzkości).

O ile Lufthansa robiła sobie jaja na trasie Kraków-Frankfurt, o tyle lot międzykontynentalny potraktowali poważnie. Tak miłej obsługi w życiu nie widziałem, odzywki mieli wyćwiczone (- Oj, przepraszam, nalałem panu za dużo wódki – rzekł. - Nieprawda, nie da się nalać za dużo wódki – odparłem) to jednak jakoś to działało i wyglądało. Koło mnie siedziała Tajka, której oczy się niemal prostowały, gdy widziała, że postanowiłem nie polegać na obsłudze samolotu, tylko pomagam sobie zdobyczą z bezcłówki. Nie proszę pani, ja już raz leciałem do Bangkoku na trzeźwo i mi wystarczy, tu nie ma co myśleć, tu się trzeba upić i obudzić w Tajlandii. Ryzykowną stroną imprezy był fakt, że po Bangkoku samolot leciał do Ho Chi Minh City, czyli Sajgonu. Jeżeli bym dobrze popił, to mogłem obudzić się trochę za daleko i to nie byłoby takie trochę, które da się zrobić z buta. O takim drobiazgu jak brak wizy nie wspominając.

Po jakichś 11 godzinach lotu wysiadłem w stolicy kraju Tajów. Niecałe dwa lata wcześniej niemal ryczałem ze szczęścia na tym lotnisku, teraz mi to było niemal obojętne. Poszedłem po darmową wizę (tylko do końca marca 2011 – głosił napis.), gdzie musiałem wykazać, że mam bilet powrotny, a także bilet na dalszą podróż. Zaznaczam, że wówczas Niemcy dostawali 60 dni na wjeździe, bez wizy, zaś Polacy mogli sobie wypełnić wniosek i dostać dni 15. Nasze ministerstwo spraw zagranicznych miało pewnie coś ciekawszego do roboty (np. walkę o polskie kanały w telewizji w Berlinie) niż zajmowanie się stosunkami wizowymi z Tajlandią. W końcu i tak wszyscy wolą Egipt i Tunezję (pod wiadomym warunkiem nie występowania rewolucji w tychże). Tu jednak mała radość: od sierpnia 2011 roku – HALLELUJAH! - nie potrzebujemy więcej wiz do Tajlandii. Zaś jeżeli chodzi o wycieczki z biur podróży do Egiptów... Tam przynajmniej nie ma wielu Hindusów, którzy robią zamieszanie w walce o wizy, natomiast w Bangkoku było ich całe stadko. Po ich wyczynach zapewne paru pracowników biura imigracyjnego się zwolniło, bo jak wiele cyrku w życiu widziałem, to takiego jeszcze nie. Chaos, wrzask, kłopoty z wpisaniem imienia i nazwiska, pytanie się po dwadzieścia razy, czy naprawdę tu ma być numer paszportu, bo może coś innego i tylko dla zmyłki napisali, że trzeba dać numer paszportu. Wiśniami na torcie było wybieranie zdjęć z całej kolekcji tychże, tu taki bardziej poważny, tu uśmiechnięty. To były główne atrakcje ich walki o wjazd do Tajlandii.

O ile automatyzacja systemu komunikacji poszła średnio – żaden z automatów sprzedających bilety nie działał i trzeba było je kupić od pań stojących obok niedziałających maszyn - o tyle połączenie z centrum to bajka. Za 15 bahtów (niecałe 2 PLN) jest kolejka-metro do samego centrum. Tam oczywiście od razu wpada się w objęcia ludzi od 'girl-good-massage', ale to nie mój pierwszy raz, stanowczo podziękowałem, zgubiłem się na dobre 20 minut, żeby w końcu znaleźć swój hostel o nazwie HQ Hostel. Kryterium wyboru: bliskość ambasady Birmy. Zostawiłem rzeczy i poszedłem na spacer zlokalizować ich siedzibę. Około 15 minut, czyli wstajemy o 7:30. Na marginesie, w Bangkoku większość ambasad jest blisko siebie, więc HQ Hostel może się przydać i w innych przypadkach.

Jest taka magiczna zasada zmiany strefy czasowej: nie idź spać przed 21, choćbyś miał się zajebać to wysiedź przynajmniej do 22. Kupiłem colę, zasiadłem przed jednym z hotelowych komputerów i trzymałem się zasady do jakiejś północy.

Następnego dnia o 7:50 byłem pod ambasadą. Ta otwiera się o 9, ale nie byłem pierwszy, przede mną był hippisowaty Włoch. Nie chciał gadać, pomyślałem, że albo jest bardzo mądry, albo bardzo głupi. Chwilę po mnie przyszła Czeszka z Hiszpanem, Lena i Javier. Robili tour po Azji i naszło ich, żeby jechać do Birmy. O kraju nie wiedzieli nic, więc trochę im pogaworzyłem o historii najnowszej, w zamian przyniesiono mi kawę (kto kupuje ciepłą kawę, gdy o 8:30 rano masz ponad 20 stopni – zastanowiłem się, ale nic nie powiedziałem) i koło 9 weszliśmy do ambasady. Było już parę osób, zapanował burdel, powypełnialiśmy formularze, poprosili o tryb ekspres, który oczywiście dodatkowo kosztuje. Nakazano nam wrócić o 15:30. Formularz można sobie było pobrać ze strony ambasady, co też uczyniłem, ale okazało się, że tam był zły druk, że teraz są inne i od nowa. Warto pomyśleć o tym, czy nie pracuje się w czymś, co może zostać uznane za groźne. Odpada wpisywanie czegokolwiek w stylu pisarz-dziennikarz-fotograf-medioznawca, w zamian lepiej zadeklarować, że jest się rolnikiem lub zarobasem. Formularz ponadto interesował się naszą ścieżką zawodową. Wpisałem trzy wielkie korporacje medyczne, gdzie w życiu nie pracowałem, ale gdyby kogoś z ambasady totalnie popierdoliło i by chciał dzwonić-pisać, wówczas dowiedziałby się, że nie dostanie żadnych informacji, bo polityka firmy i ochrona danych itepe. Porada: jeżeli ktoś myśli, że będzie się kiedyś ponownie ubiegał się o wizę do Birmy, niech sobie zapisze, co też za bzdury podeklarował, bo jeszcze się okaże, że to sprawdzają.

Żeby zabić czas w oczekiwaniu na decyzję wizową popłynąłem do mojej ulubionej świątyni Bangkoku, Wat Pho. Niecałe dwa lata wcześniej wszedłem za darmo bocznym wejściem, ale tym razem nie dało się, musiałem kupić bilet. W środku bez zmian, reclining Buddha na 43m długości i 15 wysokości leży niewzruszony problemami wizowymi. Posiedziałem jakieś dwie godziny, bo i tak nic lepszego ani gorszego nie miałem do roboty, tylko czas do zabicia, do tej 15:30. Starałem się nie denerwować, co nie było takie proste. Jeżeli im się coś nie spodoba, to trzeba będzie organizować Indonezję, czasu w sumie za mało na ten kraj, do tego za lot zapłacę jak za woły, przepadnie bilet do Birmy, no miewałem przyjemniejsze dni. Przyszedł mi w tym wszystkim do głowy pomysł, że każdego dnia będę pisał mej Mraugorzacie jedną kartkę. W końcu jakiś czas temu zdobyłem ją kartkami z dalekich krain, rok później będę robił to samo, ale o wiele częściej. Bez żadnej myśli przewodniej, po prostu będę pisał, o czym akurat będę miał ochotę. Zaraz obok znalazłem sklepikarza z kartkami i napisałem dwie, jedną za poprzedni dzień, drugą za właśnie trwający. Podobała mi się rozmowa o znaczkach:

- W jakiej cenie są znaczki?

- Normalnie po 15 bahtów, więc ja ci mogę sprzedać po 18.

Kupiłem.

Koło 15 siadłem pod ambasadą i zapaliłem peta, wiedziałem, że wcześniej nie otworzą, ale już mnie nosiło. Wkrótce dołączyła reszta przyjaciół z rana, milczący Włoch i gadatliwa Czeszka z Hiszpanem. O dziwo wszystko było jasne dość szybko: dostaliśmy z powrotem paszporty z wizami. Możemy jechać do Birmy.

Dla mnie przełożyło się to na picie ze szczęścia do 1:30. Warto jeszcze wspomnieć, że są różne organizacje, które oferują (oczywiście za opłatą, nie z dobrego serca) pośrednictwo w zdobyciu wizy. Pisałem z dwiema, bo liczyłem, że może uda mi się nie zmieniać terminu wylotu, ale sranie, pracują tam kretyni, jedni odpisali, że się nie da, drudzy, że zajmie im to dwa tygodnie i sto dolarów. No mnie zajęło około siedmiu godzin.

Wstałem dnia, na który czekałem ponad sześć miesięcy. Pojechałem na lotnisko, które sprawia, że polskie aeroporty wyglądają jak wrotki przy Porsche. Czułem się jakbym przyjechał z wioski do miasta, tu wszystko działało, było ładne i czyste, a w Polsce wiemy jak jest. Do tego pięć pięter sklepów, możliwość kupna coli w normalnej cenie, zjedzenia pełnego obiadu i popicia piwem za tyle, co na mieście, to się Europejczykowi dymanemu na każdym kroku w głowie nie mieści. Czekając na odprawę popatrzyłem na sąsiednie stanowiska. Phnom Penh, Kambodża. Hanoi, Wietnam. Kuala Lumpur, Malezja. Znam, byłem. Coś się jednak udało w życiu osiągnąć. Yangon, Myanmar. Tak, to moje. Nadałem bety, poszedłem na osobistą. Tam oczywiście tłok, tłum i zamieszanie. Znowu spotkałem duet czesko-hiszpański i już wiedziałem, że jesteśmy na siebie skazani, trzeci raz, to nie może być przypadek. Następnie prawie się spóźniliśmy na samolot, bo jeżeli ekrany lotniskowe zamiast bramek wyświetlają seriale, to kończy się tak, że siedzisz dwadzieścia metrów od samolotu i nawet nie wiesz, że masz last call. W końcu wszedłem na pokład i pierwszy raz w życiu usłyszałem magiczne słowo, na które tak długo czekałem.

Mingalabar!

Witamy!

Udało mi się, udało mi się. Nawet chciałbym napisać, że to zrobiłem, ale nie. Po prostu, udało mi się, miałem szczęście po raz kolejny. Lecę do Birmy!

Lot trwał trochę ponad godzinę. W czasie jego trwania pasażerowie mogli wypełnić formularze wjazdowe, czyli wizy to nie koniec biurokratycznych radości. Pytania dotyczyły wielu rzeczy i chociaż nie sprawdzałem, to jestem pewien, że jeżeli ktoś bardzo chciał sobie utrudnić życie, to droga do tego prowadziła przez zaznaczenie opcji, iż wwozi się ponad 2000$. Nie wspominając o pytaniach o kurwy, wino i pianino, czyli czy przybywasz na dziwki i narkotyzować się.

Lotnisko w Yangon jest zdecydowanie bliższe standardowi Balic niż Bangkoku. Zaraz po wylądowaniu dostałem kolejne formularze, gdzie musiałem napisać, kiedy się urodziłem. Czy wy mi kurwa chcecie jakiś prezent przysłać, że tak pytacie? W okienkach siedziały panie, które były tak profesjonalne, że rzygać się chciało, czytały te wszystkie posrane deklaracje i w oparciu o nie podbijały wjazd do kraju. Co ciekawe, mężczyźni też byli w spódnicach, czyli sarongach.

Przeszedłem przez ten cały cyrk i w hali przylotów zobaczyłem grubawego chłopa, który trzymał kartkę z moimi personaliami. Czyli dostaliście moją rezerwację i nie będę spał na ulicy. Jestem. Jestem w Birmie. Cały stres i nerwica nie były potrzebne. Mam ponad 20 dni, żeby sobie pooglądać wasz kraj i was.

Mingalabar!

juriusz 2012-04-25||| 08:45:50

skomentuj (1)


It's only after we've lost everything that we're free to do anything

Z racji tego, że jeszcze nie cały świat przeniósł się na Facebooka, dostałem wiadomość, iż stracono nieco z oczu ślad mej osoby i że nic na blogu nowego o sobie, a nawet i nic o Azji. Nie wydaje mi się, żeby ostało się jeszcze wiele osób, które nie są uświadomione, ale na wszelki wypadek i w wielkim skrócie: co z tą Gruzją?

Polska jest bardzo pięknym krajem, ja jednak w tym pięknym kraju żyć nie mogę. Próbowałem, naprawdę próbowałem, ale są pewne granice tego, do jakiego stopnia można sobie dać zjebać życie, na jaką relację zarobków do wydatków pozwolić, na ile ograniczyć swą wolność i czas, a także jak wielkie niezadowolenie czerpać z pracy. Nadzieja jest matką głupich, więc po raz kolejny stwierdziłem, że lepiej zostać sierotą niż bez końca czekać aż coś się w końcu zmieni, bo smutna prawda jest taka, że nic się nie zmieni. Zbyt wiele osób stracić by mogło, gdyby tu było normalnie parafrazując poetę. Chociaż może się mylę, w końcu jeszcze trochę może się zmienić na gorsze.

Równo rok temu uznałem, że moje życie stało się tak smętną egzystencją, a perspektywy jej odmienienia są tak marne, że postanowiłem zrobić reset. Nie był to pierwszy reset w moim życiu, za to najtrudniejszy i najbardziej bolesny. W jakimś sensie zazdroszczę tym, którzy nie muszą takowego robić, tylko od 17 roku życia zmierzają jasną ścieżką w stronę emerytury, niemniej niestety, a może na szczęście, mnie ten model ominął. Życie potoczyło się tak, że rok 2012 powitałem w Gruzji, ucząc dzieci języka angielskiego. Bałem się, czy mam predylekcje do takiej pracy, ale zanim rzuciłem się w wir kariery nauczyciela, spędziłem miesiąc w British Council robiąc CELTĘ - kurs pozwalający na uczenie języka angielskiego na całym świecie. Po pierwsze byłem pewien, że mnie nie przyjmą. Gdy mnie już przyjęli, to że wszystko położę, a wtedy przepadłaby mi taka ilość pieniędzy, że już tylko by się szło powiesić. Udało mi się, a raczej żadne 'udało mi się', tylko spełniam międzynarodowe standardy nauczycielskie wyznaczone przez British Council, czemu mogłem dawać dowody cały miesiąc, nierzadko kilkanaście godzin na dobę. Moja końcowa ocena podkreśla, że lepiej daję sobie radę z wprowadzaniem radosnej atmosfery w klasie niż z dyscyplinowaniem tejże, co jakoś specjalnie nikogo z mych znajomych nie zdziwiło. Akurat wrzesień to nie jest najlepsza pora na szukanie pracy w tej branży, więc trochę się porozsyłałem po świecie z czego wyszła Gruzja. Niemal płakałem, bo dwa dni po podpisaniu kontraktu z Gruzją odezwała mi się jedna Indonezja, że może by mnie chcieli, ale niestety, było za późno. Aha, czemu nie Polska? Bo oferowane warunki są takie, że w żadnym innym kraju takich nie widziałem. Samozatrudnienie lub umowa o dzieło, brak płatnego urlopu, obcinanie wynagrodzenia za ferie i święta. Jeszcze mówią, że masz takie długie wakacje! To pięknie, tylko za co je przeżyć? Nie mówię nawet wyjechać dokądś, ale po prostu przeżyć?

Życie na Kaukazie jest nieco odmienne od życia w Polsce, chociaż Gruzja trochę przypomina Rzeczpospolitą sprzed dwudziestu lat. Z rzeczy mniej radosnych: stopień zorganizowania ludzi jest niemal żaden. Umawianie się na konkretne godziny jest daremne. Obowiązkowość niemal żadna. Jeżeli coś się zepsuje, to raczej nikt tego nie naprawi, choćby wymagało to pięciu minut roboty. Poczucie estetyki nie występuje, a jeżeli już coś próbują ozdobić, to wychodzi strasznie. Warunki sanitarne w wielu miejscach zatrzymały się na końcówce XIX wieku. Jakość wielu rzeczy przeraża, szybko zaczyna się szukać produktów z importu, w miarę możliwości nie z Turcji i Chin, a raczej z Rosji lub Europy. Zimę 2011/2012 będę zapewne wspominał jako najzimniejszą w życiu (chyba, że los rzuci mnie na Wyspy Sołowieckie). Nie dlatego, że temperatury jakoś przesadnie spadły, ale dlatego, że ogrzewanie w tym kraju jest właściwie nieznane. Na poziomie narodowym zamknięto nawet szkoły. Życie kulturalne w Gruzji jest dość ograniczone, z koncertów była Erykah Badu i rok temu w wakacje Sepultura. W kinach filmy są zazwyczaj w rosyjskim dubbingu, ale raczej jest to komercyjna chała, na którą bilety kosztują tyle, co na zachodzie. W zimie owoców i warzyw właściwie nie ma, a jak już są to kosztują fortunę.

Przechodząc do rzeczy radosnych, pijaństwo postrzegane jest jako idealny sposób spędzania czasu wolnego. Alkohol kosztuje grosze, wino jest dość dobre, zaś narodowy trunek, czyli czacza, powala pod każdym względem. Zakazów palenia właściwie nie ma, poza kinem, metrem i autobusami palić można właściwie wszędzie. Praca jest uznawana za irytujący dodatek do życia, który sobie należy dawkować. Jest to zazwyczaj zabawne, chociaż wskaźnik bezrobocia dość konkretny, ale depresji tu nikt nie ma z tak błahych powodów. Co najdziwniejsze, mimo dość dużej biedy przestępczość jest znikoma. Nie kradną, nie biją, nie oszukują na wydawaniu reszty, zaś ceny z półek sklepowych nie zmieniają się w drodze do kasy. Da się tanio i dobrze zjeść na mieście. Kuchnia narodowa jest wspaniała, do tego zawiera niemało opcji wegetariańskich. Po paru miesiącach bez pudła kupuje się same pyszne rzeczy w okazyjnych cenach, niezależnie, czy to z ulicznej budy, osiedlowego sklepu, czy marketu. Gdy jest ciepło, można za grosze dostać jabłka, gruszki, pomidory, mandarynki, czy granaty (owoce, nie z demobilu).

Przyjechałem tu jednak do pracy, a tak się akurat składa, że w końcu robię coś co lubię, co uważam za sensowne i co w jakimś tam sensie i bardzo dalekiej perspektywie sprzyja poprawie warunków życia kolejnego pokolenia. Mam zastrzeżenia do paru rzeczy, niemniej zdarza mi się iść do szkoły z przyjemnością, nierzadko też wrócić do domu w dobrym nastroju. Miewam lekcje, z których jestem dumny, miewam takie, za które mi niemal wstyd. Co do innych stron życia: mam czas dla siebie, czytam i oglądam więcej, niż mógłbym zamarzyć. Wróciła mi pasja do uczenia się rosyjskiego, udało mi się nawet zacząć czytać w tym języku (na razie kryminały, nie Dostojewskiego) Płacą mi umiarkowanie szałowo, ale zawsze przed terminem. Na życie wystarcza, chyba nawet na wakacje wystarczy. Urlop płatny, łącznie dwa miesiące w roku przy przedłużeniu kontraktu, przysługuje jedna podróż do domu na koszt pracodawcy. Moja bezpośrednia przełożona mnie lubi i szanuje, co ważne z wzajemnością. Przełożeni wyższego szczebla, dla których co miesiąc piszę raport dzwonią i czasem nawet dziękują, że dobrze zrobione. Kiedy indziej dzwonią i pytają, czy aby wszystko w porządku. Dwie gruzińskie nauczycielki, z którymi pracuję, w jakichś 70% lekcji nie przeszkadzają mi, a bywa nawet, że pomagają. Miewam czasem myśli, czy nie zostać tu na dłużej, chociaż może się zrobić nudnawo, poza tym chciałbym się jeszcze paru rzeczy w temacie uczenia nauczyć.

Wszystko to sprawia, że mój poziom zadowolenia z życia podniósł się wobec czasów egzystencji w pewnym nadwiślańskim kraju. Wstanie i pójście do roboty nie jest dramatem, a siedzenie w tejże odliczaniem czasu do wyjścia. Rany, nawet zdarza się wychodzić z lekcji z radością, bo się wszyscy dobrze bawili, a przy okazji udało się zrobić, co należało. Mniej się spieszę, też trochę dlatego, że mniej osób czegoś ode mnie chce. Jeżeli ktoś się nie załapał, a chciałby, to prowadzę mailowy newsletter na temat życia w Gruzji – akurat realizuje to w ten sposób, że bardziej mi pasuje taka forma niż pisanie tutaj. Tak, mam czas na prowadzenie newslettera. Niezależnie od tego, czy tu zostanę, czy udam się dokądś indziej, to pierwszy raz od dawna z nadzieją patrzę w przyszłość. Jeżeli czytałby to ktoś, kto siedzi w jakiejś kretyńskiej pracy, której nienawidzi i zastanawia się co robić, to z całego serca polecam się zebrać, trzasnąć drzwiami i uciekać na jakiś swój koniec świata. Tak, jest się samotnym, wszyscy, których się kocha dostępni są tylko w formie cyfrowej. Czasem z okazji śniegu lub wiatru internetu nie ma w ogóle i trzeba jechać do miasta, żeby sprawdzić pocztę. W sytuacjach krytycznych jest się zdanym na de facto obcych ludzi, ale tutaj nie zawiedli mnie ani razu (do tej pory wiszę dwie wielkie przysługi narodowi gruzińskiemu). Nie, nie jest łatwo, choćby w zeszłym tygodniu dowiedziałem się, że jeden z mych amerykańskich kolegów przeżył załamanie, spakował się i uciekł do domu. Są ludzie, którzy mówią, że już nigdy więcej uczenia i zagryzają zęby odliczając dni do końca kontraktu. Jednak są to ludzie z krajów takich jak Australia, Nowa Zelandia czy USA, dla nich te warunki są ledwo akceptowalne. Mnie po tym, co przeżywałem w ojczyźnie, całkiem przyjemnie żyje się na kaukaskiej obczyźnie.


juriusz 2012-03-15||| 11:21:47

skomentuj (2)


White Filmography Day

Coroczne zabawy z filmem zacznę bardzo nietypowo: uważam, że 2011 był całkiem niezłym rokiem w mainstreamowym kinie, jednym z lepszych od lat. Inna sprawa, że stało się tak w dużej mierze dzięki temu, że poprzednie kilka lat było tak złe, że w końcu musiało się coś odmienić. Być może tak mi się ułożyły produkcje, że na koniec zebrały się ciekawsze, ale mimo wszystko, jakoś rzadziej powtarzałem sobie „ja pierdolę” niż zazwyczaj, gdy przeglądam oscarowe nominacje. Nie trzymam się jedynie nominacji Akademii, bo uważam, że parę zajebistych rzeczy pominęli, inne skrzywdzili.

Strefa wyżu:
- The Artist (lekki spoiler) - mam mieszane uczucia, w sensie, że to chyba jest genialne, ale jednak nie wybitne. Bardzo chciałem paść na kolana, ale do końca nie padłem, niemniej: to jest największa rzecz w kinie od dawna, już zrobienie filmu niemego sprawiło, że bardzo się zdziwiłem. Dawno, jeżeli nie nigdy, nie czułem aż tak bardzo reżysera w filmie. Jak u Szymborskiej liść nie padał bez jej woli, tak tu nikt nie jęknie bez niego. O Jeanie Dujardin w życiu o nie słyszałem, a tu ma rolę jedyną w swoim rodzaju, Berenice Bejo podobnie (i o niej nie słyszałem, i też zagrała cudownie). Życzę laurów z całego serca, bo chyba od 'Sunset Boulevard' nikt tak nie zadumał się nad przejściem z filmu niemego do dźwiękowego. Szczerze? To pewnie wyszłoby bzdurnie, ale liczyłem, że albo dojdziemy do czasów koloru, albo że koniec nie będzie w stylu klasycznym. Niemniej: zwyciężaj, jesteś wielki! Pierwszy od czasów 'Chicago' film, któremu tak mocno kibicuję w boju o nagrody. Oczyma wyobraźni widzę pochłaniających popcorn idiotów, którzy idą na oscarowy film, oczywiście trzymając ręce na dupach swych pięknych i mądrych feministek, obie strony pary pierwszy raz w życiu widzą film niemy i krzyczą, że coś się spierdoliło z dźwiękiem i kolorem. Byłoby to nawet śmieszne, gdyby nie to, że w UK chcieli zwrotu pieniędzy za bilety, bo nie zostali poinformowani, że to taki wybrakowany film.

- The Descendants – nie obiecywałem sobie wiele, kolejny film z Clooneyem, opis zapowiadał miernawy melodramat (w obliczu trudności rodzinnych ojciec buduje relację z dorastającymi córkami – nie dość, że będzie łzawe, to pewnie napakują do tego żartów na poziomie gimnazjum, najlepiej gastrycznych). Alexander Payne jest poza moją czołówką ulubionych reżyserów, Clooney jest fajny, ale coraz bardziej staje się celebrytą z magazynów dla pań. A tu szok. Dawno mainstreamowe kino amerykańskie nie zrodziło takiego dramatu, z tak pełnymi postaciami, gdzie drugie plany nie są tylko tłem dla pierwszych, gdzie humor nie jest nachalny i często sąsiaduje ze wzruszeniem i smutkiem, gdzie zwyczajni ludzie, to naprawdę zwyczajni ludzie. Nie jest to dzieło bez wad (przeskok w relacjach ojciec-córki jest dość nagły, do tego 'ekologiczny' wątek), ale jako całość bardzo dobre i tak też zagrane. Jeżeli zostanie filmem roku to się wkurwię, że nie 'The Artist', ale na srebrny medal zasłużył chyba najbardziej.

- Moneyball – Brad Pitt idzie dla mnie na aktora pokolenia – tegoroczne kreacje powalają i już od jakiegoś czasu nie zaliczył żadnej komercyjnej wtopy ( w stylu 'Mr. And Mrs. Smith'). Jest to jeden z nielicznych filmów, który nie traktuje widza jak idioty, nie serwuje mu klepania po plecach, chujowego humoru, uśmiechniętych amerykańskich rodzin i wyciętych z szablonu postaci drugoplanowych, które mają nam poprawić humor żartami o robieniu laski – Jonah Hill wygrał, co było do wygrania i trochę więcej, nie dał się zepchnąć na drugi plan mimo tego, co hollywoodzko można nazwać komediowym wyglądem. Jeżeli 'Moneyball' zostanie filmem roku, to przyjmę to spokojnie, niemniej byłoby to bardzo dziwne, bo klimat obrazu totalnie odbiega od promowanego przez Akademię. You're such a loser, dad z uśmiechem na ustach mu śpiewam. Niemniej, jeżeli nie Dujardin to Pitt, nawet mniej za to, ale za całokształt kariery i celem motywacji dalszego brania udziału w filmach mniej hollywoodzkich niż wszystkie. No i mam nadzieję, że Hill za drugi plan.
- Ej, ale skąd się biorą dzieci? – zapytał Brad Pitt Angeliny Jolie.

- A Separation – znam dorobek reżysera, więc specjalnie mnie nie zdziwiło to dzieło, chyba nawet wolę jego „Piękne Miasto” (Shah-re Ziba). Niemniej, jest to hit i rewelacja, role zagrane wspaniale (absolutnie każda, od pierwszego do czterdziestego pierwszego planu), cała historia wybitnie przejmująca, banalna i niezwykła, kilka razy zaskakująca. Nie do końca kupił mnie sam finał, ale nie zmienia to faktu, że mam nadzieję na to, że tegoroczny Oscar obcojęzyczny powędruje za Globem do Iranu. Żeby tylko wizę dostał. Ale co do filmu: najbardziej absorbujące dwie godziny roku 2011. Największe irańskie pierdolnięcie od lat, podejrzewam, że może odrodzić się drugi boom na ichnie kino (jako pierwszy wskazałbym koniec lat dziewięćdziesiątych, gdy po „Czasie pijanych koni' i „Dzieciach niebios” zaczęto ściągać filmy z Persji aż dotarto do wywołania porzygu, bo w końcu ile dobrych filmów może wyjść z jednego kraju?).

- We Need to Talk about Kevin – zdecydowanie musimy sobie porozmawiać o tym cudzie. W końcu ktoś zdecydował pokazać się, że bycie rodzicem może nie być takie fajne jak w reklamach pieluch i odżywek dla dzieci. Rzadko zdarza mi się być zachwyconym od początku do końca, ale w tym przypadku byłem. No i to operowanie czerwienią od pierwszej sceny. Swinton fenomenalna, zawsze jest dobra, ale tutaj to już po prostu rola życia. John C. Reilly chyba już nie ma zamiaru zaliczać takich pomyłek jak „Step Brothers”. Jeden z hitów roku. Akademii udało się całkowicie pominąć ten film, co sprawia, że wiele artykułów dotyczących nominacji rozważa, czy ich już zupełnie pojebało. Jeden z filmów, który polecasz znajomym, żeby na nich zrobić wrażenie i spierdolić im humor.

- Chico & Rita – byłem pełen obaw, że film utknie w graniu i pokazywaniu muzyki z epoki, a tymczasem nie! Tej jest akurat tyle, ile być powinno. Co wspaniałe, to animacji rzeczywistości i bohaterowie, prześlicznie to wyszło. Do tego dbałość o tła i pełno nawiązań do czasów i rozbudowane postaci na miarę prawdziwego dramatu. Może skoro już Akademii udało się nominować film animowany, który nie jest trójwymiarową opowiastką dla dzieci, to uda się też dać mu nagrodę.

- Drive – Refn jest bogiem od czasu „Bronsona” (a już po trylogii „Pushera” był wodzem mego plemienia), więc nie wiem, czemu nagle wszystkich zaskoczyło, że zrobił (kolejny) świetny film. Gosling bajka, sam scenariusz trochę karkołomny, ale ogólnie wyszło bardzo dobrze, także od strony realizacji – czy to praca kamery, czy muzyka, czy montaż – wszystko świetnie. Kawałki ścieżki z 'The Social Network' nawet się załapały, ślicznie. Wiem, że nie wszyscy zakochali się w tym dziele, ale ja owszem. Co jednak zabawne, z tego wszystkiego Akademii udało się nominować montaż dźwięku. Gdyby w ogóle nic nie nominowali, to pomyślałbym, że do nich nie dotarło istnienie tego filmu, ale to świadczy o tym, że z całego filmu ich uwagę przykuł właśnie montaż dźwięku. Brawo, kurwa, brawo.

- Shame – Steve McQueen rozpierdolił mi sufit po raz drugi. Fassbendera nigdy nie kochałem, ale po tej roli chyba zacznę. Praca kamery w tym filmie to bajka, zwłaszcza scena biegu bohatera. Już w 'The Hunger' były wielkie rzeczy, ale tutaj udało się pójść jeszcze dalej. Wolałbym nieco inny koniec, ale w sumie nie mam zastrzeżeń. Zabawna rzecz: pewien Afroamerykanin przedstawił pomysł, iż film nie jest nominowany do Oscara, bo zrobił go Murzyn. Rzeczywiście, filmy z kategorią R, gdzie główny bohater, co chwilę daje sobie w rękę i chodzi na dziwki zawsze cieszyły się uznaniem Akademii, pominięcie tego to jawny dowód na rasizm. Jest też teza, że tego nie nominowali, bo oscarowa komisja oglądając skupiała się na szczegółach anatomicznych Fassbendera i potem nie wiedzieli, o czym był ten film.

- Skóra, w której żyję – najlepszy Almodovar od lat, pełen zachwyt. Po tej roli wybaczyłem Banderasowi gówniane reklamy BZ WBK, bo co tu gra, to rewelacja. Szkoda, że Hiszpanie postanowili wystawić „Czarny chleb”, który jest ok, ale o wiele słabszy niż dzieło Pedra (inna sprawa, że on już raczej ma załatwione porachunki z Oscarami). Nie wiem, naprawdę nie wiem, jak Pedro to zrobił, ale całą historię łyknąłem bez bólu, jego najlepszy film od 'Wszystko o mojej matce'.

- Margin Call – czymś takim chciało być 'Wall Street 2', ale mu bardzo nie wyszło. Pomysł zderzenia młodego i starego pokolenia biznesu nie jest bardzo nowatorski, ale tu wypadł świetnie, wszystko zagrane cudownie, a do tego właściwie film dziejący się w dwóch pokojach, zaś wciąga bardziej niż trzęsawisko. Szans na Oscara raczej nie ma, bo scenariusz to niestety jedyna nominacja dla tego dzieła, a w tej samej kategorii jest 'The Artist' i 'The Help'. Przyznam, że po przeczytaniu wrażeń ludzi na IMDB zrozumiałem dlaczego takich filmów się nie kręci. Wydawał mi się on bardzo wciągający, a przy tym prosty, niemniej dla większości użytkowników serwisu okazał się być zbyt powolny i skomplikowany. Czarno widzę przyszłość kina.

- A Better Life – nie wiedziałem do czego siadam, poza tym, że ma to całą jedną nominację za pierwszoplanową rolę męską i że jest o Meksykanach. Nie spodziewałem się cudu, a tymczasem jest to całkiem solidna opowieść, z dobrymi postaciami, nie popadająca w skrajności, a co już w tym wszystkim najdziwniejsze: ma to wspaniały montaż dźwięku, zwłaszcza scena wejścia do restauracji sprawiła, że miałem wow. Jest to lepsze niż wcale niemało innych filmów, które się załapały  na nominacje, wielkie pytanie brzmi jednak: skąd przyszło do głowy nominować tylko tę rolę? Bo o ile ta jest naprawdę dobra, o tyle film z jedną nominacją w raczej ważnej kategorii, nie ma szans.

Jeżeli chodzi o powyższe filmy, to myślę, że nikt nie będzie przesadnie żałował, a jest duża szansa, że będzie pod wrażeniem po seansie. Na przykład moja matka załapała się na scenę windową z 'Drive' i powiedziała, że to jakiś obłęd i koszmar, czyli wrażenie dość zdecydowane.

Strefa umiarkowana – czyli można sobie oglądnąć i nawet nie jest to taki zły pomysł

- Tinker Tailor Soldier Spy – odbiorcy tego filmu dzielą się na dwie kategorie: tych, którzy czytali książkę i oglądali wersję z lat 70-tych, i pozostałych – należę do drugiej kategorii, więc zapytam: boże, dlaczego, dlaczego nie posiedziano nad scenariuszem? To ma tak wspaniały klimat, jest tak pięknie zagrane, udźwiękowione, CGI chwilami zrąbane, ale i jest w tym tyle rzeczy, których nie widuje się niemal w ogóle we współczesnym kinie. Mnie to wszystko poszło w krzaki, bo historia jest tak zagmatwana, że nie dałem rady ogarnąć. Do tego paranoiczny klimat tak się udziela, że im dalej w film, tym bardziej miałem wrażenie, że poza KGB nikt nie pracuje w służbach brytyjskich. No cóż, elektryzuje jak potoczą się losy Oldmana, który zagrał świetnie, niemniej jest to jego pierwsza nominacja w życiu w co nikt nie może za bardzo uwierzyć – człowiek, który niegdyś tak zagrał 'Draculę', wcześniej jeszcze Sida Viciousa, do tego 'Immortal Beloved', do tego drugi plan w 'Leonie', był olewany przez tyle lat? No i bądź mądry, rola Dujardina jest o wiele lepsza, ale z drugiej strony Oldman (zgodnie z nazwiskiem) najmłodszy nie jest i może już nigdy nie mieć szans na tę nagrodę, bo jednak nie jest to człowiek, który często pojawia się w filmach dostępnych szerszej publiczności.

- A Dangerous Method – jako wielki fan Cronenberga nie będę na pewno obiektywny, ale żeby nie pominąć najnowszego dziecka mistrza: jest słabiej niż zazwyczaj, ale jeszcze nie ma tragedii. Dużo mu uratował Mortensen. Nie wierzę w to, co napiszę: Keira Knightley dobrze zagrała, chyba pierwszy raz w życiu. Niestety, sama historia nie jest zbyt fascynująca i zastanawiam się, czy Jung miał być sierotą bożą, czy Fassbenderowi tak wyszło, obstawiam to drugie. Na pociechę pozostaje motyw Shore'a (który też już pisał lepsze ścieżki) i to, że ogląda się to bezboleśnie, niemniej po mistrzu i podjętej tematyce spodziewałem się o wiele więcej. Chyba liczył, że wbije się tym do mainstreamu, ewentualnie że zgoli jakąś lepszą nagrodę. No cóż, nawet Toronto nie wygrał, a w jego wypadku to dość dziwne. Jako wyznawca Kanadyjczyka wierzę, że to jeszcze nie jest nasze ostatnie słowo. Ciekawostka: dostałem kilka smsów ze skargami na reżysera. Również chciałbym z nim o tym porozmawiać, wiem nawet, że ma Skype'a, niestety loginu nie znam. Gdybym jednak go zdobył, powiedziałbym: wodzu, a nie chciałbyś może zrobić 'Fahrenheit 451'? Wersja Truffaut jest słaba, a książka jakby pod ciebie pisana, zaś Tim Robbins z remakiem bawi się już tak długo, że wiadome, że nic z tego nie będzie.

- Ides of March – miało być tak przepięknie, a jest 'tylko' dobrze. Druga połowa jest nieco za szybka wobec dość spokojnej pierwszej. Gosling jest bardzo dobry, ale Gosling zawsze jest bardzo dobry (patrz 'Drive'). Hoffman Seymour Philp podobnież, także i Giamatti Paul. Sam pomysł dało się lepiej poprowadzić (tak między nami to wątek z dziewczynką bym wywalił,), Clooney chyba uznał, że skoro reżyseruje, to postać sobie tak machnie nie do końca się przykładając. Trudno mi sprecyzować zarzuty, po prostu zabrakło mi w tym czegoś, jakoś nie wciągnął mnie ten dramat na tyle, żebym go przeżywał. Film kończy się w miejscu, w którym powinien się zaczynać. Przy okazji myśl: nie wiem, co zrobił Gosling (z Kanady!) członkom Akademii, ale rok w rok wali cudowne role, które są ignorowane. Będzie potem jak z Oldmanem, za czterdzieści lat zorientują się, że koleś to kawał historii kina i nominują go za coś dziwnego.

- Carnage – bardzo mi się podobało i nagle się skończyło. Z tego dało się jeszcze tyle wyciągnąć, mając takich aktorów i taką ładną podstawę, nagle po 70 minutach wszystko poszło się kochać. Szkoda, szkoda, szkoda, bo bez problemu dałoby się dołożyć 20 minut rozwoju sytuacji we wiadomym kierunku. No i nie wiem, czy to Roman Foster tak przerysował, czy też ona sama postanowiła przegiąć. Za to Winslet, której nie kocham - świetnie, Waltz nieco lepiej od Reilly'ego, ale obaj dobrze – dlatego dziwi, że do Globów nominowano tylko panie. Wielki niedosyt, który mógł być jednym z lepszych filmów sezonu. No i wszyscy zgodnie mówią, że tekst źródłowy jest wielki, więc Roman cudu nie dokonał.

- Midnight in Paris – fajny pomysł dość poważnie spieprzony, a w skali innych filmów Allena to chyba poza pierwszą dziesiątką. Wątek z kolczykami i rodzicami panny sprawił, że zastanawiałem się, czy człowiek, który zrobił „Zeliga”, „Manhattan” czy choćby „Match Point”, upadł tak nisko. Do tego tak standardowe tematy jak Amerykanie we Francji – to już było, a tu nic nowego nie powiedziano, ten obraz Paryża jest do wyrzygania oklepany. No i Owen Wilson nie stworzył wielkiej kreacji, raczej latał mi ten jego bohater i koleje jego perypetii sercowych.

- Puss in Boots, czyli „Cipka w bucikach”, czyli kolejny film z animacyjnej taśmy produkcyjnej. Hm, to wszystko już było? Parę razy nawet? Sprawę ratuje kot Banderasa i kocica Hayek, no i oczywiście ogrywanie znanych konwencji, niemniej daleki jestem od pełnego zachwytu, parę dowcipów trochę na siłę. Obawiam się, że to jeszcze nie koniec i że jeszcze coś wyrzeźbią. Pozytywnie zaskoczyło mnie, że w tym sezonie są nie tylko animacje Disneya i Pixara, są w końcu nie trójwymiary, czyżby koniec wielkiej miłości Akademii z dwoma gigantami?

- Harry Potter and the Deathly Hallows 2 – koniec, w końcu koniec, dziesięć lat z Potterem, już nie mogłem, jeszcze ostatnia część rozbita na dwie, ale koniec! Już nie trzeba będzie oglądać nastolatków udających dzieci! Z pozytywów to jak zwykle Rickman. Z negatywów to nie wiem, po co to 3D, które od czasów 'Avatara' nawet się nie zbliżyło do tego poziomu. A, wiem, żeby brać więcej za bilety do kina. Dla mnie oglądnij i zapomnij, jak ktoś ma 12 lat to pewnie seria życia. Z tego co można przeczytać: bardzo silnie lobbowano, żeby ponominowano (no i oczywiście uhonorowano) ostatnią część jako docenienie wszystkich wcześniejszych produkcji (patrz 'Władca pierścieni'). O ile chodzi o Rickmana, to zdecydowanie mogli go przynajmniej nominować, ale cała reszta? Nie-e-e-e.

- Hugo – 11 nominacji, no spadłem z krzesła, co tam się też dzieje takiego wielkiego? 'The Artist' dla nieco mniej wymagających, niemniej o wiele lepiej, niż myślałem, że będzie. Dobrze się ogląda, jak na film 'dla dzieci' to jeden z lepszych ostatnich lat, całkiem miły hołd dla Georgesa Méliès, ale jednak obyło się bez okrzyków radości. Mam wrażenie, że Akademii udało się idealnie wstrzelić z nagrodą w najsłabszy film Scorsesego jaki zrobił, bo dla mnie i 'Shutter Island', i 'Hugon' są o wiele lepsze niż 'The Departed'. No cóż, jeżeli film ma 11 nominacji to powinien sprawiać, że ludzi na noszach z kina wynoszą, a tu wszyscy są raczej na tak, ale znowu nikomu jaj to nie urwało.

- The Girl with the Dragon Tattoo – obawiałem się, że dzięki lekturze książki będę się wybitnie nudził w czasie oglądania najnowszego dzieła Finchera, a tu niespodzianka, całkiem przyjemnie. Dziwiło mnie jednak, że film niemal całkowicie przepada w walce o nagrody, oczywiście głównie śledziłem losy autora muzyki. Zanim dopadłem tej produkcji, ścieżkę dźwiękową znałem już dość dobrze i całkiem mi się podobała. Niestety, taktyka tworzenia: 'pisz muzykę, a potem zobaczysz film i jakoś się to poskleja' nie sprawdziła się tym razem (bo przy 'Social Network' całkiem dobrze). Chwilami muzyka jedno, obraz drugie, a jak jeszcze montaż wejdzie, to wychodzi pierdolnik. Zasadniczo fajna ścieżka, tylko nie do tego filmu, no Immigrant Song niszczy, zabija, miażdży i deklasuje. Nie lubię Craiga, ale tutaj jest wspaniały, idealny. Bardzo ciekawe są jednak zjawiska pogodowe w filmie – pokazują nam -22 stopnie, a za chwilę główny bohater popierdala bez czapki, rękawiczek i w ogóle jakoś mu nie dziwnie. Zazdroszczę, bo mnie szlag trafia w okolicach -5. Zastanawiają mnie zachwyty nad Rooney Mara. Nie że to była zła rola, ale czy ktoś się poważnie w coś uderzył? Nie ma pośród nominowanych Swinton, a jest Mara???

Strefa niżu:

- Tree of Life – bardzo lubię Malicka, naprawdę. Problem tylko, że coś ostatnio mu nie wychodzi, a i tak wolałem 'New World' od 'Tree of Life'. No cóż, miał Pitta, miał Penna, liczyłem na wielkie starcie ekranowe, nie wyszło z tego nic, Penn gdzieś w tle, nic nie gra właściwie, za to Pitt rewelacja, o tym za chwilę. Po Złotej Palmie i trailerach wierzyłem, że powstało arcydzieło, niestety: nie powstało. Najgorsze w tym wszystkim są dinozaury, ale i ciągłe przenoszenie relacji ojciec-syn na bóg-człowiek mnie męczyło, podobnie jak i kosmiczne przejścia. Nie powiedział mi ten film niczego ciekawego, chyba tak naprawdę niczego mi nie powiedział. Pitt stworzył wielką kreację i uważam, że dla niego warto „Drzewo życia” zobaczyć, ale tyle, koniec. Zabawne jednak jest to, że kina w USA miały poważne problemy z publiką, bo ludzie masowo chcieli zwrotu pieniędzy, że co to ma być za syf!!! Powiedziałbym, że to modelowa ambitna porażka, a to jednak już coś. No i jest to jeden z filmów, który wypada zobaczyć i znać.

- Extremely Loud and Incredibly Close – Tom Hanks, Sandra Bullock, film o 9/11. Oczekiwania miałem w okolicach bagna, więc jakoś to przeżyłem, że totalną kutasówą film staje się dopiero pod koniec. Wcześniej jest w miarę, niemniej odczuwam pewną wdzięczność wobec Akademii, że tej amerykańskiej laurki nie nominowali w piętnastu kategoriach, bo przecież dało się to zrobić. Historia jest kretyńsko niewiarygodna, zagrana niezgorzej, niemniej to tandeta, przy której wysiadają radzieckie produkcyjniaki z dawnych czasów. Max von Sydow jest super, chociaż nie mówi ani słowa, ale jego rolę zapamiętam na dłużej, samego filmu jako całości mam nadzieję nie pamiętać.

- Albert Nobbs – po przeczytaniu zarysu fabuły, byłem pewien, że film ten poleci od razu do kategorii w stylu scenariusz, reżyseria, najlepszy film, no i oczywiście aktorska dla Glenn Close. Film klasy TVN melodramat we wtorek o 20, zagrany dobrze, ale jednak nie rewelacyjnie, a najlepsza wcale nie jest Close, tylko Janet McTeer (z taką grą Mia Wasikowska może spać spokojnie w temacie nagród). Co jednak jest słabym punktem 'Alberta Nobbsa', to cała kretyńskawa fabuła, z raczej szablonowymi postaciami na drugim planie. No cóż, Close ma już na koncie pięć nominacji, w tym za takie cuda jak 'The Fatal Attraction' i 'Dangerous Liaisons', role o wiele lepsze niż tytułowa tutaj. Niemniej, Akademia lubi dawać prezenty za niekoniecznie najlepsze występy. Pozwolę sobie zacytować (nie po raz pierwszy) Goreya:
(o Meryl Streep) Oh please ... every time she opens her mouth, the critics insist Dostoevsky's speaking! ... And who's even dippier is Glenn Close. Sexless as a teabag. Neither man, not (sic) woman, nor in-between! Julia Roberts's face looks like it's made of rubber -- remember those Snap, Crackle and Pop cartoon faces? And of course Streisand. God help us, I won't even go to see.

- The Iron Lady – a skoro już wspomniano Meryl, nie można pominąć jej ostatniego dzieła o Margaret Thatcher. Tak idiotycznie pociętego filmu chyba jeszcze nie widziałem, bezmyślny chaos. Więcej w tym wszystkim demencji starczej niż tego z czego słynęła Thatcher. Kreacja tytułowa daleko od zachwytu, gdyby nie Streep, to chyba nikt by o tym filmie nie mówił, o nominacjach nawet nie wspominając. Jeszcze co do potraktowania tematu na ekranie: szkoda, że nie powiedziano, co też młody Thatcher robi w Afryce, bo to akurat ciekawe. Po wielu kwestiach prześlizgnięto się dość bezboleśnie (IRA, masowe demonstracje, górników mamy ze dwie sekundy na ekranie), właściwie wyszło, że to niedobry lud był, bo pani premier zawsze wiedziała lepiej, Anglię zastała drewnianą, a zostawiła murowaną. No fajnie, szkoda tylko, że znam kilku Brytyjczyków, którzy na dźwięk jej personaliów do dzisiaj dostają piany na usta a niekoniecznie są to ludzie z młodzieżówki socjalistycznej.

- War Horse – kto jak kto, ale Spielberg potrafił niegdyś robić rzeczy, które się dobrze oglądało, niezależnie od tego za jaki gatunek się akurat zabrał. Jednak „Czas wojny” (dzięki polskiemu tłumaczeniu tytułu dowiadujemy się, że 'horse' to 'czas') to żenada, pierwsze 40 minut jest fatalne, potem na trochę jest lepiej, ale to, co dzieje się na końcu to już jedna wielka kpina. Modelowy przykład współczesnego hollywoodzkiego idiotyzmu, ilość głupot jest tak wielka, że nawet nie ma ich co wypisywać, podobnie jak i tego, że odtwórca głównej roli bardziej realizowałby się w zawodzie pasterza niż aktora. Muzyka Williamsa obleci, zdjęcia Kamińskiego chwilami sprawiają, że miło się na to patrzy, ale niestety, totalnie zmarnowany czas. Nie oczekiwałem katharsis, ale też nie kompletnej pomyłki. Fakt nominowania tego do czegokolwiek świadczy o tym, że ciągle grają nazwiska, a nie jakość produkcji, bo ta jest z okolic półki familijnej osiedlowej wypożyczalni video w połowie lat 90-tych.

- Warrior – miałem pewne nadzieje związane z tym filmem, ale jednak wyszła taka makabra... Coś przy czym 'Rocky' to niemal Bergman, zaś wątek iracki to już rekord idiotyzmów. Aż trudno jakoś delektować się rolą Noltego, bo cała reszta wkurwia absolutnym nieprawdopodobieństwem. Tom Hardy jest wielkim aktorem, wierzę w to i wierzę, że jeszcze nadejdzie dzień, że uda mu się stworzyć coś na miarę 'Bronsona', ale niestety, nie w tym sezonie (i przyznam, że boję się, co też wyjdzie z jego roli Bane'a). .  

- A Cat in Paris – dawno nie było mi tak żal żadnego filmu, tak fajnie narysowany (chociaż zastanawia ujęcie tematu kobiecych piersi), a tak strasznie beznadziejna fabuła, która mnie wymęczyła do i poza granice możliwości.

- 50/50 – największa pomyłka z wszystkich wymienionych filmów, absolutna kutasówa z żenującymi próbami rozśmieszania i wzruszania widza. Chyba naumyślnie wybrano tak dupianych aktorów, żeby nikt sensowny nie marnował swego czasu na grę w filmie o chorobie, który eksploatuje wszystkie znane chwyty i schematy gatunku. Do tego bardzo intryguje mnie nominowanie tego do Globów w kategorii komedia/musical, brawo, kurwa, brawo. Na szczęście na Globach przygoda tego dzieła się zakończyła

- The Help – o, problemy rasowe w USA, jakaż nowatorska tematyka! Chwała, że tu w nieco ciekawszym ujęciu, ale nie zainteresowało mnie to, właściwie latało mi wszystko, co związane z bohaterkami. Wiem, że wielu osobom się to bardzo podoba, ale rzygam już emancypacjami amerykańskimi, bohaterkami zrzucającymi gorset, białymi pomagającymi czarnym i wszystkim z tym związanym. Niestety, tegoż dzieła boję się najbardziej w walce o laury, ten film ma potencjał do zakasowania 'The Artist'. Jest tak debilnie amerykański ze swym infantylnym przesłaniem, że pewnie zbierze parę nagród. W końcu decyzję podejmą ludzie, którzy docenili niegdyś 'The Blind Side'. A teraz dołączyła do nich jeszcze Beyonce.

- The Flowers of War – bałem się, że może dostać nominację, a nawet i nagrodę, bo jest to dość hollywoodzki cyrk. Na szczęście jakimś cudem (zapewne dzięki temu, że w poczet Akademii weszła Beyonce, która bez wątpienia oglądnęła wszystkie 69 filmów zgłoszonych w kategoriach obcojęzycznych) olali to. Film ma swoje chwile, ale jako całość jest żenujący, do tego zabawa językami wyszła kretyńsko (jakiż ten angielski popularny w Chinach i to w 1937!), postać Bale'a jest wycięta z tektury, a i jeszcze on wiele z niej nie wykrzesał. Szkoda mi tylko, że Zhang Yimou, reżyser, którego niektóre filmy uwielbiam ('Hero', 'Zawieście Czerwone Latarnie'), inne całkiem lubię ('Dom latających sztyletów'), robi obecnie takie chińsko-amerykańskie produkcyjniaki.


Sekcja dokumentalna:
Nie zakochałem się w Pinie Wendersa. Rozumiem, doceniam, ale cholera, takiej męki oglądania dawno nie przeżyłem, cierpiałem strasznie, niemniej jestem w stanie zrozumieć, co się w tym może podobać. Pozytywnie zaskoczyło mnie If a Tree Falls, dokument traktujący o losach ELA, czyli Earth Liberation Army. Spodziewałem się dość zielonej opowieści o niszczeniu planety (nie, że nie jest to prawda, ale mam już trochę dosyć zielonych opowieści!), a tu nie. Filmowi udaje się całkiem sensownie ukazać ruch i okoliczności działania, a przy tym nie narzuca odbiorcy żadnego punktu widzenia, dopuszcza do głosu kilka stron konfliktu, w tym władzę i poszkodowanych. Za to jeżeli chodzi o Hell and Back Again, to jakoś od lat nie mogę wykrzesać z siebie uczuć wyższych dla Amerykanów poszkodowanych podczas „interwencji”. Hm, co gorsza, gdy ich widzę i słyszę, to współczuję pasterzom z Afganistanu, że muszą mieć z nimi do czynienia. Jeszcze parę filmów o tych misjach i przyłączę się do Talibów. Tematyka ograna do porzygu, niczego nowego się nie dowiedziałem, a główny bohater doprowadzał mnie do pasji. Zastanawia mnie, czy filmy w tym stylu celowo pokazują nam, że Amerykanie to stado zapatrzonych w siebie buców, którzy nie rozumieją, że ich czas powoli przemija i że już tylko wszystkich wkurwiają swoją arogancją, czy też może komuś wydaje się, że po oglądnięciu tego widz zaduma się nad smutnym życiem amerykańskiego żołnierza, który niesie sztandar demokracji nieoświeconym dzikim. Wnosząc z patetycznej dedykacji na końcu, obawiam się, że jeszcze do nich wiele nie dotarło. Tylko dlaczego to nominowano? Aha, bo to amerykańskie nagrody, zapomniałem na chwilę.


Parę rzeczy, których obejrzenie uważam za cenne, jednak są one z całkiem innej bajki (bajek).

- Once Upon A Time in Anatolia – wymęczył mnie ten film strasznie i zaklasyfikowałem go jako pomyłkę, co gorsza trwającą trzy godziny. Na drugi dzień naszły mnie przemyślenia i wróciło do mnie parę scen. Przeszło, ale po tygodniu znowu. I tak co jakiś czas wraca do mnie to dzieło i nadal nie jestem w stanie powiedzieć, co o tym do końca sądzę – z jednej strony uważam, że przegięto z tempem filmu, z drugiej strony jest tu dość pokaźna ilość solidnych pierdolnięć bez widocznego pierdolnięcia, a to rzadkie zjawisko.

- Faust – zaczynam lubić Sokurowa (a niegdyś byłem bardzo daleki od takich uczuć) – była to dla mnie męka oglądania, ale myślenice miałem dobre dwa dni. Tak strasznego syfu, tak brzydkich ludzi chyba jeszcze w kinie nie widziałem, dodatkowo fajne jest to, że zwierzęta często pałetają się w kadrze. Dawno żaden koniec mnie tak nie pozamiatał. No i udało się dokonać czegoś wielkiego: pokazać takiego diabła, jakiego jeszcze nie było. Problemem tego filmu jest to, że każdy krytyk ma potrzebę popisywania się, jaki to jest mądry, do tego pisania o poszukiwaniach ludzkich, dualizmie natury i co też tam mu jeszcze przyjdzie do głowy, no oczu szkoda na czytanie, nawet na kiblu. Niemniej, to nie wina filmu.

- Jose y Pilar – dokument o Jose Saramago i jego żonie. Uwielbiam portugalskiego noblistę, więc z radością patrzyłem na jego prywatne życie i relacje z żoną, bo nie wyszło z tego pitolenie i pytanie się, 'a co dzisiaj na obiad', a bardzo ciekawy portret dwójki wiekowych ludzi, co w świecie kultu młodości nie jest takie popularne. Zaznaczam, że raczej tylko dla wielkich fanów autora.

- Julia Loktev – moje odkrycie sezonu 2011. Jej pierwszego filmu nie widziała chyba nawet ona sama, więc olejmy go, ale drugi! 'Day Night Day Night' to już konkretne cudo, w którym niby wiele się nie dzieje, ale trzyma za jaja, że oczy z orbit wychodzą. Opowieść o dziewczynie, która decyduje się rozerwać w imię idei. Ponad 90 minut sam na sam z terrorystką, daleko od banału i uproszczeń.
Potem było mi dane zobaczyć jej drugi film, The Loneliest Planet. Bernal i panna w (baczność) GRUZJI (spocznij). Nie wiedzą, o co chodzi, ale wiedzą, że coś się spierdoliło. O dziwo, opowieść o tym jest ciekawa, idealne wyważenie koncepcyjnych kadrów i życia. Do tego gruziński Himalaista. Cudo, ale tylko do łapania na festiwalach, żadnej szerszej dystrybucji. Co do przyszłości Loktev: obawiam się, że pozostanie w obiegu festiwalowym, dla przeciętnego zjadacza chleba jej filmy są za nudne.

Film, o którym absolutnie każdy musi napisać:
- Melancholia – zawiódł mnie Lars, lubię wiele jego filmów, ale ten wyszedł średnio. Do tego chyba nikt nie ma elementu zaskoczenia, bo wszyscy wiedzą, że to o końcu świata. Dunst świetnie (wszystkie kobiety są świetne u Larsa, zauważam), chociaż na nominację nie wystarczyło, ale nie podzielam ogólnych zachwytów nad dziełem. Po prostu, jak ma być koniec świata, to wszystkie inne problemy są już mało istotne, więc po co się nimi zajmować? W temacie zdecydowanie wolę „Last Night”. Pierwsza połowa całkiem mi się podobała, druga nie. Mam też wrażenie, że Dunst role dobiera grając w ruletkę, tak niekoherentnej kariery chyba nikt nie ma.

Wielkie pytanie.
Co się stało z This must be the place Sorrentino z Pennem? Wydawało się, że ten film będzie rządził i królował, tymczasem totalnie gdzieś przepadł.

Nie miałem odwagi.
Bridesmaids – wiem o czym jest ten film, wiem też jak wysublimowanym dowcipem operuje, nie chce mi się. Przez Oscary oglądnąłem już niemało gówna, ale za to sobie podziękuję, bo życie jest za krótkie, żeby cieszyć się dowcipami z cyklu 'przypadkiem naćpana' (absolutna świeżynka humoru) czy jakieś przypadkowe rzyganie. Wystarczy mi, że film zdobył serca amerykańskiej publiczności, co mówi wszystko o jego poziomie.

Kung Fu Panda 2 – widziałem pierwszą, przypadkiem. Nie był to najgorszy film świata, ale chyba wiem, co jest w dwójce... Hm, to samo?

Znak zmian w Akademii
Nominowano tylko DWIE piosenki, nie wiem, co się dzieje, to już nie będzie jak przez ostatnie dziesięć lat? Nie po cztery piosenki z jednej animacji? Toż gala będzie trwała z godzinę krócej!

Żegnając temat, mam wrażenie, że Hollywood i Akademia przesadziła z przewagą zasłużonych wodzów - Streep, Clooney, Close, Scorsese, Spielberg, Allen. Z drugiej jednak udało się wpuścić np. Hazanaviciusa, 'A Separation', Oldmana, skądś wyskoczył nagle Plummer (chociaż nie jest to jego pierwsza nominacja), nagle z 'Beginnersami' z 2010 roku. Co więcej, warto zaznaczyć, że pośród filmów nie ma wielu z kategorią R. Bo przecież wiadomo, co jest najważniejsze: sukces frekwencyjny, tak zwane walory artystyczne czasem się przypadkiem trafią, ale nie ma co przesadzać, nominowane filmy nie mogą przerosnąć przeciętnego zjadacza popcornu, no przynajmniej te nominowane do najlepszego, w kategoriach scenariuszowych ewentualnie może się zaplątać coś trudniejszego.
Niemniej, stawka jest chyba najlepsza od 2003 roku. Moje rozdanie poszłoby dziesięć razy do 'The Artist', Hilla za drugoplanową, 'Małp' za efekty, Iranu za obcojęzyczny i 'Drzew' za dokument. Niemniej wiem, że Akademia znowu sprawi, że będę patrzył na listę laureatów, drapał się w jaja i myślał: co, gdzie, jak i kiedy kogo pojebało?

Z cyklu, czy wiesz że...
- 98% członków Akademii jest białych
- 77% stanowią mężczyźni
- zaś średnia wieku to 62 lata

juriusz 2012-02-22||| 11:39:17

skomentuj (0)


The book is the mirror of the world

Stendhal

Jerzy siedział przed komputerem w wydawnictwie PiK i zastanawiał się, czy dobrze rozumie właśnie otrzymanego maila. Z jego treści wynikało strasznie dużo dziwnych rzeczy i uznał, że albo źle go odczytuje, albo wierchuszka zwariowała do reszty. Nie wykluczając żadnej z opcji, udał się po wyjaśnienia do wielkiego akwarium na końcu korytarza. Nie był to jego pierwszy dzień w pracy, więc drogę znał dość dobrze, niemniej wkraczanie do pokoju głównego redaktora, pana Staszka („Czy zawsze i wszędzie musi być jakiś pan Staszek?” - zastanawiał się często Jerzy - „tylko zazwyczaj jest elektrykiem, a przełożeni powinni mieć jakieś szlachetniejsze imiona” - rozważał swe dylematy w myślach) zawsze napełniało jego serce obrzydzeniem. Pan Staszek zazwyczaj miał na sobie sweter z czasów The Beatles, nierzadko jakieś resztki pokarmu z poprzedniego posiłku i dość prymitywny sposób wyrażania swych myśli i poglądów. Jednym z wielkich sekretów XX wieku było to, że został kierownikiem wydawnictwa. Na pewno byłby z niego świetny sztygar, ale działalność związana z kulturą? Nie, w to trudno było uwierzyć.  
W kilku minut później wrócił jeszcze bardziej skonfundowany. Po krótkiej rozmowie ze swym przełożonym odkrył, że jego percepcja pisanego tekstu nie była zła, dobrze zrozumiał treść maila, ale miał niepowtarzalny dowód na to, że jego szef oszalał.
Jerzy odbywał czwarty rok stażu w wydawnictwie PiK, czyli Państwo i Kościół. Po drugim roku przestał ośmieszać się spacerami do działu zatrudnienia i pytaniami, co też ma zrobić, żeby dostać etat. Dowiadywał się, że wykazać. Mówił, że się wykazał, siedzi i robi te bezpłatne nadgodziny, żyje z pobocznych chałtur i oszałamiających pieniędzy przeznaczonych dla stażysty z urzędu miasta. Dowiadywał się, że to wina kraju, który utrzymuje koszta pracy na tak wysokim poziomie, a także bandę urzędasów i nie stosuje podatku pogłównego. Próbował ustalić, dlaczego to on ponosi konsekwencje tego stanu rzeczy, ale nigdy mu się to nie udało. Teraz jednak miał poważniejszy problem: wykonać polecenie swojego przełożonego, a przy tym nie oszaleć. Jedno wydawało się trudniejsze od drugiego.
Nakazano mu dokonania adaptacji kilku dzieł klasyki w zgodzie z najnowszymi trendami panującymi na rynkach handlowych. Sprzedaż książek leciała na łeb, na szyję, konieczne okazało się pozyskanie dużej liczby reklamodawców. Pan Stanisław przekonał ich, iż powszechnie uważana za nieatrakcyjny nośnik reklamy literatura klasyczna, może być świetnym sposobem na dotarcie do wyjątkowo opornych klientów, którzy rzadko włączają telewizor, a i przy internecie nie spędzają odpowiedniej ilości czasu, aby zrozumieć, że zakupy są sensem życia.  
Otrzymany mail głosił dokładnie 'dokonanie adaptacji skostniałych i nierzeczywistych światów fikcji narodzonych w głowach licznych twórców na przestrzeni wieków, by bardziej korespondowały z rzeczywistością wolnorynkową'. Poniżej znajdowała się lista pozycji do przerobienia, a także lista dzieł przeznaczonych do zaadaptowania, takich na które wygasły już prawa autorskie i w świetle prawa można sobie było z nimi dowolnie poczynać. Popatrzył na obie listy, wysiedział do 17:01 i poszedł pić z żalu.
Następnego dnia kac męczył go umiarkowanie. Po przeglądnięciu wszystkich możliwych portali informacyjnych zasiadł do pracy. Patrzył na wydrukowaną listę haseł reklamowych, fragmenty książek i klecił. Po trzech godzinach popatrzył na swe dzieło i stwierdził, że stan, w jakim się znajduje, sprzyja profanowaniu dzieł reklamową miernotą, na trzeźwo byłoby o wiele trudniej. Zaczął od Marqueza „Stu lat samotności” i ku swemu zaskoczeniu dał radę.

Wiele lat później ('Nie spóźniaj się' – zamów usługę kalendarz przypomnień w swojej sieci komórkowej GSM – tylko 5,99 PLN miesięcznie), stojąc (stoisz w korku? Posłuchaj radia eDKa, 96,5 FM) naprzeciw plutonu ('Pluton' – film Olivera Stone'a w specjalnej edycji Blu-Ray już za 59,99 PLN) egzekucyjnego, pułkownik Aureliano Buendia miał przypomnieć sobie to dalekie popołudnie (każde popołudnie spędzaj z „Prawdziwymi historiami” - kanał 6, 17:15), kiedy ojciec zabrał go z sobą do obozu Cyganów ('Jak rozpoznać Polaka' – magazyn patriotyczny dostępny pod adresem www.prawdziwypolak.pl), żeby mu pokazać lód (Woreczki 'Jan Niezbędny' najlepsze do przygotowania lodu na imprezy! W specjalnej promocji sieci Tesco już od 1,99PLN!). Macondo było wówczas niewielką osadą (Zamieszkaj na obrzeżach Warszawy – nowa inwestycja CudoPark – metr już od 9999 PLN, nie zwlekaj, ostatnie wolne mieszkania!) - dwadzieścia chat z trzciny oblepionej gliną (Leroy Merlin – materiały budowlane do renowacji domów, od 16 do 23 tydzień buku i sosny!), zbudowanych na brzegu rzeki, której przezroczyste wody (MinWoda z dodatkiem magnezu– najlepsza woda dla sportowców, uzupełnia ubytki wypacanych pierwiastków) bystro toczyły się po gładkich białych kamieniach koryta, wielkich jak jaja (Tylko w Tesco! Jaja z chowu klatkowego 19 groszy/sztuka, oferta ważna do 25.12) przedhistorycznych ptaków (ferma Dobczyce oferuje kurczaki z wolnego wybiegu. Kurczak z Dobczyc ozdobą każdego stołu!)

Jerzy popatrzył z mieszanką dumy i obrzydzenia na swój wypłód. Takiej roboty właśnie chciało od niego kierownictwo. Problem zasadzał się jednak gdzie indziej: tego nie dało się czytać. Do tego, w wersji na tablety, wszystkie linki miały być klikalne, dochodziły wyskakujące reklamy i dobierane według profilu codzienne oferty mailowe. Wysłał nadawcy maila, zagrał w szachy (wygrał i zremisował na czwartym poziomie. „Nieźle” - pogratulował sobie tryumfu nad sztuczną inteligencją) i poszedł do domu.
Przez kilka kolejnych dni absorbowały go inne sprawy. Kac. Uwodzenie nowej sekretarki. Pozorowanie bycia zajętym. Potrójna wygrana w szachy na czwartym poziomie trudności. Potem nadszedł charakterystyczny dźwięk odebranej wiadomości i Jerzemu coś mówiło, że to nie kolejna oferta kupna swetra z Zary za 19,99 PLN w zamian za 299,99 PLN.
To była Zara. Ocieplane podkolanówki na zimę za 50% ceny.
I gdy już wydawało mu się, że spokojnie pójdzie do domu po przegranej na piątym poziomie szachów, a temat łączenia reklam z klasyką sobie umrze, napisał do niego przełożony. Był to najpiękniejszy mail, którego dostał od dawna i od kierownictwa. Podkreślał jego wybitne zasługi, zdolność dogłębnej analizy sytuacji i możliwości osiągnięcia Olimpów świata reklamy. Dopisek od redaktora Stanisława nawet wspominał coś o umowie na czas nieokreślony, gdyby Jerzy się wykazał na dotychczasowym stanowisku.
Jerzy nie wierzył w swój monitor. Przeskanował komputer program antywirusowym. Zero detekcji. Dochodziła 17, wyczekał do końca dnia i wyszedł do domu skulony w pół – żeby tylko pan Stanisław go nie zobaczył i nie dopytał o drugą część maila. Po skurwieniu Marqueza, wydawnictwo PiK dostało ofertę spierdolenia Dostojewskiego. Jerzy postanowił nie przeginać pały i nie zadzierać z Wybitnym. Uznał, że napisze tak straszne gówno, że po tym zwolnią go z pracy. Tfu, stażu. Tak więc, napisał. Dno dna osiągnął w następującym fragmencie „Łagodnej”:

Wszystko to przez cały rok (Czy masz już spersonalizowany kalendarz biznesowy? Nie czekaj, zamów już dziś, dla pierwszych 100 klientów – 20% zniżki, TYLKO TERAZ!) obserwował sąsiad, opasły („Nadwaga? Nadkwasota? Wypróbuj najnowszy suplement diety!) sklepikarz (Biedronka – sklepy w Twoim sąsiedztwie! Codziennie niskie ceny! Tylko teraz, schab z kością za 9,99 PLN), ale nie taki zwyczajny sklepikarz, lecz właściciel („Kup jacht bezpośrednio od właściciela, kontakt: 691383454) dwóch składów kolonialnych („Orientalne przyprawy z Azji tylko w sklepach Lidl. Zapraszamy w dniach 23-25 października, specjalna promocja na warzywa i owoce z Chin!”). Miał już na rozkładzie („Rozkłady jazdy PKP dostępne są pod adresem www.pkp.pl – PKP – łączy nas od zawsze. Szybko. Tanio. Wygodnie.) dwie żony („Planujesz wziąć ślub? Salony mody ślubnej Rozalia zapraszają, tylko teraz 40% zniżki na welon przy zakupie bolerka!”) i szukał trzeciej - no i wypatrzył sobie („Vision Express – tylko w styczniu, oprawki do szkieł korekcyjnych gratis!”): „spokojniutka, panie dobrodzieju, wyrosła w biedzie („Brakuje Ci pieniędzy? Pożyczki Provident dostępne od zaraz. Potrzebny tylko dowód osobisty!”), a ja ożenię się ze względu na sieroty.”(„Adoptuj dzieci na odległość – za jedyne 59,99PLN możesz podarować szczęście! AdoptStach”) Rzeczywiście miała małe dzieci. Więc – w konkury, jął zmawiać się z ciotkami; a chłop miał pięćdziesiąt lat („Masz więcej niż 50 lat? Kłopoty z gruczołem prostaty? Prostamol! Dostępny bez recepty w każdej aptece!”); ona jest przerażona („Stres? Lęk? Bezsenne noce? Kup Nervosen. Ukojenie od zaraz. Preparat przebadany klinicznie. Przed zażyciem przeczytaj ulotkę lub skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą”).

Włał sałatkę z Dostojewskiego i reklamowego bełkotu. Minęło kilka dni. Po pięciu wezwano go do działu kadr. Dostanie etat, pod warunkiem, że dalej będzie pisał tak dobre teksty. W co uwierzyć nie mógł, czekała go umowa na tenże. ETAT! Etacik! Etaciunio! Mój kochany!!! Jerzy podał PESEL, podał adres urzędu skarbowego i podał NIP. Od pierwszego miał być regularnym pracownikiem wydawnictwa. Podrapał się po jajach, zasiadł wygodnie w fotelu i zbierał się do kolejnej rozgrywki w szachy na piątym poziomie trudności. Charakterystyczny dźwięk poinformował go o otrzymaniu wiadomości tekstowej.
- Pewnie znowu podkolanówki – pomyślał.
Otworzył wiadomość i przeczytał jej treść. Tym razem to nie były podkolanówki. Pan Stanisław gratulował mu sukcesów i zachęcał do dalszej pracy, standard. Standardem jednak nie była całkiem merytoryczna treść wiadomości. Wydawnictwo PiK otrzymało ministerialne zlecenie na stworzenie Biblii dla szkół. Otrzymało również zlecenie na prowadzenie kampanii wyborczej partii rządzącej, Sojuszu Obywateli. Kolejne zadanie Jerzego polegało na stworzeniu koherentnej wersji tekstów, która to zadowoliłaby oboje zleceniodawców, nie zaznaczając ingerencji programu partii w tekst oryginału.
Jnapił się kawy z mlekiem. Pomyślał o własnejgodności i zdrowiu psychicznym. Pomyślał o etacie. Przestał myśleć. Wyłączył szachy. Zaczął pisać.

(1) Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię niczym nasz premier dziennik ustaw. (2) Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem niczym ten kraj dopóki nie pojawił się Sojusz Obywateli: ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży unosił się nad wodami. (3) Wtedy Bóg rzekł:chciałbym być premierem Polski. Niechaj się stanie światłość! I stała się światłość,a Bóg został premierem Rzeczpospolitej.

juriusz 2012-01-15||| 09:27:48

skomentuj (2)


Once upon a time there was a country

Po jakichś dwudziestu minutach wielkiej esktazy, przeszło mi. Dobra, za oknem coraz więcej śniegu, namiarów na nocleg w Belgradzie nie mam, wieczór wcale nie musi być piękny. Podczas postoju wszyscy pasażerowie autobusu odkryli, że nie jestem z ich stron, bo użyłem spłuczki w kiblu. Kilkadziesiąt litrów lodowatej wody wylało się na podłogę, wypadłem z budy niczym oparzony tą lodowacizną. No i wiedzieli, że nie Serb, Albaniec, ani Kosowar, taki by przecież za nic spłuczki nie dotknął, bo wie, czym to grozi. Odniosłem wrażenie, że parę osób było zdegustowanych mną i chciało dzwonić po patrol graniczny, inni zaś zachwyceni, że wychujałem system, mały wywiad nawet miałem, głównie z pytaniem skąd, dokąd i po co. Miałem nadzieję, że żaden bałwan nie miał zamiaru utrudniać mi życia, do granicy nie było bardzo daleko, pewnie gdyby patrol miał wezwanie, to by sobie po mnie podjechał.

Następne trzy godziny nie było postoju. W busie był kibel, ale oczywiście zamknięty. Poszedłem do tour operatora, że może podzieliłby się kluczem, bo bardzo muszę. Powiedział, że odleję się w Belgradzie. Niemal w tej samej sekundzie minęliśmy znak „Beograd 72 km”. Próbowałem negocjować, nie chciałem cierpieć kolejnej godziny. Był nieugięty, uznał, że wytrzymam. W sumie się nie mylił, ale gdyby mi jaja wsadzili w imadło, to bym się lepiej bawił. Wypadłem na głównym dworcu, kibel chciał wynagrodzenia w serbskich dinarach. KURWA! Kantor, kurwa sequel, co za kurs? Euro jak dolary, dolary jak ruble. Rzuciłem pięć euro i charakterystykę mamusi obsługującego ten przybytek. Dostaję, w cholerę kasy. Patrzę na dinary, patrzę na kurs i rozumiem: pan myślał, że dałem 10, a nie 5. Masz po swoim kursie, miłego dnia, kibel, ulga i poprawa jakości życia, szukamy hostelu. Leżą jakieś ulotki koło kas, mam trzy adresy, najbliższy. Piąte piętro, miła pani za ladą, 10 euro za dobę, jedno piwo w cenie, rakija bez ograniczeń, internet, tosty śniadaniowe też, wchodzę w to. Daję papiery, siadam do netu z przysługującym mi piwem, pani wzywa.

- Oj, ale nie masz pieczątki wjazdowej Serbii, nie wiem, co wpisać w rubryce od kiedy jesteś w Serbii...

- Od jakichś siedmiu godzin, słowo harcerza!

- Ale ostatnią pieczątkę, jaką masz, to wjazd do Kosowa

- Co ty mi też słońce belgradzkie nie powiesz... Myślałaś, że zmaterializowałem się tu cudownie? Znane są takie przypadkie, w komiksach X-men to Nightcrawler i Shadowcat, w grach to Electro Body chociażby, w polskiej myśli współczesnej Kaszpirowski, z Biblii to św. Elżbieta, z seriali to Star Trek... No wiem, że nie mam, ale podoba mi się tu, a tam jest zimno, wpisz, że mam pieczątkę wjazdową z dzisiaj.

O dziwo, zadziałało, wpisała, dała pościel i się wprowadziłem.

Wyprawa do miasta zaowocowała kilkoma przemyśleniami. Po pierwsze, jeżeli chcesz wyrobić sobie zdanie o jakiejś nacji, odwiedź ją w ojczyźnie: zazwyczaj albo się zakochasz na całego, albo wkurwisz. Po drugie, w Macedonii miałem wrażenie, że ilekroć odkrywano, że jestem obcokrajowcem, to ich sympatia do mnie wzrastała jakieś pięć razy. Ponieważ bez tego byli już cudownie wspaniali, to po takim dodatku do dzisiaj jestem wielkim fanem tego kraju. W Serbii działało to nieco inaczej, na mój ruski reagowano, jakbym im napluł w twarz. Zdobycie czegoś bez mięsa zajęło mi w cholerę czasu, skończyło się na pizzy i darciu ryja kelnera, że nie da się zrobić bez szynki i że mam wypierdalać jak się nie podoba.

Minęło już parę miesięcy od śmierci Michaela Jacksona. W Belgradzie stypa jeszcze trwała, w dwóch miejscach było mi dane przypomnieć sobie twórczość białego Murzyna.

Rano poszedłem zakochać się w zabytkach miasta. Umówmy się, że jest jakiś, umiarkowanie tajny, powód dla którego większość turystów odwiedza stolicę Serbii w innych miesiącach, a nie akurat w grudniu. Padało, zamek Kalemegdan wydawał się strasznie brzydki, zestaw machin wojennych zakrawał na totalny surrealizm. Część muzealna wiele ciekawsza nie była, urywała się na końcu pierwszej Wojny Światowej, a mnie akurat bardzo interesowało, jak zostanie przedstawiony czas Jugosławii, a jeszcze lepiej wojny lat 90-tych. Ma matka popełniła niegdyś dość ciekawą pracę naukową na temat tego, jak różnie przedstawiane są te same wydarzenia historyczne w podręcznikach w różnych krajach bałkańskich. Wyszło, że bardzo. Jeżeli już nie dało się zmienić rezultatu bitwy, to zazwyczaj zwycięstwa przeciwników były haniebne, zaś nasze porażki chwalebne.

Mam to szczęście, że znam parę osób, które niekoniecznie żyją w Polsce. Jedną z nich jest Petra, która w Polsce bywa, ale studiuje w Belgradzie. Udało nam się spotkać, zasiąść w studenckiej kantynie i tam ci z nas, którzy mogą pić pili, a ci którzy nie, nie pili. Tak dawno nie mówiłem po polsku, że zapomniałem niemal jakie to szczęście nie musieć dukać i zastanawiać się, jak mówić, żeby cię zrozumiano. Do tego zestaw rozmów mnie interesujący, życie w Belgradzie i studia. Gdy odwiedziłem uniwersytecką toaletę, zastanowiło mnie wiele rzeczy: brak papieru, brak wody, zjebana spłuczka. Trochę jak w domu, naszły mnie myśli: dlaczego? Przecież to nie są jakieś wielkie pieniądze, wszystkie uniwersytety niby walczą o jakość nauczania, ale chyba nie jest wielkim sekretem, że co jakiś czas trzeba iść do toalety. Dlaczego, dlaczego, dlaczego możni tego świata i uniwersytetów nie mogą zdobyć się na takie szaleństwo, żeby zapewnić jakiś normalny kibel? Przecież w krajach takich jak Serbia, czy Polska chyba wszyscy wiedzą, jak to plus minus powinno wyglądać, to nie Iran, czy Birma.

Pojechaliśmy do św. Sawy, gigantycznej cerkwi, którą jeszcze kończyli, chociaż wydawało mi się, że blisko radosnego finału nie są. Komunikacja w Belgradzie z jednej strony jest dość sprawna, z drugiej raczej nie polecam napalać się na czytanie w busie i liczyć, że będzie dużo miejsca albo jakieś ogrzewanie. Miło było spotkać przyjazną duszę, ale i tego wieczora nie zapisałem na liście sukcesów Belgradu, no udało się, gdyby nie Petra, to pewnie bym się męczył w jakimś muzeum, czy też kombinował co innego.

I gdy już wydawało się, że w Belgradzie mało co mnie urzeknie, a już na pewno nie ludność, w hostelu okazała się gnieździć najlepsza impreza w mieście. Wiązało się to ze zmianą za kontuarem recepcji; nieśmiałą dziewczynkę zastąpił dorodny, wiekowy Serb z kręconymi, siwymi włosami. Sprawdzałem, co też w necie ciekawego, gdy słyszałem, jak ona mówi mu, co i jak. Okazało się, że to jego pierwsza noc na posterunku, chyba został wezwany przez znajomego-właściciela hostelu w sytuacji beznadziejnej. Usiadł sobie na sofie, nisko go wyceniłem, do tego pomyślałem, że jak pierwsza noc w pracy, to posrany, no ja bym był, więc nawet się nie odzywałem. Optyka zmieniła mi się, gdy zagadało do niego dwóch Meksykanów, chcieli iść na dziewczynki i prosili o jakieś porady. Dał im taką listę lokali z adresami i adnotacjami („Burdel, no pewnie będziecie musieli zapłacić, ale czasem się udawało ludziom za wartość artystyczną dostać ruchanie gratis. Młode studentki szukają zabawy na noc. Tu wstęp płatny. Tu starsze i stylowe, strasznie drogo, ale łatwiej zarwać. Tam burdel, płatne za noc, nie za godzinę.”), że żaden przewodnik takiej nie oferuje. Gdy jeden zapytał, czy mają mówić po angielsku, drugi wtrącił na cwaniaka:

- Co, chcesz spróbować po hiszpańsku?

- Możecie po hiszpańsku, wiele telenoweli było tu bardzo popularnych, każda dziewczyna zna teksty takie jak „!Te quiero!”, czy „”!Soy tu Padre!”, będą zachwycone. A jak nie pójdzie tak, to Tarzan English, angielski podbojów nocnych!

Uznałem, że ciekawsze rzeczy dzieją się obok mnie niż w necie. Meksykanie poszli, przysiadłem się. Okazało się, że chłop ma na imię Sasza i ma też inne historie pod ręką, ale to było niemal oczywiste, tylko mędrcy znają kluby samotnej desperacji aż tak dokładnie. Ciągnąłem go trochę w stronę tematów wojennych, dał się uprosić na opowiadania, ale bez przesady. Gdy cały cyrk się zaczął, był w modelowym wieku poborowym, ale akurat punkował i chuja go to wszystko obchodziło. Niestety, nie mógł im grzecznie powiedzieć, żeby wypierdalali, kazali mu zadeklarować przynależność narodową. W domyśle: serbską lub chorwacką, gdyby bardzo chciał, to jakąś pomniejszą. Zadeklarował, że jest Eskimosem (Inuitą... Dobra, nieważne). Nie chciał wdawać się w szczegóły, ale ogólnie: ta odpowiedź była nisko punktowana. Zrozumiałem, że posłali go za to do psychiatryka, chyba do sprzątania, ale nie jestem pewien, czy jednak nie jako pacjenta. Wspomniał, że po wojnie miał wielkie problemy z dostaniem obywatelstwa, bo skoro zadeklarował Eskimosa, to kazali mu spieprzać do swoich i że trochę się z tym woził zanim dostał papiery, przy czym do dzisiaj mu powraca ta decyzja w niektórych sytuacjach. To jest takie fajne... Wsadzili parę osób do pierdla o standardzie kurortu, zrobili im foty, powiedzieli nam, że ogólnie sprawa zamknięta. Ci, którzy poszli spokojnie mordować sąsiadów, mają dzisiaj bezproblemowe życia. Koleś, który nie chciał brać udziału w tym idiotyzmie, bo był mądrzejszy niż stada kutasów w mundurach wtedy, miewa problemy dzisiaj z fiutami za biurkami. Nacjonalistów w tej części świata nie brakuje, więc pewnie byłby w stanie dostarczyć niezłych opowieści, jak go zgnoili, że nie rzucił się gwałcić Bośni. O tym jakoś nie widuję reportaży, ani w gazetach jakoś seryjnie nie piszą. Bałkany się znudziły, a taki Sasza nigdy nie był przesadnie interesujący. Czyż nie tworzymy pięknej i wolnej Europy?

Jednak poza rozmową zajmowaliśmy się jeszcze paroma rzeczami. Po pierwsze paliliśmy, po drugie piliśmy, po trzecie paru gości się wprowadziło. Dołączali do nas, impreza się rozkręcała. Koło północy odkryłem, że para Greków przymierza się do posuwania na stole w kąciku common roomu, wydzieramy się jedno przez drugie i że właściwie to mi się podoba, ale zaraz ryjem w podłogę trafię, więc sobie poszedłem.

O poranku wyczołgałem się z łóżka i spotkałem Saszę, który wynosił śmieci. Na widok trzech siatek pełnych butelek zrobiłem wow, pokazał, że jeszcze dwie stoją już za drzwiami. Na „do której?” padło „kurwa, nie pytaj, do 6, idę umrzeć”. Nic nie spał, przepił wszystkich o kilka długości.

Próbowałem wcześniej ustalić, jak i kiedy jeżdżą pociągi. Telefon na info PKP skończył się dziesięciominutowym czekaniem i rozłączeniem. Piłem kiedyś z facetem, który pracował na takiej infolinii w Krakowie. Powiedział, że robota dobra, zero kontroli i nowiuteńki komputer z szerokopasmowym netem (to było naprawdę parę lat temu). Mówił, że gra po sieci w Starcrafta cały dzień (to było dawno, teraz pewnie gra w co innego), a gdy ktoś zbyt długo dzwoni to podnosi się słuchawkę i zawiesza połączenie. Czasem w przypływie dobrego humoru coś powie, ale nie więcej niż dwóm osobom na parę godzin, bo to męczące jest. I chyba w Belgradzie też siedzi taki facet i pewnie też jak z kimś pije, to opowiada, że lubi swoją pracę. Ja niestety nie wstrzeliłem się w szczęśliwca dnia, więc nie dowiedziałem się, o której jest pociąg, ale kilka minut posłuchałem sobie sygnału oczekiwania na podniesienie słuchawki.

Postanowiłem jechać do Nowego Sadu autobusem. Spotkałem się w literaturze ze słowem „peronówka” i wiem, co ono znaczy, ale dopiero w Serbii AD 2009 było mi dane kupić takową. Dowiedziałem się nawet, że z biletem kosztuje 75, natomiast bez biletu 125. Próbowałem zadać pytanie, czy można kupić bilet i wsiąść gdzieś indziej, nie na peronie, bo skoro to warte 75, to ja mogę przy wyjeździe – skoro peronówka płacona jest osobno, a nie w cenie biletu, to rozumiem, że można kupić sam bilet? No i nie rozumiem, nie można i mnie zjebał sprzedający, że on też mnie nie rozumie.

Miejsca siedzące w autobusie były numerowane, ale wydawało się, że dodatkowo komplikuje to życie pasażerom. Typowa starawa pinda zażyczyła sobie zamiany ze mną na miejsca, bo chce siedzieć koło koleżanki. Dobra, mnie obojętne, zamieniłem się. Po chwili pretensje do tego miejsca poczęła zgłaszać inna starawa pinda. Zapewne wyczarowały, że skoro ktoś musi stać, to niech to będę ja, a nie żadna z nich. Gdyby powiedziały normalnie, to pewnie udałoby się dogadać, ale z taką kombinatoryką, to nie przejdzie. Przemówiłem w mym kiepskim ruskim i nakazałem sobie dogadać między sobą, która będzie stała, bo ja na pewno nie. I o dziwo, to zadziałało. Jednak całe to wsiadanie... Chamstwo i hołota. Na usta cisnęło się też inne słowo, które ma taką dziwną właściwość ortograficzną, że jedni piszę je przez h, a inni przez ch. Zwykła sobota, najpopularniejsza trasa w kraju, a walka jak przy ewakuacji Abchazji. Zaś co do samej drogi... Podobnie jak trakt łączący Kraków z Warszawą, ten łączący Belgrad z Nowym Sadem nie należy do kategorii najnowsze autostrady Europy. Dziury, zwężenia, wioski, życie.

Mówili mi, że Nowy Sad to piękne miasto. Może w lecie, w grudniu poszedłem na zamek. Sam nie powala, a ekspozycja... Obsługa była zdziwiona, że ktoś przyszedł, oblewali właśnie chyba imieniny (darli się zza zamkniętych drzwi, więc nie do końca słyszałem). Przeszedłem wszystkie ekspozycje i chciałem zapytać, czy mają patronat Monthy Pythona. Skąd się w środku Serbii wzięło KANADYJSKIE CANOE? I dlaczego uczyniono z niego atrakcję muzeum??? Wiele osób mówiło mi, że to mój błąd, że za dużo czasu spędzam w muzeach. Tu sobie chociaż kartki popisałem w cieple, bo poza tym wrażeń brak. Jednak zawsze pytam: a gdzie go spędzać, skoro nikogo nie znam, a na zewnątrz cholernie pada? Mam na murku siedzieć i liczyć na cudowne przygody? Tu chociaż była szansa, że zaproszą mnie na wódkę. Nie zaprosili, ale udało mi się kupić ładną pocztówkę, wręcz idealną, bo z kotem siedzącym na nowosadzkim moście. Oczywiście, zdjęcie zrobili mu w miesiącach letnich, żaden kot przy zdrowych zmysłach nie siedziałby tam w deszczu i w grudniu. Kot wariat też nie.

Ostatecznie siedziałem na dworcu z menelami, którzy sępili ode mnie papierosy. Zgodziłem się na to, fortuny fajki w Serbii nie kosztują, ale powiedziałem, że jeden strzał = jeden zabity (jeden menel = jeden papieros). Zrobiłem wyjątek: podchodzi pan, schyłkowe stadium życia, widać lata w karierze dworcowej, życzy sobie. Mówię, że już mu przecież dałem raz i że wystarczy.

- Dla mamy!

Śmiałem się jeszcze godzinę później.

Pociąg do Belgradu początkowo nie wyglądał groźnie, trochę młodzieży, nic nie grzało. Kibel był cztery wagony od mojego, a gdy tam wszedłem, zacytowałem słowa Franka Drebina: boże dziękuję, że stworzyłeś mnie mężczyzną. Mogę lać na stojąco. Istnieją pociągi gorsze niż w Polsce, niech PKP zrobi z tego hasło reklamowe, „Zawsze moglibyście być w Serbii!!!”.

Im bliżej stolicy, tym większe było oblężenie osób jadących tam na sobotni wieczór. Panny poprawiały makijaże, mężczyźni w pewnym sensie też, wylali się na peron stołecznego dworca niczym pociągowy kibel i pobiegli się bawić. Miałem to szczęście, że na mnie czekano, więc poszliśmy sobie do dworcowego baru, gdzie po pierwsze mogliśmy sobie rozmawiać, po drugie można było rozpocząć wieczór piwem Jeleń. Potem, ku smutkowi jednych, połowa z nas musiała jechać do domu, a oni wrócili do hostelu, gdzie zastali mało epickie picie. Osią picia stali się Bułgarzy, którzy przybyli do Serbii z misją nawrócenia ludności na jedyny słuszny kierunek życia i picia, czyli ich ojczyznę. Przywieźli dobre kilka butli bułgarskiej rakiji, którą uważali za prawdziwą – serbska miała być ersatzem. Każdemu polewali litrami, żeby tylko usłyszeć, że tak, to jest lepsze. Dodać do tego piwo, kolesia z gitarą, który obiecał wieczną chwałę każdemu, kto zaśpiewa TooLa (dostałem), jakieś kanadyjskie idiotki, które narzekały, że ludzie piją... A bułgarska rakija była dobra, nawet bardzo dobra, chociaż pewnie i Serbowie mieli coś podobnie ładnego w odwodzie. Nie rzucili jednak tego do walki, więc w końcu powiedziałem, że lepsze niż serbskie, zebrałem manaty (takie wielkie zwierzęta) i poszedłem spać.

Z rozmów przy wódce, opowiadam, gdzie byłem i co mi się udało.

- Ile miałeś na to kasy?

- Koło 1500 euro

- Większość za tyle to na dwa tygodnie jeździ.

Kac, zmęczenie, postanowiłem iść na grób Tity. U niego pewnie też bez fajerwerków. Ładnie mu to nazwali, Dom Kwiatów. W grudniu wiadomo, kwiaty umowne, rozwijamy wyobraźnię. Dookoła grobu – muzeum. Lokalny standard, chociaż tu absurd nieco lepszy, bo ku pamięci. Podobno po rozpadzie Jugoszczęścia nikt nie chciał ciała wodza. Próbowali je wcisnąć Chorwatom, bo miał mieszane pochodzenie(?), ale nie udało się, został w Belgradzie. Najlepszą część ekspozycji ku jego pamięci stanowią pały, no buławy chyba po naszemu. W imię miłości do wodza, pisano je z różnych okazji, na urodziny, rocznice, w spontanicznym zrywie społecznym. Zebrały się tego tysiące, z tym przyrządem urządzano biegi przyjaźni, wolności, solidarności, innej bzdury, czym pomagano ludziom organizować czas wolny. Wystawiono tylko najlepsze osiągnięcia, ale odgrażali się, że w magazynach mają jeszcze lepsze. Pozostaje mieć nadzieję, że kłamali.

Spotkałem się z Petrą i poszliśmy na burżujskie ciastka do restauracji koło opery. Buta nadal miałem rozwalonego, siatkę foliową i trzy pary skarpet na nodze, dalej mi było zimno. W lokalu wszystko kosztowało jakieś chore pieniądze, chociaż było dobre, chociaż mnie dziwne jak mnie obsługują kelnerzy z epoki właściwej cesarzowi. Jednak prawdziwe „o kurwa” miałem przy toalecie. Płatna. Materiał do „Nie do kurwa wiary”, 95% lokali w mieście, z czego 100% jest tańsza niż ten, nie pobiera opłat za kibel jak zostaniesz ich klientem. Tu uznano, że jak masz na ciastka i kawę, to masz też na kibel? Chore, witamy w Europie. Tęsknię za Iranem.

Wieczorem poszedłem na Laibacha i Juno Reactor. Trochę mnie to kosztowało, a oglądany po raz piąty Laibach to już nie to samo, co po raz pierwszy. Świetny klub za to, wnętrza z balkonami, jak w teatrze. Juno Reactor... Wokaliście ktoś chyba powiedział, że może być zimno i padać śnieg, więc przywiózł ze sobą gogle. Nie wiem tylko dlaczego w nich występował. Liczyłem, że może wykonują w duecie God is God, ale niestety, Laibach zagrał jak zwykle. Wiele wynagrodziła sala, która wyglądała jak z XIX wieku, chyba nawet mogła być wówczas zbudowana.

Stało się to, czego obawiałem się najbardziej: następnego dnia w Belgradzie spadł śnieg. Początkowo topił się na bieżąco, ale nie pomagało mi to, but rozwalony, wszystko w nim pływa, zimno mi cały czas, trzy pary skarpetek i worek foliowy, cały czas odmrożona noga. Na nowe obuwie mnie nie stać, ba, chwilami zastanawiam się, czy wystarczy na powrót do domu. Moje trasy po Belgradzie zaczęły skupiać się na sklepach, muzeach i wszystkim, co nie wymaga kontaktu z mokrym podłożem. Wiele czasu mi nie zostało, postanowiłem zmienić miejsce pobytu na Sarajewo.

Autobus był opóźniony, bo przez noc spadło jeszcze więcej śniegu. Pojechaliśmy, po drodze oczy wychodziły mi z orbit, cały kraj zawalony na biało, chyba Belgrad trzymał się ostatni. Przypomniała mi się książka „Pocztówki z grobu” Emira Suljagicia, dość często przewija się w niej wątek strasznego zimna. Wiedziałem, że w Sarajewie nie mam się, co spodziewać tropików, ale wierzyłem, że może, może, może jeszcze nie ma tam śniegu. Me myśli zajmowały jeszcze inne problemy. Po pierwsze, muszę wyjechać z Serbii, a po pierwsze pierwsze nie mam pieczątki wjazdowej, a po pierwsze drugie, zapomniałem podbić karteczkę w hostelu, która potwierdzała, że legalnie spędziłem wszystkie noce w tym kraju. Mój drugi problem związany był z toaletą. Kibel w busie był. Był zamknięty. Po ponad czterech godzinach jazdy zatrzymaliśmy się w końcu, za to na ponad czterdzieści minut. Pomniejszy problem związany był z tym, że nie miałem mapy Sarajewa, namiary na jakieś hostele przepisałem z netu, ale też z netu dowiedziałem się, że w kolejnej bałkańskiej stolicy dworzec nie znajduje się w centrum, więc dochodziła jeszcze zabawa w dostanie się tam.

Droga obfitowała w atrakcje, najpierw zerwał się przewód wysokiego napięcia i spadł na nasz autobus, co spowodowało nieprzewidziany postój. Chyba mieliśmy szczęście, że nas nie popieściło, przyszli lokalni, zadzwonili do kogoś w sprawie kabla i pojechaliśmy dalej. Granica, nie powiem, że byłem spokojny. Przyszedł celnik, zanim do mnie dotarł miał pomniejsze „ale” do jednego Bośniaka i większe do drugiego. Na deser mógł zadać mi pytanie, gdzie mam wjazdową do Serbii i czemu mam wjazdową do Kosowa. Uznałem, że to chyba ten moment, kiedy trzeba udawać jeszcze głupszego niż się jest i poprosiłem o wersję angielską. Tej nie miał pod ręką, więc skończyło się na tym, że na pieczątce Kosowa wbił mi czerwony stempel „UNIEWAŻNIONO” i podpisał się. Zatrzymał sobie za to na pamiątkę jednego Bośniaka. Drugi, bardziej wiekowy, się wygadał, ale ten... Na pytanie skąd jest, odpowiedział, że z Belgradu . Na pytanie o adres, powiedział, że nie pamięta, gdzie mieszka. Na pytanie o pracę powiedział, że ma w takim zakładzie, ale jej adresu też nie znał. No nie taki szok, że go zatrzymali, wszystkim godzina życia na granicy została. Ponieważ autobus musiał być wyłączony, zrobiło się zajebiście zimno.

Ma lista zmartwień uległa pewnym przetasowaniom. Odpadł z niej wjazd do Bośni, pojawił się za to punkt: kiedy my tam w końcu będziemy? Życie przygotowało mi kolejną atrakcję.

Drogi w Bośni nie są przesadnie oświetlone, nie są też zbyt szerokie. Służby drogowe zaskoczyła zima, chociaż nie wiem, czy u nich jest wiele osób do zaskakiwania. Jechaliśmy przez krzaki totalne, noc, tak biało od śniegu, że aż jasno. Podziwiałem kierowcę, oczywiście nie jechał za szybko, ale i tak o wiele szybciej niż ja bym jechał osobowym. Nieco dziwnie mi się zrobiło, gdy odniosłem wrażenie, że przeszliśmy w tryb sanie. Popatrzyłem do przodu w ostatniej chwili, żeby zobaczyć jak bardzo szybko zbliżają się czerwone światła jakiejś Yugonostalgii (czyli samochodu wyprodukowanego jeszcze za poprzedniego systemu). Następnie szarpnęło, huknęło, pierdolnąłem się strasznie kolanem w oparcie fotela i się zatrzymaliśmy. „Kurwa” i „ja pierdolę” w wielu językach regionu przetoczyło się przez autobus. Oczywiście wszyscy wybiegliśmy z busa. Większość oglądnąć sobie wypadek, ja najpierw się wysikać, a dopiero potem zobaczyć wypadek. Yugo zmieniło układ karoserii, teraz zrobiło się z niego cabrio, dach zwinął się w harmoszkę i po prostu odpadł. Ze środka wysiadła załamana rodzina, pięć osób ich tam było. Rozpoczęło się czekanie na policję, niecała godzina, i tak byłem w szoku, że tak szybko. Pozwolili kontynuować podróż, nam urwał się tylko zderzak. Jechaliśmy 30km/h, myślałem, że się poryczę z żalu. Patrzyłem, czy nie ma na pokładzie kogoś młodego, albo w klimacie, żeby zagadać, czy może coś pomóc, ale nikogo, sami emeryci i to w stylu wyborców PSL.


Welcome to Sarajevo

O 22:15 dotarliśmy do Sarajewa. Najpierw objechaliśmy dokładnie całe miasto, żeby w końcu dotrzeć do celu. Jak zobaczyłem dworzec Istoczno Sarajewo, to się popłakałem. Po parę osób były rodziny, po mnie jakoś nie... Nikt nie zaoferował podwózki, chociaż stałem jak idiota i błagalnie patrzyłem, czy może ktoś nie pomoże. W końcu zostałem sam, nie miałem ani bośniackiego grosza przy duszy, ani nawet pojęcia, w którą stronę jest miasto. Poczłapałem w stronę jakiejś główniejszej drogi, znalazłem bankomat. Uda się, nie uda się... Udało, mam pieniądze, konto po raz ostatni dało radę. Mam 50 bośniackich marek, nie mam tylko, co z nimi zrobić. Mała dygresja: kurs marki bośniackiej został związany sztywno z euro w stosunku 1,95. Czyli wtedy marka to było niemal dokładnie 2 PLN, więc cenowo jakoś super nie jest, a poza tym pełno drobnych się produkuje, bo wiele cen kończy się pomniejszych jednostkach. Koniec dygresji.

Przez następne dwadzieścia minut stałem przy stacji benzynowej i próbowałem zatrzymać jakikolwiek samochód. Tych zbyt wiele nie było, średnio jeden na pięć minut. Wyświetlacz głosił, że jest minus dziewięć stopni. Plusem było to, że wszystko zamarzło, więc nie chlupotało mi w butach. Minus oczywisty, minus dziewięć. W końcu na stację przyjechała zatankować taksówka, kierowca zgodził się podwieźć mnie do centrum, do jakiekolwiek hostelu. Bałem się, że po takim fachowym ustalaniu trasy, to mi policzy za kurs jak za stosunek. Pojechaliśmy, po drodze pisał smsa, zobaczyłem przypadkiem co i dostałem ataku śmiechu - „jebał te pas”, czyli „jebał cię pies”, takie bałkańskie pozdrowienie, którego jakoś nie zamieszczają w rozmówkach. Popularne są również warianty dotyczące jebania domu i jebania matki. Poza tymi zwrotami wiele więcej nie opanowałem po chorwacku (jeszcze wiem, że gacice to majtki, rakija to rakija, a moje ulubione papierosy to biełyj Ronhill). Na mój atak śmiechu, popatrzył, zrozumiał i powiedział: ja tylko koledze piszę, że jebał go pies. Ostatecznie zapłaciłem pięć marek, czyli malutko, a wysadził mnie w najlepszym miejscu miasta. W Sarajewie jakoś jeszcze nie popierdoliło ich z konkurencją i istnieje punkt, który jest czynny całą dobę. Koordynuje on noclegi i rozdziela ich na kwatery. Cena za dormitorium 10 euro, dostaje się adres w centrum, prowadzą pod drzwi. Dzięki nim nie wybiła jeszcze północ, gdy siedziałem z grupą turystów i piłem wino. Skład nie był zły, Szwajcar, który nienawidzi swego kraju i sam zaczyna mówić o nazistowskim złocie w ich bankach. Malaj, który jeździ po Europie, gdzie mu sytuacja wizowa pozwala (np. nie do Serbii). Brazylijczyk, Polka, dwie Francuzki. Dwa kursy po wino robiłem, szybki przegląd cen: litr wina 3,5 marki, najlepsze papierosy świata, czyli Ronhill lights 2,5 marki. Da się żyć. Jednak najważniejsze było co innego: w hostelu było ciepło, ciepło, ciepło, a nawet gorąco. Siedzieliśmy w podkoszulkach, piliśmy wino, palili hurtowe ilości papierosów i gadali o wszystkim. Jak zwykle w takich plebiscytach, Francuzki nie wypadły na najmądrzejsze w grupie, jedna deklarowała się jako wielka fanka sagi 'Twilight' – zaznaczam, że była dorosła. Druga dobrze udawała zwierzęta, poza tym nic ciekawego. Jedna z nich miała całkiem fajny pomysł, żebyśmy się wszyscy rozebrali. Malaj-Azriq był dumny, bo tego dnia znalazł minę. Poszedł z drugim kolesiem na wycieczkę na cmentarz i pobliskie wzgórza, odbili nieco w las, bo coś im się wydawało, szli przez kopny śnieg, gdy zahaczył o jakiś drut i pociągnął. Po chwili zorientował się, co to jest i przypomniał sobie gdzie jest. Pił, bo cieszył się, że żyje. Z pomysłu rozebrania się nic nie wyszło i koło 4 rano poszliśmy spać.

Koło 10 rano spotkałem się z pierwszym od ponad doby jedzeniem. Potem owinąłem się wszystkim, co miałem, w tym stopy workiem foliowym i poszedłem zwiedzać miasto. Starałem się tak dobierać trasę, żeby przynajmniej raz na godzinę być w miejscu z ogrzewaniem. Wiele to nie pomagało, nogi miałem ciągle odmrożone, a chwilami (np. stojąc w kiblu w toalecie galerii handlowej) nachodziły mnie przemyślenia: czy ja naprawdę chcę się dalej w to bawić? Niemniej, wiedząc, co czeka na mnie w domu, stwierdzałem, że lepsze coś takiego niż gapienie się w dobrze znany sufit. Zahaczyłem o parę biur turystycznych, wydawało się, że wycieczka na lotnisko tunelem, którym ludzie uciekali z miasta jest fajna, ale kosztowała kilkanaście euro. Dramatycznie nie było mnie stać na za wiele, więc chodziłem po darmowych atrakcjach, kościoły, cerkwie, meczety. Sarajewo ma to szczęście-nieszczęście, że jest chyba najbardziej wieloreligijnym miastem Europy, nie jest problemem stanąć sobie tak, żeby widzieć jednocześnie symbole wszystkich wyżej wymienionych religii. I to nie tak, że jest punkt widokowy „wrażliwy kulturoznawco, popatrz sobie”, tylko takich miejsc można znaleźć kilka i nikt nie robi z nich wielkiego dzwonu. Skierowałem się na cmentarz na stokach wzgórza, biało i smutno jak szlag, niemal wszystkie daty śmierci z czasów wojny.

W 1984 roku Sarajewo gościło zimową olimpiadę. Wyszło w porządku, ale ironia historii sprawiła, że w niecałą dekadę później stoki, które służyły konkurencjom sportowym, przydały się do prowadzenia ostrzału miasta. Miasto ma tego pecha, że znajduje się w dolinie, idealnie do siedzenia na wzgórzach i strzelania w ludzi i budynki. W ciągu pierwszych dziesięciu miesięcy oblężenia na Sarajewo spadło 800000 pocisków, czyli średnio 2500 dziennie.

Ma też pecha innego rodzaju, utrzymuje muzeum zimowych igrzysk olimpijskich, w sumie nie wiadomo po co. Gdy tam w końcu dotarłem, obsługa niemal zemdlała. Była jakaś 15, musieli dla mnie wszystko otworzyć i włączyć światła. Na szczęście ogrzewanie mieli włączone wcześniej, więc spędziłem tam ponad godzinę, chwilami udając, że naprawdę bardzo interesuje mnie zdjęcie radzieckiej ekipy biatlonowej, a nie grzanie się. Gdy koło 17 wracałem do hostelu, zobaczyłem idealną kwintesencję Sarajewa: grupa wiekowych mężczyzn, wielu w wojskowych kurtkach, grzało sobie ręce przy wiecznym ogniu upamiętniającym zabitych podczas walk w Bośni. W ten sposób martwi oddawali przysługę żywym, którzy nikogo specjalnie nie interesują. Zabici mają nad nimi tę przewagę, że niczego nie powiedzą, ani nie będą nic chcieli. Inny obrazek, który pozwalał przypomnieć sobie o niedawnych eventach w regionie, to dość duża ilość dzieci żebrzących na ulicach. W sumie liczyłem i wychodziło mi, że skoro mamy grudzień 2009 to siedmiolatków nie należy traktować jako dzieci wojny, ale pewnie los większości z nich jest z nią związany. Dla Polaka oczywiste przecież jest to, że dziecko pochodzące z gwałtu usunięte zostać nie może.

Następnego dnia postanowiłem jechać do Mostaru. Współlokatorzy ostrzegali mnie, że dwa dni wcześniej wysadzili ich z pociągu z powodu śniegu i kazali iść łapać autobus, ale jednak, zdecydowałem się na kolej. Na dworcu byłem o 7, siatka połączeń kolejowych sprawiała, że nie miałem wielkiego wyboru. Bośniackie koleje okazały się całkiem niezłe, było ogrzewanie, wygodne miejsca, mili konduktorzy, do tego wszystko punktualnie. Droga jest bardzo ładna, i to zapewne, że o każdej porze roku. Po przybyciu do Mostaru pognałem zwiedzić główną atrakcję, most, który radośnie ostrzeliwano w czasie niedawnych działań zbrojnych. Bośnia naprawdę nie miała szczęście jeżeli chodzi o budowanie, wszystko w dolinach, tylko ustawić moździerze i strzelać. Oprócz mostu jest jeszcze stare miasto (jedna uliczka), od biedy można dołożyć dom biskupa i kościół, ale jedne i drugie fatalne. Poza tym trochę standardowych ostrzelanych domów bałkańskich, jeżeli ktoś zna region to nic nowego. Po może godzinie zaliczyłem wszystkie atrakcje miasta. W lecie pewnie całkiem przyjemnie się po tym łazi bez celu, czy pije piwo w ogródku, ale w grudniu niekoniecznie. Na szczęście śnieg jeszcze nie dotarł do Mostaru, ale popołudniu zaczął padać najpierw deszcz, a potem śnieg, więc znowu mogłem zacząć się zastanawiać nad każdym stawianym krokiem, żeby wlać sobie do butów nieco mniej niż więcej. Skończyłem siedząc na poczcie i pisząc kolejne kartki. Trochę opadła magia tej czynności, była to już dziesiąta z serii. Trudno być tak wiele czasu przesadnie mądrym, więc nie byłem, trochę pomógł mi ładny znaczek z kotem. Co ciekawe, gdy kupiłem pierwsze dwa znaczki to kosztowały one zgodnie z wybita ceną, jedną markę. Na poczcie było całkiem ciepło, więc spędziłem dobrą godzinę na pisaniu treści miłosnych, które miały na takowe nie wyglądać. W tym czasie zmieniła się obsada okienka, a ja postanowiłem napisać jeszcze do kogoś. Znaczki w Bośni cholernie drożeją, bo nagle kosztowały 1,5 marki. Dokładnie te same oczywiście, dobrze, że z kotem. Po kilkunastu minutach nowa panienka z okienka pocztowego uznała, że wystarczy mi już tego siedzenia w cieple i otworzyła drzwi na oścież. Sama oczywiście siedziała w zamkniętym boksie z piecykiem, ale szybko się mnie nie pozbyła – pieniędzy na czekanie w knajpie nie miałem, pociąg odjeżdżał dość późno, więc naprawdę ją wyczekałem zanim udałem się na dworzec. Oczywiście, po drodze zaczął padać śnieg z deszczem, dotarłem cały mokry, z naciskiem na rozwalonego buta. W poczekalni panowała totalna depresja podsycana zimnem. Poza mną nie było nikogo, no parę osób obsługi. Z małym opóźnieniem, udało się powrócić do Sarajewa we względnie cywilizowanych warunkach. Pierwszy i do tej pory ostatni raz suszyłem sobie skarpetki w pociągu. Na szczęście, byłem sam w wagonie-przedziale.

Chciałem jechać do hostelu tramwajem, bilety drogie, ale nie będę szedł jakiejś godziny w śniegu kopnym, żeby oszczędzić markę z kawałkiem. Według rozkładu, następny tramwaj miał być już za 34 minuty. Rozmowa dwóch kobiet na przystanku („Ciekawe, czy ten też nie przyjedzie jak dwa poprzednie”) sprawiły, że jednak zdecydowałem się na spacer. To był koszmar, zapadałem się w śniegu prawie po kolana, co jakiś czas dla odmiany wpadałem w poślizg. Śnieg miałem go wszędzie, do tego oczywiście dalej padało i wiało mi centralnie w pysk (czemu niemal zawsze wieje centralnie w pysk??? Całe życie tak...). Ilekroć widziałem jakiś sklep, wchodziłem udając, że chcę coś kupić i grzałem się parę chwil. Po dziesięciu minutach spaceru nie czułem już prawej nogi, totalnie odmrożona. Zacząłem bać się, czy sobie nie zrobię jakiejś trwalszej krzywdy tymi spacerami niemal na boso. Po drodze widziałem dwie stłuczki, zakopaną w śniegu policję, która próbowała dotrzeć do miejsca wypadku, do tego pełno aut, które bezskutecznie chciały ruszyć. Ludzie, przecież u was taka zima to standard, nie opracowaliście żadnych rozwiązań na tę ewentualność, że w grudniu będzie śnieg? Wiecie, rozumiecie, służby drogowe, facet z szuflą, dozorca posypujący krawężnik piaskiem, takie tam.

Doczłapałem do hostelu, żeby zastać zamknięte drzwi. Prawie się popłakałem, myśl o szukaniu kogoś z kluczem oznaczała dalsze człapanie i ślizganie. Nie, tylko nie to. Na szczęście, w końcu drzwi się otworzyły, za nimi stał Malaj-Azriq w samych jeansach. Podziękowałem za wpuszczenie i rozpocząłem skomplikowany proces demontażu moich onuc, bluz i koszulek, kiedy uderzył do mnie w te słowa.

- Przepraszam cię bardzo, ale mam pewną krępującą wiadomość, którą muszę ci przekazać...

Moje myśli powędrowały ku najgorszemu. Kurwa, ogrzewanie nie działa. Odłączyli wodę. Kibel wywalił i cała łazienka jest w gównie. Wybili nam okno w sypialni. Ktoś mi narzygał na łóżko Pierdolnęli nam wszystkie rzeczy. Dawaj tego newsa.

- Jestem w trakcie współżycia z Francuzką...

A ja już się bałem, że to coś poważnego. Pomocy potrzebujesz? Nie? Współżyj zdrów.

Od lat najmłodszych miałem koty. Nie jestem nawet w stanie wymienić, ile ich przewinęło się przez mój dom, ale dziesiątki. Kilka razy widziałem i słyszałem kopulujące kotki. Francuzka chyba też, bo darła się niczym kotka. Pewną ciekawostką tego hostelu była dość dobra akustyka. Siedziałem piętro pod nimi, ale dane mi było wszystkiego wysłuchać. Potem wspólnie, zaspokojony Malaj i ukontentowana Francuzka, piliśmy wino niemal do rana. Spełniałem mą ulubioną rolę, encyklopedii geograficzno-politycznej. W okolicy któregoś litra wina, ustaliliśmy, że Azriq mnie odwiedzi w następnym roku.

Rano postanowiłem jechać do ostatniego punktu programu – Zagrzebia. Rozważałem wizytę w Srebrenicy, chociaż wszyscy mówią, że tam nic nie ma. To mi nie przeszkadzało, chciałem się przejść po tej uroczej okolicy, niegdyś strefie bezpieczeństwa. Bawią mnie panele dyskusyjne w stylu: czy Holocaust byłby dzisiaj możliwy? Nie, gdzie tam, ludzie już przecież są cywilizowani, to niemożliwe. Poza tym jest tyle organizacji, które by na to nie pozwoliły... Jest taka edukacyjna książka „Pocztówki z grobu”___???, gdzie autor spisał jak uroczo wtedy było. Mnie szczególnie urzekli żołnierzy kontyngentów międzynarodowych, którzy wykorzystywali swoją pozycję i nakłaniali kobiety do współżycia w zamian za papierosy. Koniecznie należy im dać medale i wcześniejsze emerytury. Oczywiście najbardziej Holendrom, którzy wysłali na śmierć jakieś siedem tysięcy osób. Dowód na to jak bardzo dobrze przygotowano się do operacji w tamtym regionie, jak wiele mądrych decyzji podjęto. Bawią też kolejne propozycje, który miały pomóc w uregulowaniu sytuacji w regionie – dwa razy 96% przeciw. Dodać do tego między sto a dwieście tysięcy ofiar i Europa już była gotowa, żeby wejść w XXI wiek. Powinni tam zabierać w ramach wycieczek edukacyjnych, bo bardzo rzadko odnoszę wrażenie, ze ludzie wiedzą o co chodziło w tym całym cyrku. Jednak Srebrenica jakoś nie stała się tak popularną destynacją jak Makarska Riwiera, wycieczek nie ma, samemu dostać się tam nie jest łatwo, więc odpuściłem na rzecz stolicy Chorwacji.

Bilet kolejowy do Zagrzebia kosztował srogo, 52,60, czyli jakieś 26 euro. Za osiem godzin w pociągu o standardzie PKP to trochę dużo. W przedziale nie było ogrzewania, ale byli za to Serbowie, nacjonaliści, zakutani w szaliki z jedyną słuszną opcją. Grali muzykę z komórki, myślałem, że ocipieję. Próbuję czytać 'Moby Dicka' w oryginale, nie bardzo mi idzie, bardzo wielu słów nie rozumiem, próbuję się skoncentrować, a tu mi napierdala z komórkowego głośnika pieśń o wielkiej Serbii. Była z nimi dziewczynka, gdy na nią popatrzyłem, to pomyślałem sobie, że w razie procesów w Hadze, Serbowie mogą przyjąć linię obrony: wysoki trybunale, gdy zobaczyliśmy Bośniaczki, to nie mogliśmy się powstrzymać, zaczęliśmy gwałcić. Niech trybunał popatrzy na nasze kobiety, to zrozumie, co nami kierowało!

Oczywiście nie mieli biletów, ale gdy przyszedł konduktor to dali mu jakieś drobne i pozwolił im jechać dalej. Idiota, na chuj ten bilet kupiłem... Zachęceni sukcesem korupcyjnym, poczęstowali cały przedział fajkami Drina. Mimo zakazu palenia wszyscy zapaliliśmy, zrobiło się nieco cieplej.

Gdy Serbowie wysiedli, zastąpili ich menele. Cuchnęli, ich to nawet o drobne kanar nie pytał. Siedzieliśmy w koszmarnym ścisku i zimnie. Jednak menele poszły sobie dość szybko, zastąpiły ich matki z dziećmi. Czy ja jestem w jakiejś ukrytej kamerze? Może jeszcze ktoś z dobermanem przyjdzie?

Potem było lepiej, wyłączyli światło. Szybko oddali, ale przez cały czas podróży umykała im kwestia ogrzewania. Ja pierdolę, tyle pieniędzy za takie warunki? Ludzie, ogarnijcie się! Chuj mi do ławki przymarza, panie premierze, jak żyć?

W żółwim tempie docieraliśmy do granicy chorwackiej, większość matron sobie poszła. Pani sprzątająca przyszła, zrobiła, co do niej należy i zarzuciła szarmancko:

- O, tu nie ma ogrzewania. Może sobie idź do następnego wagonu tam działa.

Nie ma takich słów, które mogą wyrazić co poczułem, gdy dowiedziałem się, że tyle czasu siedziałem w lodowni na własne życzenie. Znaczy takie miałem miejsce na bilecie, ale to akurat nikogo nie obchodziło. Poszedłem do ciepła, z jednej strony przeklinając los okrutny za te godziny zimnicy, z drugiej błogosławiąc go za wagon, w którym ogrzewanie działa.

Tam był jeszcze tylko jeden bonus do ukrytej kamery. Pani opowiadająca o swoich chorobach. Gdy spytała mnie, czy mi coś dolega, zapomniałem języki słowiańskie i odwaliłem po angielsku, że nie rozumiem. Wystarczyło.

W Zagrzebiu czekała na mnie bardzo dobra koleżanka mej matki i w sumie już całkiem dobra moja znajoma. Nie ma się specjalnego wyboru jeżeli jest się potomkiem literaturoznawczyni chorwackiej, uwielbiam ten kraj. Kiedyś spytano mnie, ile razy tam byłem. Wtedy to było ponad dziesięć razy, powoli dobijam do dwudziestki. Zagrzeb w miarę ogarniam, więc nie rzuciłem się zwiedzać. Pierwszego dnia pobytu nawet chciałem jechać do miasta, ale tramwaje nie jeździły, więc w efekcie spędziłem ponad dwie godziny gapiąc się na tory. W pamięć zapadł mi menel, który prosił o papierosa. Miałem kilo fajek z Bośni, połowa ceny chorwackiej, więc dałem. W zamian dostałem dwie kuny, czyli jakąś złotówkę. Na moje, że nie trzeba, że po pierwsze wiem jak to jest, gdy chce się palić, a nie ma, a po drugie, że to o wiele za dużo za papierosa, odparł, że mam wziąć. Potem poszedł i upadł na tory. O dziwo, zatrzymała się karetka i chcieli go wziąć do szpitala, ale odmówił. Wieczór spędziłem nie robiąc nic, patrzyłem się tępo w telewizor i kreśliłem Sudoku. Misja zakończona. Z nawiązką, o której nie marzyłem, gdy ponad dwa miesiące wcześniej wychodziłem z domu z plecakiem.

Ostatnie słowa, które zapisałem w raporcie tej podróży to „jebłem się pod Mestroviciem”. Mestrovic to rzeźbiarz chorwacki, którego muzeum jest w Zagrzebiu. Jest to całkiem fajne muzeum z bardzo miłą obsługą. Blisko od zagrzebskiej katedry, którą uwielbiam, dla mnie najpiękniejszy obiekt religijny na Bałkanach. W muzeum znalazłem kartkę, która mi się podobała. Spędziłem cały wieczór na pisaniu jej. Najpierw wersja robocza na brudno, potem na czysto na brudno, potem na kartce. Była to jedenasta pocztówka, którą odprawiłem w stronę mej wymarzonej Małgorzaty. Siedząc w zagrzebskim mieszkaniu, zacząłem powoli rozumieć: następną noc spędzę w domu, w Krakowie. Nie będę już skąd miał wysłać kartki. Przez tych wiele chujowych momentów tułania się po Bliskim Wschodzie i Bałkanach, cieszyłem się na wizję spotkania z Małgorzatą. Zawsze jednak było o tysiące kilometrów, teraz nagle się przybliżyło. Wyklinałem sobie, że nie udało mi się oszczędzić nieco więcej i jechać do Pakistanu, czy Turkmenistanu, miałbym o kartkę więcej. W końcu w nocy poszedłem wrzucić ostatnią z mych wysyłek, z nadzieją, że w Chorwacji ktoś sprawdza skrzynki na osiedlach. Doszła, całkiem szybko.

Następnego dnia rano pojechaliśmy w stronę Krakowa. Samochodem, kierowcą był Zoran – pół Polak, pół Chorwat, przy którym słowo pisane wysiada. Ironia, okrutne poczucie humoru, wulgarność i seksizm wylewały się z niego przez większość podróży. Do dzisiaj zawdzięczam mu mówienie „jebiem” w trudnych sytuacjach życiowych. Gdy dowiedział się, że będę szukał pracy, spytał, czy nie chciałbym zabić jego żony. Zaśmiałem się, on nie. Najbardziej jednak rozbawił mnie jego komentarz; w Chorwacji trwała kampania prezydencka. Jednym z kandydatów był Milan? Bandić. Były burmistrz Zagrzebia, uwalany gównem po szyję, a niektórzy mówią, że i po uszy. Jego hasło wyborcze głosiło „Jest tylko jeden Milan Bandić”. Oblepili tym cały kraj, zwłaszcza w Zagrzebiu chyba nie dało się być dalej niż 100 metrów od lica Milana Bandicia. Gdzieś pod miastem czekaliśmy na zmianę świateł przy wielkim billboardzie. Zoran spojrzał tępo w górę, zobaczył hasło głoszące wyjątkowość Bandicia, po czym jęknął: i dzięki bogu! Zupełnie niezrozumiałe, że człowiek, który w latach 80-tych należał do Związku Komunistów Chorwacji, a potem utrzymał się na powierzchni aż do zostania burmistrzem Zagrzebia wzbudzał niechęć mego kierowcy. Chyba nie przez wypadek spowodowany pod wpływem alkoholu, a potem próby przekupienia policjanta, który całą sprawę nagłośnił (I NIE WZIĄŁ PIENIĘDZY – to jednak Chorwacja, nie Polska). Co ciekawe, kilka lat później powrócił na stanowisko burmistrza stolicy, gdzie trwał ponad kadencję. Wobec jego rządów niepokojąco często pojawia się słowo korupcja. Pierwsza tura wyborów w roku 2009 przypadała na 27 grudnia, więc nie dziwne, że na tydzień przed całe miasto nosiło poważne znaki kampanii kandydatów. Taki znak najlepszego systemu zarządzania ludzi, że wydaje się fortuny, żeby pokazać ich ryje całemu elektoratowi. No i jednak nigdy nie wiadomo, kto wygra, sondaże jedno, życie drugie.

Zoran jechał jak wariat, samobójca grupowy, czyli jak Chorwat. W niecałe dziesięć godzin dowiózł nas do Krakowa. Droga przebiegała przyjemnie i bezboleśnie, jednak po wjeździe ze Słowacji do Polski strasznie rąbnęliśmy w dziurę. To było jakieś dwadzieścia metrów od dawnej granicy.

- O, od razu wiadomo, do którego kraju Unii wjechaliśmy – jęknął kierowca.

Uparł się nawet zmarnować z pół godziny i zawieźć mnie pod dom. Nie wziął nic za paliwo, chociaż chciałem mu coś dać. Potem zdałem sobie sprawę, że wszystkiego zostało mi jakieś siedem euro i trochę drobnych w walutach odwiedzonych krajów.

Wszedłem do domu z całym moim domem ostatnich miesięcy na plecach. Przywitałem się, wręczyłem skromne prezenty, umyłem, przebrałem, włączyłem muzykę z głośników, a nie słuchawek. Internet jakoś przestał mi być potrzebny. Położyłem się na łóżku i wyciągnąłem. Po jakichś dziesięciu minutach zadałem sobie pytanie:

- Dobra, nocleg jest, ale gdzie tu będzie jakiś monopolowy?

Odpowiedź szybko mnie dopadła. Koniec z życiem. Wróciłem do rzeczywistości.


Gdy zaczynałem to pisać, chciałem, żeby było to o chłopie, który mimo niesprzyjających warunków fizycznych, wypisał sobie dziewczynę swoich marzeń kartkami z końca świata. Po powrocie okazało się, że nie do końca zadziałało. Nasz bohater pogrążył się w żałobie, pił.

Kilka dni później okazało się, że jednak napisał dobre pocztówki. Wzorem tytułowego bohatera swojej ulubionej książki, znalazł Małgorzatę.

Gdy wyjeżdżałem z domu, myślałem, że zwiedzę tylko Liban, Syrię i Jordanię, a potem złapię jakiś samolot do domu, ewentualnie przeciągnę się autobusami. Dzięki życzliwości wielu osób, w tym mego wuja, który dał mi 3000 PLN bezzwrotnej pożyczki abym mógł wjechać do Iranu, a także Michała, Renaty i Petry, udało mi się spędzić w trasie ponad dwa miesiące. Odwiedziłem jedenaście krajów, większość po raz pierwszy, nawet nie jestem w stanie policzyć, ile kilometrów w sumie zrobiłem. Spałem w 22 łóżkach i podobnej chyba liczbie nie-łóżek. Środków transportu było pełno, enigmatycznie: kilkadziesiąt. Dobre ponad 10% budżetu wydałem na wizy – zwłaszcza irańską, ale również Syria i Turcja przejechały mnie po kieszeni. Im więcej czasu mija od wycieczki, tym bardziej widzę jak niesamowite szczęście miałem, że udało mi się wjechać do wielu z odwiedzanych krajów – zarówno Syria, jak i Iran raczej teraz nikogo nie wpuszczą, podobnie i przedarcie się z Kosova do Serbii jest obecnie jeszcze trudniejsze niż wtedy. Rok 2009 był najlepszym w moim życiu, do dzisiaj boję się, że już lepszego nie będzie. 168 dni spędziłem w podróży. Z tej została mi:

- miłość do Iranu i Libanu

- wielka sympatia do Macedonii i Albanii

- wspomnienie Indiany na żywo, czyli Petra

- obraz najpiękniejszego meczetu jaki w życiu widziałem, czyli Esfahan

- ogólna sympatia do Muzułmanów. Ilekroć jakiś idiota komentuje zagrożenie Europy poprzez Islam, mówię, że ja się nie boję. Lubię Muzułmanów, z radością przywitam ich jako sąsiadów. Odnosiłem wrażenie, że odsetek uczciwych ludzi jest pośród nich większy niż wśród katolików.

- cała ta wycieczka była dość edukacyjna, także na dłuższą metę. Do dzisiaj staram się czytać o odwiedzonych krajach, oglądać ichnie filmy, a czasem nawet przeczytać coś z ich literatury. Pamiętam też, że zainteresowanie Iranem wyszło od Marjane Satrapi i Shirin Ebadi. Kilka osób nawróciłem, chociaż raczej nie do tego stopnia, żeby się tam wybierały.

- uwielbiam Shajariana. Czasem też zastanawiam się, co dzieje się u mojego irańskiego przyjaciela, którego ostatnio widziałem, gdy jechał do obozu uchodźców i którego pewnie już nigdy nie spotkam.


Minęły niemal dwa lata od powrotu do domu. Z rzeczy nieco związanych z tematem: prawa noga do dzisiaj czasem przypomina mi o spacerach w kopnym śniegu. Nie jest to dramat na miarę Mickiewicza, ale czasem dopadają mnie skurcze mięśni, których wcześniej nie miałem.


Odwiedziny Azriqa były kiepskie. Głównie siedział w pokoju i nic nie robił, czasem wychodził po ryż, a potem go gotował. Magiczne chwile z winem do rana nie powróciły, widocznie to działa tylko w Bośni. Ostatecznie po pięciu dniach niemal siłą wsadziłem go do pociągu do Warszawy. Dziękował mi potem wylewnie za gościnę, ale coś się popsuło, albo z nim, albo ze mną.


Z Małgorzatą życia spędziłem nieco ponad półtora roku.


Gdy patrzę na moje zdjęcia ze stycznia 2009 i z grudnia 2009, widzę parę różnic we własnym ryju. Więcej niż zazwyczaj zmienia się przez rok.


Milan Bandić nie został prezydentem Chorwacji, chociaż wszedł do drugiej tury. Przegrał w niej 60-40 z Ivo Josipovicem.


Poznany na pograniczu Turcji i Iranu Teru, a także Małgorzata, powrócą w tomie „Korea i Japonia”.


Ja powrócę w tomie „Birma”.

juriusz 2011-12-09||| 19:44:06

skomentuj (1)


Before the rain

Time never dies.

The circle is never round.

With a shriek birds flee across the black sky,

people are silent, my blood aches from waiting”

Mesa Selimovic.


Informacja turystyczna kłamała, nie otworzyła się o 7. Gdzieś indziej zapytałem o hostel, nadali mi azymut, po wyjściu z dworca okazało się, że pomyśleli i jest trochę strzałek na przybytek. Podołałem, ogarnąłem się, dospałem i już o 11:30 ruszyłem w miasto.

Skopje nie słynie z licznych turystycznych atrakcji. Z każdą spędzoną tam minutą łatwiej zrozumieć powody tego stanu rzeczy, niemniej łazi się po tym fajnie. Trudno byłoby mi powiedzieć dlaczego, ale wielka różnica wobec Turcji, niemal jak w domu. W muzeum miasta zamiast standardowej ekspozycji mieli wystawę Power vs. Poverty. Wspaniała sprawa, zderzenie tych dwóch „problemów” - ryje polityków i duchownych z jednej strony, ludzie z tzw. marginesu, umierający z głodu z drugiej. Właściwie zero dosłowności, pełno symboliki, genialny w swej prostocie przekaz. Zastanawia mnie tylko, dlaczego wystawa nie dotarła do Polski (albo o czymś nie wiem), bo prace rodaków były. Nie chciano psuć humoru naszym zarobasom? Spokojnie, oni i tak do galerii chodzą tylko, żeby skorzystać z kibla, naprawdę można to było pokazać, bo ogólny poziom prac super. Tuż obok powiew historii i kuriozum: w 1963 roku Skopje nawiedziło trzęsienie ziemi. Ku pamięci tego wydarzenia zostawiono budynek dworca z zegarem, który zatrzymał się o godzinie, gdy zdarzenie miało miejsce. Ma dość depresyjny klimat, na ścianie przybity cytat z Tity o tym, że właściwie to dobrze, że było trzęsienie, bo pozwoli im to na wykazanie solidarności Jugolandu, jak też ich niesamowitych zdolności odbudowania się. Od razu musiało im się zrobić lepiej.

Obok tego biuro ma pan, który marzy o powrocie dawnej Jugosławii, najlepiej pod światłym przywództwem Tity. Plakaty, zdjęcia, flagi, wystawka cała w oknie. Miło zobaczyć, że nie tylko u nas trafiają się takie barany.

Wieczorem poszedłem z zapoznanym w hostelu Francuzem na podbój miasta. Życie nocne w Skopje jakoś nie zabija, skończyliśmy w Irish Pubie obok zamkniętego kina. Co popiliśmy, to nasze, ale nie udało się znaleźć miejsca, gdzie elektro rozkurwiałoby sufity. Gdy zaczął nam przygrywać lokalny zespół zafascynowany światowymi standardami, który cechowało szczególne zacięcie do Santany i Born To Be Wild, postanowiliśmy określić wieczór mianem porażki i iść spać. Nie hamowałem się jeżeli chodzi o tę rozrywkę, jedenaście godzin, zemsta za pojebaną granicę z nocy.

12 euro za nocleg to nie jest mało w świecie mego budżetu, ale w Art Hostel mieli na tyle przyzwoitości, żeby w tej cenie dać wielkie śniadanie w formie szwedzkiego stołu. Dla mnie oznacza to brak koszmaru spod znaku no meat, dla wszystkich nażarcie się do i poza granice przyzwoitości.

Po dniu miałem poczucie wyeksploatowania atrakcji stolicy tego pięknego kraju, więc spokojnie zbierałem się do życia. Skończyłem łażąc z Francuzem po obrzeżach centrum. W końcu on pojechał do Belgradu, ja nad główną atrakcję turystyczną, jezioro Ochryd. Info przewodnikowe: są dwie drogi, przez Bitolę i Kicevo – pierwsza wygodniejsza, druga bardziej widokowa. Mój bus zdecydował się jechać ładniejszą, mimo tego serce nie zostało w Kicevie.

W lecie można znaleźć milion kwater nad Ochrydem, co przy populacji niewiele ponad 55 tysięcy mieszkańców może wydawać się dziwne, ale spokojnie, oni potrafią. Niestety w grudniu ich ogień do wyłapywania turystów jest nieco mniejszy, więc o ile nie zraził mnie brak bałkańskich babć łapiących turystów przy autobusie, o tyle bezskuteczne dzwonienie do drzwi hostelu złamało mi morale. Na szczęście dopadła mnie starsza pani, w łamanym niemiecko-ruskim ustaliliśmy, że wynajmie mi siedzibę za 10 euro.

Metrażowo zrobiłem interes życia: wielkie piętro, dobrze ponad 100 metrów tylko dla mnie. Łazienka w stanie surowym, ale ciepła woda, więc też dobrze. Do tego telewizor, kilkanaście łóżek do wyboru, no bajka. A nie, jeden drobiazg przydatny w grudniu: ogrzewanie. Tego nie było. Wiem, że takie są odwieczne prawa natury, że w zimie jest zimno, tylko ja nie potrzebuję odkrywać tego na sobie. Jednak uznałem, że stosunek ceny i lokacji do metrażu wynagradza pewne niedogodności termalne.

Po pięciu minutach poszedłem kupić flaszkę i piwa. W Macedonii mają dość ciekawy system, im dłużej sklep sprzedaje alkohol, tym droższy ww. sprzęt jest, ergo tym więcej za niego płacimy (musiałem to podkreślić). Standardowe ceny kończą się o 19, chyba z chuja ktoś spadł. Wiadomo, co kraj, to obyczaj, jeszcze niedawno widziałem taki obyczaj, że w ogóle nie mieli, ale nie wygłupiajmy się, Bałkany w końcu! Nie miałem nastroju na kombinacje, kupiłem solidne ilości wina i piwa, do tego miałem whisky. Zasiadłem w mojej siedzibie, odpaliłem laptopa i pisałem – opowiadania, kartki i maile. Im dalej zagłębiałem się w realia alkoholu wysokoprocentowego, tym mniej irytował mnie brak grzejnika. Ostatecznie, siedziałem na balkonie, paliłem pety, popijałem whisky z colą, śpiewałem Cohena, pisałem pocztówki i obserwowałem sąsiedztwo. Akurat kilkadziesiąt metrów od mej siedziby była dyskoteka Napoleon. Raczej nie Napoleona tam pili, a i muzyka nie z czasów Bonapartego dobiegała ze środka (kto w 2009 roku rozkręca imprezę na Coco Jambo??? „Twój przyjaciel wziął udział w quizie, 'którą częścią Coco Jambo jesteś?' i uzyskał wynik AYAYAYAYAYAY!”) , ale widziałem, że młodzież wychodząca co jakiś czas na zewnątrz ma pewien potencjał. Koło 23 byli już chyba nieźle zrobieni, zaczęli się obrzucać petardami, huk był pieroński. Szło im nieźle aż do 3 nad ranem, kiedy to przybytek się zamknął. Moja whisky też mówiła, że to już koniec wieczoru, a chociaż whisky to nie Napoleon, to wiedziałem, że obojga ich nie przegadam.

Następnego dnia miałem do załatwienia parę spraw administracyjnych. Najważniejsze było kupno kartki pocztowej, w końcu miałem trzymać się planu jeden kraj – jedna kartka. Kupić jedno, napisać drugie, chyba z osiem godzin chodziłem i notowałem swoje pomysły na kolejny odcinek serialu „Najlepsza kartka świata”, który oczywiście wychodził tym gorzej, im bardziej się starałem. Po drodze zobaczyłem sobie korzenie kultury okolicy (Cerkiew Św. Zofii i rzymskie ruiny), dotleniłem serce, umysł i kaca po whisky lasami Macedonii. Z jednej strony, było mi bardzo przyjemnie, z drugiej wiedziałem, że siedzenie nad Ochrydem w grudniu wiele ciekawostek nie przyniesie, okolica niemal wymarła, tylko w jednym z nielicznych lokali cieszyli się, że do nich wracam. Była to pizzeria, a wracałem, bo mieli dobre łącze i dawali Ligę Mistrzów. Drugie normalnie obchodzi mnie mniej więcej wała, ale jak już tu jestem i nie mam nic lepszego do roboty... Przy okazji odkryłem nowy sposób na katowanie reklamami, nie wiem jakim cudem nie ma tego jeszcze w innych krajach: co 10 minut meczu ekran dzielił się na pół, z lewej strony leciał mecz bez dźwięku, z prawej reklamy z dźwiękiem. Wrażenie jedyne, Chelsea z Manchesterem, niezły mecz, sytuacja podbramkowa, wytężam wzrok, co też się dzieje, a przygrywa mi do tego śpiew, że dłuższe życie każdej pralki to Calgon. Na pewno działa też z filmami! Żyję w strachu, bo to pewnie dotrze i do Polski, ale u nas zrobią podział ekranu na 20% meczu do 80% reklam i to nie będzie co 10 minut, a przez cały mecz, film czy koncert.

Noc to nie był wielki czas w dziejach mych podróży. Zimno to mało powiedziane, spałem na czterech materacach, nakryłem się wszystkim, co było, a i tak tylko butelka pomogła mi przetrwać do rana. Jak ktoś nie jest alkoholikiem, to ma naprawdę przesrane w życiu.

Rano podziękowałem pani, zapłaciłem wszystko i pojechałem w stronę albańskiej granicy. Przedostanie się do nich nie jest łatwą sprawą, niby każdego dnia jest autobus (nie ufałbym), ale ten przejeżdża w okolicach 3 nad ranem. Musiałem więc połączyć autobus z taksówką, żeby tam dotrzeć. Żegnałem Macedonię pełen pozytywnych uczuć, jeden z najbardziej przyjaznych krajów Europy. Uważam też, że mają najładniejsze pieniądze świata (zwłaszcza dziesiątkę z pawiem).

Wiemy od dawna (od 1990, kiedy to premierę miało 'Tune in Tomorrow'), że Albańczycy są tak zepsuci, że robactwo rzyga na ich widok, ale coś mnie tam ciągnęło. Ich celnicy okazali się całkiem w porządku, za to facet z oficjalnego kantoru Raiffeisen Bank... Mam nadzieję, że upił się z prowizji, którą ze mnie zgolił, a w drodze do domu wjebał się głową do szamba. Równie ciepło myślałem o taksiarzu, który łaskawie zgodził się podwieźć mnie kawałek w takiej cenie, że jak mi jaja zwiędły, to zostały w taksówce. Aha, to nie był koleś z postoju, kolesie z postoju chcieli o wiele więcej, tego złapałem na drodze. W końcu stanąłem przy stacji benzynowej pośrodku pięknych gór, był grudzień, a słońce dawało przyjemne kilkanaście stopni. Cieszyłem się jak dziecko, bo przede mną wyrastały bunkry – Albania słynie z nich, mają ich dosłownie miliony, ale wydawało mi się, że wygrałem los na loterii, że je widzę. Podejście to dość szybko przechodzi, bo bunkry są wszędzie (chociaż gdyby nie było bunkrów, to też byłoby zajebiście).

Po jakimś czasie przyjechał bus, którego kierowca uważał, że pojemność busa wyraża wzór n+1 osób (w nim zaś n oznacza liczbę pasażerów w środku, czyli ilu by nie było, to jeden więcej się zmieści). Prowadzący zapadł na dość ciekawą chorobę, przez dobre 50 minut z każdej godziny jechał 40-50km/h, co było rozsądną prędkością biorąc pod uwagę stan nawierzchni, szerokość drogi, ilość pojazdów, ich wiek, a także pieszych, którzy łazili po drodze bez ładu, składu i w poprzek. Niestety, co jakiś czas na parę minut mu odpierdalało i zaczynał walić ponad 80km/h, a chwilami nawet i ponad setkę. Ja płakałem, rozważałem wysłanie testamentu smsem. Me oczy widziały wielkie przepaście po lewej, krzaki po prawej, wąską drogę pośrodku, ludzi uciekających z naszej trasy przejazdu, a co jakiś czas waliliśmy wszyscy głowami o sufit, bo akurat nie było drogi, tylko dziura. Widoki piękne, przemysł w powijakach (za to jak już była jakaś fabryka, to z pierdolnięciem na miarę Nowej Huty), infrastruktura tzw. „podstawowa” (czytaj: na stacji w kiblu jest brudno, dziura i wiadro). Ludzie próbowali ze mną rozmawiać, jakimiś drzazgami włoskiego i hiszpańskiego powiedziałem, jak mam na imię i ile lat. Zasada n+1 cały czas obowiązywała, chwilami nie widziałem niczego poza ludźmi na mnie leżącymi.

Po kilku godzinach, nie wiem jakim cudem cali, dotarliśmy do Tirany. Wyszedłem na wacianych nogach. Wszyscy dawali 500 LEKe, dałem 1000 i czekałem na resztę. Dostałem 200. Patrzę i czekam. Dołożył stówę i bez żadnej krępacji rzucił, że lokalni 500, turyści 700. Dobra, jakieś 5,5 euro, niech będzie, chwała, że jestem w stolicy tego pięknego kraju, w końcu mogłem dalej siedzieć pod granicą. Mam namiary na JEDEN hostel. Chwila błądzenia, chwila ustalania, czy to w ogóle czynne i udało się. Obsługa najlepsza na świecie, Amerykanka z NY, Roshne, która postanowiła żyć w Albanii. Weganka. Muzycznie moja, wymieniłem większość muzyki do podręcznego słuchania. Zaczęliśmy gadać, dojście do etapu rozmowy o pokoju zajęło nam jakieś 30 minut, bo tyle było ciekawych tematów pobocznych. Okazało się, że jej ojciec chodził przez chwilę z Joan Baez. Jej matka nie chodziła z nikim szczególnym, więc uznałem, że koniec miłości, gacie na dupę, idę do miasta.

Najlepsze, co można zazwyczaj zobaczyć w Tiranie, to mozaika na fasadzie muzeum miasta. Przedstawia ona przodowników pracy, którzy radośnie maszerują pod sztandarami jedynego słusznego ustroju/w jego stronę i niosą go innym, mniej lub bardziej zainteresowanym. Piszę „zazwyczaj”, bo kilka miesięcy później restaurowali ją i nic nie było widać. Jednak po pierwszym przerażającym doświadczeniu drogowym, Albania okazała się niesamowicie prosta i przyjazna. Większość osób nic nie rozumiała, ale próbowała się dogadać, ceny nie przerażały, infrastruktura wystarczająca. Chociaż ludzie nic nie rozumieją, to się cieszą, ja też się cieszę, chociaż nie bardzo wiem z czego, ale lepsze to, niżby mieli bić. Kantorów na pęczki, bez problemu dostałem uczciwy kurs 135 LEK za euro. Rzeczywistość zaskakiwała, zachwycała i przerażała. Na ulicach dobrobyt (jakieś 5%) spotyka krańcową nędzę (jakieś 20%) i mniej lub bardziej udolne próby przeżycia w tej rzeczywistości (cała reszta). Turystów niemal brak, w miarę się komponuję, ale jednak, niektórzy rozpoznają inostrańca i wyciągają ręce po jałmużnę. Żal mi ich, ale nie. Inni handlują i to handlują wszystkim, ci z gazetami mają większe szanse niż ci z używanym barachłem. Ulice wybudowane w stylu włoskiego faszyzmu, szerokie aleje, szerokie chodniki, wcale niemało zieleni, idealnie na spacer. Jakiekolwiek próby porozumienia się kończą się wielką radością ludności lokalnej, pewnie krzyczeli „jaki debil, po albańsku nie mówi!”, ale ogólne wrażenie całkiem miłe.

Słyszałem opinie, że Albania jest bardzo trudnym krajem do podróżowania, bo mało osób zna jakikolwiek język zachodni, jeżeli już, to włoski. Dobrze, żeby tej refleksji towarzyszyła inna: do upadku komunizmu kraj był całkowicie izolowany – nikt go nie odwiedzał, miejscowym nie wolno było nigdzie wyjechać, Hodża chyba prowadził zawody z Koreą Północną na najbardziej zamknięty kraj świata. Nieznajomość języków to pewien dyskomfort dla turystów, ale odcięcie kulturalno-intelektualne musi zbierać straszne żniwo po dziś dzień – w pewnym sensie, Albania przespała cały wiek XX, nie zabierała głosu w debatach, o żadnej z nich nawet nie wiedziała. Śladowo istniejąca sztuka podporządkowana była jedynej słusznej linii systemu. Efekty są widoczne, a raczej ich brak – ze świecą szukać albańskich filmów, muzyki czy obrazów poza granicami kraju. Z literaturą jest niewiele lepiej, w języku polskim dostępne są prace Fatosa Lubonji i Ismaila Kadare. Warto jednak zaznaczyć, że pierwszy z nich spędził siedemnaście lat w Burrel – najcięższym więzieniu systemu, podczas gdy Kadare cieszył się wolnością i uznaniem, tak w kraju jak i za granicą, a gdy w 1990 roku poprosił o azyl we Francji, nie miał większych kłopotów z dostaniem go. Uczucia jakimi się darzą nie należą do najcieplejszych, co dość łatwo zrozumieć – Lubonja napisał swe dzieło „Ostatnia rzeź” na papierosowych bibułkach, zaś debiut Kadare (pochodzący z roku 1963 „Generał martwej armii”) został oficjalnie wydany w kraju i przyniósł autorowi popularność. Potem jednak nie zawsze było aż tak z górki, w roku 1980 zakazano publikacji jego dzieła „Pałac snów” - politycznej alegorii dziejącej się w Imperium Osmańskim.

Patrząc po numerach rejestracyjnych łatwo odnieść wrażenie, że Albania pełna jest obcokrajowców – głównie z Niemiec, Włoch, Wielkiej Brytanii i Grecji. Rzeczywistość jednak jest nieco inna – gdy upadał poprzedni system, w kraju było ledwie 500 samochodów. Bardzo szybko rozpoczęto sprowadzanie kradzionych aut z całej Europy, a ponieważ kraj nie podpisał stosownych ustaw, lokalni użytkownicy nie trudzili się wymianą dowodu rejestracyjnego i blach. Legendarny piłkarz AC Milan, Gennaro Gattuso, stracił swój samochód. Kilka lat później znaleziono zgubę... w Tiranie. Kiedy indziej doszło do dość kłopotliwej sytuacji – minister spraw wewnętrznych, Spartak Poci, wybrał się luksusowym Mercedesem S-350 do Grecji. Na granicy okazało się, że jest to „import z Włoch” i policja zmuszona była do konfiskaty mienia. MINISTER SPRAW WEWNĘTRZNYCH! Co dopiero mówić o przeciętnych obywatelach? Promy z Bari do Durres podobno nadal przewożą auta, chociaż to już nie ten obłęd, co kiedyś, gdy setkami ciągnęli auta z Włoch.

Wrażenia z paru godzin łażenia po Tiranie były takie (biorąc poprawkę na stolicę i największe miasto kraju), że Albania jest jeszcze gdzieś pomiędzy cywilizacją a pasterstwem. Podobało mi się, nawet bardzo. Trochę dzięki wizycie w monopolowym, gdzie ceny nie były zbyt wyzywające, za to jakość ich wina całkiem optymalna (chociaż rozumiem, dlaczego nikt tego nie importuje). Kończyłem mój pierwszy albański dzień pijąc z Roshne w hostelu i będąc całkiem pozytywnie nastawionym do życia.

Po niedzieli nastał poniedziałek. Bywa i tak. Muzea były zamknięte, więc łaziłem bez większego celu, azymut na bazar. Sprzedają tam wszystko, zasilacze, suszarki, Spidermana na motorze, kasety video (seks, kłamstwa), rury, narzędzia, ciuchy, zabawki, no wszystko, co normalny człowiek już dawno wyrzuciłby do śmieci, ewentualnie oddał na biednych. Jakimś przypadkiem stargowałem chustę albańską, krój dość ciekawy, poncho właściwie, dałem za to 200 LEK, do dzisiaj nie wiem, po co mi to. Z desperacji poszedłem do pamiątkarni – nie brakuje ich, bez problemu można kupić sobie koszulkę z godłem (czyli zajebistym dwugłowym orłem) w wersji międzynarodowej (Albania) i patriotycznej (Shqiperia – jak z tego zrobili Albanię...). Zostawiłem trochę grosza, w zamian miałem prezenty dla paru znajomych. Mimo poniedziałku główne muzeum okazało się czynne, wystawa Greenpeace. I tu o dziwo żadnych męczących zbieraczy podpisów, tylko świetne prace dotyczące zanieczyszczenia środowiska. Nie wiem, czemu u nas tak nie mogą. Podobnie nie wiem, dlaczego Tourist Info w Tiranie może dawać w prezencie takie mapy, że w oparciu o nie można prowadzić działania militarne, a przynajmniej wszystko bez problemu znaleźć.

Poszedłem do jednej z bardziej flagowych atrakcji stolicy tego osobliwego kraju, Piramidy. Pierwotnie było to mauzoleum (wybitnie kuriozalne), gdzie spoczywał Towarzysz Enver, później zaś miało to być także muzeum poświęcone jego osobie. Jednak, niestety, to nigdy nie powstało, w roku 1992 przeniesiono go na zwykły cmentarz, a Piramida pozostała jednym z najbardziej rozpoznawalnych budynków miasta. Nie do wiary jak pociesznie można połączyć beton, szkło i metal. Co gorsza wszystkiego tego dokonała córa dyktatora, Pranvera Hodża z pomocą swojego małżonka. Obiekt poddawany był remontowi, wcześniej mieściła się tam dyskoteka o adekwatnej nazwie „Mumia”, wykorzystywano go też na konferencje, a póki stoi stanowić będzie także niezłą zjeżdżalnię. Drugie wielkie osiągnięcie córy tatusia, to słowa „zwierzęta się przebudziły” na widok ludzi formujących pierwsze ruchy demokratyczne w Albanii. Plebs wam zepsuł ten raj na ziemi, co za chamy!

Niedaleko Piramidy jest National Art Gallery – po przejściu pierwszego piętra, gdzie można znaleźć ikony i nieco malarstwa z XIX i XX wieku (nie oszukujmy się, cudów nie ma), trafiamy na piętro drugie – czasy komunizmu w sztuce są pocieszne w każdym kraju, ale tu przebito nawet poziom Związku Radzieckiego. Rzeźby górników, obrazy partyzantów, ludzi pracujących z uśmiechem na roli czy w fabrykach, elektryfikujący kraj i zbierający się na wiecach. Próżno jednak szukać Towarzysza Envera – usunięto wszystko, co mogłoby przypominać odwiedzającym jego przeklętą postać. Jednak cuda są w takiej liczbie, że serce zostało w National Art Gallery.

Szerokimi alejami i bulwarami wróciłem do serca Tirany, na wielki plac Skanderbega – narodowego bohatera Albanii, który w XV wieku dzielnie walczył z Imperium Osmańskim. W pięćsetną rocznicę śmierci bohatera – 1968 r.– uhonorowano go jedenastometrowym pomnikiem na placu. W latach poprzedniego systemu towarzyszyła mu statua Hodży, ale 21 lutego 1991 roku ludzie uwierzyli w wolność do stopnia, który pozwolił im na ekspresję głęboko skrywanych uczuć do wodza, co najpełniej wyraziło się w obaleniu pomnika przez grupę około stu tysięcy osób (zwierzęta się przebudziły). Podobne reakcje wystąpiły w całym kraju (więcej zwierząt się przebudziło), zaś dzieła wodza publicznie palono (na to już nie mamy słów, chociaż te akurat pewnie wszyscy już znali na pamięć). Skanderbeg został sam, ale za to ma dość intrygujący widok – na wspomnianą fasadę muzeum historycznego, o którego sile świadczy wspomniana wcześniej gigantyczna mozaika o tytule „Albańczycy” - przedstawiająca (niespodzianka) Albańczyków (/niespodzianka) od czasów antycznych po współczesne. Obecnie muzeum mogłoby nie spodobać się Hodży ze względu na część dotyczącą jego czasów. Można się tam też dowiedzieć, że Herkules był Albańczykiem, co o dziwo jest prawdą – tereny, z których pochodził, to dzisiaj Albania, chociaż obawiam się, że gdybyśmy zapytali herosa o tożsamość narodową, to mógłby udzielić innej odpowiedzi. Nie wiedziałby też zapewne, co to za dziwne miasto jest stolicą kraju, bo Tirana zyskała to miano stosunkowo niedawno, w roku 1920 – uznano, że nadmorskie Durres zbyt narażone jest na ataki z morza, by pełnić dalej tę funkcję. Dyplomaci nie otworzyli szampanów, gdy dowiedzieli się, że muszą przeprowadzić się w miejsce, które było wówczas przysłowiową wiochą zabitą dechami – w trzy lata później populacja miasta wynosiła zaledwie 10845 mieszkańców, z czego zapewne przynajmniej połowa to efekt nadania miastu statusu stolicy.

Współczesna Tirana to średnich rozmiarów miasto o populacji ponad 600 tysięcy obywateli. Architektonicznie stanowi wypadkową przyjaźni Króla Zoga I z Mussolinim, który użyczył swych fachowców – Armando Brasiniego i Florestano de Fausto – z modelowymi pomysłami budownictwa realnego socjalizmu. Król Zog został jednak moim wodzem z innych powodów – przez lata wymieniano go w Księdze Rekordów Guinnessa jako największego palacza w dziejach, miał pochłaniać około TRZYSTU papierosów dziennie.

Jednak najwspanialsze, co oferuje plac Skanderbega, to meczet Ethem Beja – wybudowany w latach 1789-1823, przez całe lata komunizmu pozostający w zamknięciu. Ozdobiono tu dosłownie każdy centymetr ścian w motywy roślinne, wodospady czy też martwą naturę – malunki dość rzadko spotykane w meczecie. Są oficjalne godziny przeznaczone dla zwiedzających, ale można poprosić i wejść także w czasie przeznaczonym na modlitwę (niekoniecznie należy wtedy oświetlać wszystko lampami błyskowymi i drzeć ryje – pewnej grupie turystów wydawało się to wręcz wskazane). Dotykając spraw wyznaniowych: przez lata religia była zakazana, a w roku 1967 Albania zadeklarowała się jako pierwszy ateistyczny kraj świata. Obiekty sakralne niszczono, zamykano, lub przekształcano na centra młodzieżowe i kulturalne. Wdarcie się tysięcy ludzi do meczetu Ethem Beja w 1991 roku pokazało, że misja Towarzysza Envera jednak się nie powiodła. Współcześnie trudno określić status religijny wielu obywateli, z pewnością dominuje odmiana islamu, za nim jest prawosławie i katolicyzm, ale ludność wykazuje duży dystans do spraw wiary i jeszcze większą tolerancję.

Wychodząc z placu, do atrakcji miasta warto dodać Skytower – najwyższy budynek miasta (z racji tego jak budowali, to już chyba jeden z najwyższych). Najwyższe piętro, przeszklone wszystko, ekskluzywna restauracja. Postanowiłem udawać, że szukam stolika, raczej nie uwierzyli, ale pozwolili sobie popatrzeć na panoramę okolicy i udawali, że mnie nie widzą.

Poszedłem na pocztę, wysłać kartki. Według mapy nieopodal placu Skanderbega znajdował się urząd pocztowy. Zachodzę, totalny rozpierdol, gołe wnętrza, gruz, wyrwane i rozpierdolone wszystko. Ktoś zrobił coś, co w Polsce powinniśmy wszyscy już dawno zrobić, rozpierdolić ten cyrk w drzazgi? Fajnie, ale muszę wysłać kartki. Mapa, namiary, drałuję, a z dobrego kilosa było. Działa, tak, to jest poczta, jakieś znaczki są, kolejki też typowe dla poczty w postsocjalizmie (jestem z Polski, to wiem, co wy mi tu możecie...). W ciągu jakichś dwudziestu minut stał się cud: uwierzyłem, że Poczta Polska nie jest najgorsza na świecie. Naprawdę, widziałem wiele urzędów pocztowych i właściwie wszystkie były lepsze od polskich, niektóre tylko trochę, ale zawsze. Albania odmieniła kolejność na podium. To, jaki burdel i dezorganizację tam mieli, sprawiło, że zatęskniłem za urzędem pocztowym numer 51 w Krakowie. Ja pierdolę, kobieta nie wiedziała nic, widziałem, jak lokalni odchodzili nie załatwiając niczego, co dopiero kupić znaczki na pocztówki do Polski i Niemiec? Działało jedno okienko z pięciu, trochę jak Polska, ale u nas mają przynajmniej tyle przyzwoitości, żeby iść się opierdalać sprzed oczu petentów, w Albanii nie. Baby siedziały, przybite przez pizdę do stołka, i gaworzyły sobie, nie myśląc nawet o otwarciu okienka. Moje dylematy zostały przesunięte w czasie, jedna z pracownic wróciła z zakupów i przyniosła cytryny. Na to pani z jedynego czynnego okienka zamknęła je i poczęła wpierdalać cytryny na oczach zebranych. Rwała kawałki, obtaczała je w cukrze i pakowała do swojego otworu gębowego, który wyglądał gorzej niż niejedna cipa, jaką widziałem. Gdy już się nażarła, otworzyła okienko i po skromnych czterdziestu minutach mogłem przystąpić do kupna znaczków. Jeszcze tylko nakrzyczała na mnie, że nie mówię po albańsku i załatwiłem! Cuda, świnia by się porzygała w tym pocztowym szambie. Nie no, to nawet ciekawe, cieszmy się z tego doświadczenia, czyli jednak może być gorzej niż w Polsce, gratuluję, wydawało się, że nie.

Wieczorem poszliśmy całym hostelem (ja, Roshnee, nowy gość, Tom z Baltimore). W sumie fajne, że w całkiem ładnej restauracji idzie zjeść za parę euro. Potem poszliśmy do bardzo trendy lokalu, 300 LEK za piwo. Nie no, może sobie być, ale raz wystarczy, zwłaszcza, że kilka metrów od wyjścia stoi buda, gdzie można kupić prawdziwy alkohol za grosze. Tom z Baltimore próbował zgrywać cwaniaka i zaprawionego w bojach pijaka, ale jak po połówce stracił orientację, gdzie jesteśmy i go prowadziłem, to mu przeszło.


Kolejny dzień w Tiranie. Nie chce mi się, ale jest nas dwóch, to może na górę Dajti? Mniej upierdliwe niż muzea, bardziej wyzywające niż nic nie robienie. Droga wiodła przez targ żywnościowy. Trauma, gdzie są obrońcy zwierząt? Kolejka na górę to gondolówka, pięć stów za twarz. Poza nami nikogo, aż za ładnie to wyglądało na Albanię. Na szczycie chcemy iść, gdziekolwiek. Za bardzo się nie da, w lewo teren wojskowy, w prawo 200 metrów i teren wojskowy. Niby jest infrastruktura, lokal, huśtawki, inne pierdoły, ale jakoś nie wzrusza. W tym wszystkim jednak zdaliśmy sobie sprawę, że przecież są bunkry, ergo jest zajebiście. Trochę o nich:

to chyba największa osobliwość Albanii, dziedzictwo poprzedniego chorego systemu (nie, że obecny jest przesadnie zdrowy) i efekt działań Envera Hodży – dyktatora władającego krajem od roku 1944 do swojej śmierci w 1985, zwanego Towarzyszem Enverem. Efekty działania i implementacji myśli władcy widoczne będą jeszcze wiele lat, a szkody, jakie Albańska Partia Pracy wyrządziła obywatelom, są nie do ocenienia. Wierny uczeń Józefa Stalina zerwał stosunki z Jugosławią w 1948 roku – oficjalnie z powodów ideologicznych i sympatyzowania ze Stalinem, mniej oficjalnie, z powodu długów. Wcześniej jeszcze odrzucono ofertę Tity, aby Albania została jedną z republik Jugosławii, uznali ich wersję komunizmu za zbyt liberalny.

Później zerwano ze Związkiem Radzieckim, uznając, że kraj ten zbytnio się zliberalizował po referacie Chruszczowa na XX zjeździe. Na szczęście był jeszcze Mao „Wielki Sternik” Zedong, który w oczach albańskiego kolegi właściwie rozumiał ideę jedynie słusznego systemu. Niestety, i Chiny zdradziły sprawę, gdy w 1978 dopuściły do procesu czworga. Ludowa Socjalistyczna Republika Albanii zmuszona była zerwać i te stosunki, by w mniemaniu wodza pozostać samotną na placu boju o jedyny słuszny system. Mimo śmierci Hodży w 1985 system utrzymał się do 1992 roku – tyle mniej więcej zajęło ludziom zdecydowanie się na podjęcie działań przeciwko dogorywającej partii. Przyjmuje się, że bunkry stanowią wspaniałe świadectwo stanu umysłowego wodza – w roku 1950 ogarnięty paranoją przed inwazją wrogów systemu, poprosił o zaprojektowanie struktury obronnej mogącej wytrzymać ostrzał czołgowy. Nie uwierzył jednak konstruktorowi na słowo dopóki ten nie wyszedł cały i zdrów ze swego dziecka po bombardowaniu, Hodża zdecydował: idziemy na całego! Ludziom żyjącym w piekle wmówiono, że nigdzie na świecie nie ma tak dobrze, a wszyscy im zazdroszczą i będą chcieli odebrać to szczęście, dlatego konieczna jest nieustanna gotowość do odparcia niechybnego ataku.

Liczbę bunkrów szacuje się na 750 tysięcy – po mniej więcej dwóch godzinach jazdy po kraju przestaje się zwracać na nie uwagę. Ponieważ oczom naszym ukazały się modele większe, nie aż tak popularne jak standardowe „grzybki”, poszliśmy zobaczyć, co też zrobił z nimi czas, a raczej lokalna ludność. W pierwszym znajdowały się narzędzia rolnicze i siano, w drugim zaś rezydowało pokaźne stado kóz. Kolejny, nieco mniejszy, zamieniono na latrynę. Poza walorem rozrywkowym, bunkry stanowią poważny problem – zbudowane z betonu i żelaza są koszmarnie trudne do usunięcia, często utrudniają właścicielom uprawę pól, czy też zbudowanie czegoś nowego na ich miejscu. Z tego powodu Albańczycy próbują wykorzystać je do czegokolwiek – w pewnym sensie nie ma problemu bezdomności, młodzież nie narzeka na brak miejsc do schadzek miłosnych, można dostrzec próby uprzyjemnienia ich wyglądu malunkami, ale najczęściej kończą jako składziki na narzędzia.

O 16:00 odbywał się jakiś koncert poparcia Unii Europejskiej. Trochę jakby pedofile zrobili sobie imprezę w domu starców, mniej więcej tyle samo radości i szans na sukces. Już o 14:30 były tłumy, o 16:00 był tak zwany total full. Grali covery Joan Jett, cały plac Skanderbega był niebieski od flag Unii Europejskiej. Ech, nawet my aż tak nie chcieliśmy, jak wy. Potem na scenę wyskoczył lokalny Rubik, pisk i brawa, zagrał, wymieniliśmy spojrzenia. Po mniej więcej dwóch minutach jego występu niebo zapłakało, uznaliśmy, że to świetny pretekst, żeby iść na obiad, a potem na grę w karty do hotelu. Grą wyboru był Egyptian Ratscrew, u nas raczej nieznana dyscyplina. Hostel był cały nasz, więc mogliśmy drzeć ryje do oporu i jeszcze trochę. Kilka minut od hostelu był monopolowy, całkiem nam się spodobał, wystarczająco, żeby iść tam dwa razy. Niemniej, wiedziałem, że z nimi nie rozkurwię kosmosu, chociaż kładąc się spać koło 3 czułem się wcale nieźle.

Ostatni dzień w Tiranie. Pada jak chuj, ale chociaż deszcz, nie śnieg, nie tak źle na 9 grudnia. Przyjemniej pewnie jak się nie ma rozwalonych butów, ale ludzkość zna większe dramaty. Trzeba tylko było uważać na wybitne dziury w chodnikach i obluzowane płytki, jak w Polsce. O 18 miałem autobus do Prishtiny. Zakochałem się w Albanii, ale nie bardzo widziałem możliwość dalszego zwiedzania tego kraju o tej porze roku i z moimi zasobami finansowymi, a także przy ich infrastrukturze. Postanowiłem sobie jechać dalej i obiecałem wrócić. Wsiadanie do autobusu to był jakiś burdel wszech czasów. Krzyk, wrzaski, torby, toboły, w pewnym momencie rozważałem zostanie jeszcze jednego dnia w Tiranie. Nie wiem, z czego wziął się ten cyrk, ale jakoś go rozwiązali i pojechaliśmy. Potężne 40km/h, ale, widząc drogę, przesadnie nie miałem pretensji. Pełno miasteczek, nazwy oczywiście nie do wymówienia, jedni wysiadają, inni wsiadają. Jedni podjeżdżają dwa kilometry, inni z tobołami na wielką migrację do sąsiedniego kraju. Pod wieczór zatrzymaliśmy się w restauracji, kto ma LEKe niech je, ja nie miałem. W pewnym momencie wywaliło prąd, totalna ciemność. Z restauracji wybiegł facet z latarką, pognał do piwnicy i odpalił jakiś agregat. Restauracja ponownie się rozświetliła, otoczenie wraz z lampami ulicznymi pozostało niewzruszone. Dziwnie, aż kusi wysiąść, iść do lasu i żyć jak przodkowie. Reakcja pana z lokalu mówiła, że nie jest to jakieś bardzo dziwne, że pada im prąd.

Pierwsza granica, z Macedonią. Nic ciekawego, banał. Kolejna, Kosovo.

- Dla jakiej organizacji pan pracuje?

- Żadnej, jestem turystą – odpowiedziałem, w domyśle dopowiadając „dajcie kurwa pospać”

- Turysta! Cudownie!!! - pogranicznik nie mógł uwierzyć, że ktoś dobrowolnie pakuje się do tego miejsca. Nie wzbudziło to moich podejrzeń, lepiej niż z Bułgarami.

4:00. Prishtina. Brzydko to wygląda, ale w sumie wiele nie widać, w przejeździe zobaczyłem jakiś wypas hotel z wielkim neonem i statuę wolności. Na dworcu źle. Ludzie śpią po ławach, sądząc z ich wyglądu (co oczywiście może być zwodnicze, mylne i zawsze jest złe i nie powinno się), to nie czekają na autobus, tylko tam mieszkają. Nad wszystkim wielkie tv nadaje pornosy, właśnie to potrzebne mi najbardziej. Kibel zamknięty, facet w informacji śpi, rozkłady zdradzają wiele możliwości, ale wszystkie raczej po 8 rano. Nie mam wielkiego wyboru, ręce mam sine, resztę pewnie też, ale nie mam odwagi popatrzeć, tak zimno mi nigdy nie było. Przebiorę się w poczekalni, i tak wszyscy śpią.

Ubrałem na siebie wszystko, co mogłem. Dwie pary gaci, szorty, krótkie spodnie, długie spodnie. Koszulkę, cienką bluzę, koszulkę, narzutę z albańskiego bazaru, grubą bluzę, koszulkę, polar, kurtkę z ortalionu. Trzy pary skarpetek. Dalej zimno, w TV kończą się dziewczynki, zaczynają kreskówki po angielsku, z napisami, jedno interesuje mnie tyle, co drugie. Kasy nadal zamknięte. Chcę jechać do Sarajeva albo Belgradu, co szybciej i taniej. Dobra, otwierają się kasy, pytam o Sarajewo. O 16. W sobotę. Za cztery dni. Belgrad? Dzisiaj, 11:00 albo 22:00. Wybór jak w komunizmie. Kupiłem, mam parę godzin na zwiedzenie stolicy Kosova.

Pierwsze 30 minut szedłem i wracałem w złą stronę, bo wydawało mi się, że jeżeli położyli jeden chodnik, to będzie on wiódł do centrum, a nie w krzaki. Mój błąd, chodnik wiódł do jakiegoś wojskowego kurewstwa, do centrum skakanie przez błoto i pojebany ruch uliczny. W końcu wyszedłem na pomnik Clintona. Różne gówno w życiu widziałem, ale to natychmiast zajęło miejsce w czołówce. Złoty pomnik w środku blokowiska, pan prezydent pozdrawia zebranych podniesioną dłonią. Nad tym wszystkim billboard z jego twarzą. Z Moniką czegoś nie macie? Słyszałem, że dzięki jego decyzji o pomocy Kosowianom otacza go tu dziki kult, ale to już przegięcie. Clinton Avenue wyglądałaby znacznie lepiej bez tego idiotyzmu. Dalej, wielki billboard, na nim Lilian Thuram, żołnierz NATO i dzieci, miny jakby właśnie skończyli się zabawiać i wszystkim się podobało.

Co było do wygrania, wygrała biblioteka. Budynek na myśl przywodzi raczej statek kosmiczny, a nie miejsce obcowania z książkami. Poza tym obiekty atrakcji turystycznej spoza konkursu na dziesiątkę najciekawszych miejsc Europy . Łaźnia była w remoncie, muzeum miało się otworzyć o 9, ale mu się to nie udało. Meczety z zewnątrz raczej nie zachwycały, zwłaszcza w kontekście uprzednio odwiedzonych miejsc. Wieża zegarowa bieda. Pomniki dość standardowe, Skanderbeg, matka Teresa, ofiary wojny. Chyba największe wrażenie zrobiła na mnie poczta, zamknięta. Wyglądało na to, że na zawsze, bo normalnie raczej nie zasłania się wszystkich okien i nie skuwa drzwi łańcuchem. Drugie wrażenie, to aleja zabitych i poszukiwanych, zdjęcia i wstążki, z jednej strony smutne i wzruszające, z drugiej Bałkany standard. Rozbawił mnie plakat zachęcający do wstąpienia do cafe net – można było wykupić sobie abonament i grać po nocach w Counterstrike. Możecie sobie zrobić to live, nie tak dawno nawet mieliście, ale widać, że popularność pozostała, nostalgia nadal obecna. Może następny konflikt uda się rozwiązać w ten sposób? Nie ma opcji gwałtu, ale jakoś przyjemniej i zdrowiej dla wszystkich.

Walutą Kosowa jest euro. W efekcie wszystkie ceny bardzo troszczą się o końcówki, żadnych 0,99 czy 2,99, tylko konkretne 0,66 czy 1,12 euro. Kartka pocztowa kosztowała skromne pół euro, a pani niemal pękła z dumy, że ktoś chce to kupić. Znaczków niestety nie udało się zdobyć, ona nie miała, a o poczcie już wspominałem.

Niegdyś czytałem plebiscyt, w którym Kiszyniów wygrał na najbrzydszą stolicę Europy. Nie wiem, nie byłem, więc w sumie nie mogę się wypowiadać, ale nie wyobrażam sobie, że coś może być gorszego i brzydszego od Prishtiny. Po dwóch godzinach chodzenia martwiłem się, że jeszcze tyle mi zostało do powrotu. Moje główne skojarzenia? Błoto, zimno, deszcz, syf, fatalne chodniki i ich brak. Ludzie smutni, przybici, żebracy w ilościach hurtowych (wspomagając jednego, możesz wspomóc dwudziestu kolejnych), smutne dziewczynki, które marzą o lepszym życiu, młodzi mężczyźni poszukujący celu życia i pracy. Restauracje i sklepy próbujące być imitacją zachodnich, ale mylące się w tak wielu aspektach tego problemu, że nawet nie wiadomo, w których dokładnie. Depresja, smutek i nędza, gdzie nie popatrzeć.

Na dworcu byłem dużo za wcześnie, poszedłem do pamiątkarni. Można było kupić koszulkę z napisem Thank god I am Albanian! i wiele innych okołoalbańskich gadżetów, w tym pełnowymiarową flagę Kosova. Albo nóż typu butterfly, który łączył kosowskie gwiazdy i amerykańskiego orła z wygrawerowanym napisem Flying Eagle. Obok tego stroje ludowe, jaja jak globusy. Zaznaczę, że drogo, mała naklejka do chwalenia się, że byłem w Kosowie kosztowała pół euro. W końcu nastała 11, odebrałem bagaż z przechowalni i poszedłem do autobusu.

Przy wsiadaniu tour operator chciał mi coś przekazać, ale okazało się, że nie uda nam się, bo nie ma języka, który obaj mieliśmy w szkole. Z tego, co rozumiałem: nie jedź. Panie, daj mi spokój, chcę sobie spokojnie wrócić do domu, nikt mnie nie zabije, już się kawałek ciągnę w ten sposób. Nie zrozumieliśmy się, wsiedliśmy i pojechaliśmy, chociaż pan parę razy podchodził do mnie i mówił, że not good. Nie rozumiałem nic, próbowałem się przespać, cieszyłem się, że w końcu jest w miarę ciepło.

Zrozumiałem, co autor miał na myśli na granicy. Kosowski celnik w idealnym angielskim poinformował mnie i jeszcze parę Duńczyków, że mamy w paszporcie pieczątki wjazdu do Kosowa, co automatycznie uniemożliwia nam wjazd do Serbii. Jak to, skąd to, przecież tu jest cały autobus ludzi, którzy mają nie tylko pieczątki, a nawet obywatelstwa Kosowa i jakoś spokojnie jadą?

- Ano tak, obywateli wpuszczają, ale turystów nie. Uważają, że jak masz pieczątkę Kosowa to uznajesz istnienie tego państwa i jesteś przeciwko Serbii.

- Zasadniczo nie angażuję się w temat, chcę jechać do Belgradu i tyle mnie to obchodzi.

- No ja wiem, mówiliśmy kolegom z innych granic, żeby nie wbijali tych pieczątek, bo potem ludzie mają problemy, ale się uparli. Za parę kilometrów jest serbski posterunek, tam was zawrócą, możecie od razu wysiąść, albo wrócicie do nas na butach. Jest tu trochę polskich żołnierzy, może któryś ma na tyle dobre chody, że cię jakoś przepchnie, ale raczej nie wjedziesz tędy do Serbii.

- Gdybym wrócił do Prisztiny i wziął bus do Sarajeva za kilka dni?

- Też przez Serbię.

- W zimie nie jeżdżą przez Czarnogórę.

- Możesz jechać przez Bułgarię i Rumunię

- Totalnie mi nie po drodze, mam plan cały, znajomych po drodze, no nie.

- Przykro mi. Mówię ci tylko jak będzie, ja cię puszczam, legalnie opuszczasz Kosovo, wy też. Hm, wy wlecieliście do Kosowa, macie szanse. Może mają dobry humor, czasem na samolotowych pieczątkach przepuszczają, na lądowych nigdy – powiedział i wysiadł.

Następne parę kilometrów trafiał mnie szlag i brała kurwica. Przesiadłem się do Duńczyków, para pan i pani po 50 z kawałkiem, wierzyłem, że szybko obgadamy, co będziemy mówić i jak walczyć. Myliłem się, uznali, że nie ma po co ze mną gadać. Mówili perfect po angielsku, ale rozmawiali po duńsku, a na moje sugestie wspólnej walki z systemem, kazali się odjebać. Wkurwiłem się i dobiłem jeszcze bardziej. Nie możemy pogadać? W takiej samej piździe jesteśmy, może czujecie się lepszymi, ale naprawdę, w tym miejscu Europy nie jesteście, wasz paszport wart tyle, co mój. A co do mnie... Mam końcówkę kasy, mam umówione spotkanie na 20 grudnia w Zagrzebiu. Przez Rumunię tam nie dojadę, w ogóle nie wiem, czy mi wystarczy na taki model powrotu. Kurwa mać, czemu nikt o tym głośno nie mówi, że taki cyrk tu jest? Uznaliśmy Kosowo, inni zrobili to samo, albo całkiem co innego, ale jakoś media nie mówią: do Serbii nie wjedziesz z Kosowa!!! Ryje sobie porobiły zdjęcia z okazji najmłodszego państwa Europy i chuj z resztą, my latamy, a wy powodzenia.

Granica. Pewność siebie plus dwieście. Jestem w brudnych ciuchach, ryj niegolony od dawna, włosy w dwóch kolorach, nie mam szans. Lezie serbski celnik, wiesz o tym, że twoją żonę teraz pięciu rucha? Dotarł do Duńczyków, bierze im paszporty i ma ekstazę w oczach. Drze ryja, nakazuje wysiadać, brać bety i wypierdalać ze świętej serbskiej ziemi. Próbują gadać, w ogóle ich nie słucha, pokazuje, że mają wypierdalać, brać bety i wypierdalać w stronę zachodzącego słońca. Idę z nimi, mój los taki, jak ich, kurwy jebane graniczne, kolejny klient rucha twoją żonę... Gadam z nimi po angielsku, nagle im się przypomniał język, że może razem coś spróbujemy, no to dobry pomysł, tylko chyba za późno. Odpalam peta, podręczny mam w rękach, główny chcę już brać, celnik na mnie drze ryja, że mam wracać na miejsce. Czekaj kurwo, spalę sobie peta chociaż na ten wasz chujowy sposób witania gości, wódki nie mam... Dobrze, wracam do busa, za minutę mnie weźmiesz za bety i wyrzucisz.

Siadam wkurwiony i załamany. Autobus rusza i jedziemy. Wjeżdżamy do Serbii.

Ej, ale mnie nie wolno!

Co się dzieje?

Facet za mną klepie mnie po ramieniu i śmieje się, pokazuje, że mam u niego 10 na 10. Jak to? Chwilę mi zajęło ogarnięcie sprawy. Po prostu, celnik widząc moje piękne, brudne ciuchy, zarośnięty ryj i wkurwione podejście do świata, pomyślał, że jestem lokalnym. Nawet nie spojrzał na mój paszport. Uznał, że pomagam Duńczykom, bo znam angielski, jego „spierdalaj do busa” zrozumiałem, bo serbski nie jest daleko od ruskiego. Nie wyjąłem nawet paszportu z kieszeni, nie powiedziałem ani słowa w niczym poza angielskim i tyle.

Nie wierzę.

Nie wierzę.

Nie wierzę.

Nielegalnie przekroczyłem granicę. Dokonałem niemożliwego, wjechałem z Kosowa do Serbii. Nie mam pieczątki wjazdowej, według dokumentów nie ma mnie tu, pewnie będą z tego jaja, ale nie obchodzi mnie to, system w postaci barana się pogubił i pomylił, wygrałem! Jestem w Serbii i nie mam zamiaru się stąd wynosić, dopóki nie zrobię sobie odpowiedniej ilości zdjęć do portali społecznościowych dokumentujących mój pobyt w tym kraju.

juriusz 2011-11-19||| 11:00:57

skomentuj (0)





Kliknij, by nakarmić jenota!

About Juriusz:

Саратов Work Of Poetry

Ekipa:

Legendum est
Młot czarownicy
Born To Be Ceri
Tani Lokal Ze Stadami Roznegliżowanych Rosjanek Szmatowisko.of.pl
Królikotapir Misu Komplex