juriusz blog

    Twój nowy blog

    Mam takie szczęście, że w ciągu mojego życia udawało mi się utrzymywać w miarę bieżący kontakt z różnymi artystami, którzy mnie interesowali. Koło 2008 roku mogłem powiedzieć, że właściwie nie zostało mi nic do zobaczenia na żywo. NIN, Tori, Manson, Slayer, Cohen, bez kolejności wartościującej. Jednak życie na gruzińskiej wiosce związane jest z życiem daleko od internetu – dobro to miałem reglamentowane. W efekcie były to najbardziej produktywnie spędzane przeze mnie godziny na necie, bo gdy sekretarka mówiła, że idziemy do domu, to szliśmy. Czasem moje okno na świat trwało naście minut, czasem dobre kilka godzin. Korzystałem z niego ściągając wszystko, co ludzkość akurat dała. I gdzieś jakoś w tym szale ściągania wpadło mi Wrecking Ball Springsteena. Jasne, że wiedziałem kim jest Springsteen – Streets of Philadelphia, The Wrestler, Dead Man Walkin’, Born in the USA. Do tego The Ghost of Tom Joad, ku chwale jednej z moich ulubionych książek. I jak po lekturze ‚Grapes of Wrath’ zachwyciłem się tą płytą, to jakoś nie poszło to w dalsze zgłębianie Springsteena. Wydawało mi się, że chłop ma albo ‚Streets of Philadelphia’, albo ‚Born in the USA’, no tego Joada jeszcze, ale jakoś mnie to nie wkręciło. Ponieważ po szkole nie miałem netu, to wtedy oglądałem i słuchałem tego, co ściągnąłem. No i jak sobie przesłuchałem Wrecking Ball, to miałem takie uczucie, które to rzadko miewam: niemal każdy kawałek jest świetny, to jest niesamowita płyta. Może nie odjechałem totalnie, ale tytułowy, This Depression, Death to My Hometown chodziły ze mną po gruzińskich bezdrożach do pracy i z powrotem każdego dnia. Zawsze te, bo docierałem do pracy lub domu, a potem wracałem z tym samym. A jak potem dojechałem do końca płyty, no to nadal byłem pod wrażeniem. Zacząłem więc orać Springsteena i trafiłem na koncertówkę London Calling w wersji DVD. Potem miałem co robić następne parę tygodni. Wyjebało mnie to z butów, i to solidnie. Zwłaszcza Badlands i Youngstown. Stwierdziłem, że lubię Springsteena i dzięki temu okazało się, że mam w cholerę dobrej muzyki do wysłuchania. W tym stanie pozostaję do dzisiaj. Moje badania doprowadziły do strasznych ustaleń: okazało się, że Springsteen zawsze był lewacką i pedalską kurwą. Że to Born in the USA to szydera (chociaz Reagan i jego sztab tego nie ogarnęli chyba do dzisiaj, nawet mimo tego, że nie żyją) i że ogólnie to socjalizm, równouprawnienie, Obama, ale też i USA z tej najlepszej, nie tak często widzianej strony. Znaczy de facto złej, bo bezrobocie i wyzysk, ale dobrej, bo rewelacyjna muzyka i facet znikąd, który podbił kraj. Ponieważ jak mam do czynienia z dobrą nutą, to nie męczę się z pierdołami, więc to nie były jakieś najgłówniejsze myśli, które zaprzątały moją głową, gdy zapoznawałem się z twórczością Bruce Fredericka Josepha Springsteena. Koło 2012 roku stwierdziłem, że bardzo chcę zobaczyć Szefa na żywo. Niestety, wszystko było przeciwko mnie: jak on był w Europie, to ja byłem w Azji. Gdy akurat byliśmy w tym samym czasie, to ja za nic nie mogłem jechać. Sprawdzałem sobie co trasę, gdzie i kiedy gra, ale nigdy nie było to nawet blisko mego zasięgu.

    W roku 2016 przypadkiem okazało się, że mam wolny lipiec. Wiedziałem, że Springsteen jest w Europie, ale najbardziej oczywiste kierunki – Berlin – były grane zanim miałem wolne. Położyłem więc na to lagę na jakiś czas.

    A potem sobie pomyślałem: a czemu kurwa nie? Będzie mnie to kosztowało fortunę, ale co z tego? Najwyżej będę żałował, tyle! Kto bogatemu zabroni? Koło 20 czerwca zacząłem kombinować. Z opcji miałem Skandynawię, kraje, w których sam dojazd z lotniska do centrum mógłby mnie przyprawić o zawał. Miałem Paryż, Szwajcarię i Belgię. Przez chwilę rozważałem też Mediolan, który mógł być znacznie tańszy, ale tam była taka liczba sekcji na bilety, że bałem się skończę siedząc za stadionem i nic nie widząc. I miałem Rzym. A w Rzymie była tylko jedna kategoria biletów. Tak się składa, że akurat znam kogoś kto związał swoje życie z tym miastem, więc mogłem zapytać, czy dałoby się. Dało się. 14 lipca wylądowałem na Fiumicino i spotkałem mojego człowieka w kraju niegdyś Mussoliniego.

    Wszystkie drogi prowadzą do karakali
    W piątek – 15 lipca – poszedłem po bilet. Pokłony Ticketone Italia, które to sprzedało mi bilet i oferowało szczegółowe informacje, gdzie i kiedy go odebrać. Była opcja przesyłki pocztowej, ale słyszałem legendy o poczcie włoskiej, znam polską, do tego kosztowało to bodajże 11 euro, więc wybrałem odbiór przed koncertem. 14 lipca przysłali mi rozpiskę wszystkiego, z adresami mapkami i godzinami. Solidna robota. Dzięki temu wiedziałem, że bilet mogę odebrać w piątek lub sobotę, a co lepsze mogę to zrobić rzut kamieniem od Circo Massimo (gdzie też koncert miał się odbyć, więc mogłem poćwiczyć dojazd) i zaraz obok placu-parku Caracalle.

    Mimo zachęcającej nazwy, na placu Caracalle nie ma karakali, a nazwano go tak na cześć cesarza z III wieku. Sam park nie jest brzydki, ale też nie aż tak ładny jak na zdjęciach. Koło niego ulokowano budy Ticketone, w których powoli rozstawiała się obsługa. Wydawanie biletów miało rozpocząć się o 10 rano, o 9:55 stanąłem jako ósmy w kolejce. Na ile znam Włochy, to wiedziałem, że 10 to to nie będzie, ale 10:20 wydawała się realna. Zdanie zmieniłem o 10:20. Wszystko ruszyło o 11 – jakby komuś się pomyliło w jakiej strefie czasowej jest Rzym i jakby bardzo chciał zobaczyć ile osób przyjdzie po te bilety (kilkadziesiąt, może nawet i setka). I gdy już ruszyło, to poszło szybciutko. Jeszcze o bilecie: łącznie kosztował 103,81 euro, ustanawiając tym samym absolutny rekord pieniędzy wydanych przeze mnie na koncert. Średnio mnie cieszy poprawianie tego wyniku. Tu jeszcze lepsze jaja są: bo bilet kosztował 85 euro. Tyle, że opłata za presale wyniosła kilkanaście euro, do tego płatność kartą kredytową jakieś chyba cztery euro z hakiem. Do tej ściany płaczu dodać mogę jeszcze kurs po jakim bank przeliczył mi te eura. Tak więc solidnie kosztowała mnie miłość do muzyki Springsteena. Plusem było to, że koncert był w Circo Massimo, czyli Circus Maximus. To dodawało nieco magii do wydarzenia; że odbędzie się tam, gdzie niegdyś bawili się gladiatorzy, lwy, senatorowie i pierwsi chrześcijanie. Obecnie Circus Maximus to wielkie pole z pobocznymi wałami i paroma drzewami, taka łąka w środku miasta, której zwiedzanie nie zajmie nikomu więcej niż pięciu minut.

    Wszystkie drogi prowadzą do Circo Massimo.
    W mailu od Ticketone pisali, że będą dwa supporty – Treves Blues Band i Counting Crows – i że wejście od 16, sam wódz zaś o 20:30. Uznałem, że supporty mi nie są potrzebne i że bycie na 18 wystarczy. Oczywiście okazało się, że z okazji koncertu zamknięto drogę koło Circus Maximus, więc tramwaje nie jeździły. Gdy już to odkryłem (po co dać jakieś obwieszczenia wszędzie, jak można tylko na niektórych przystankach?), przespacerowałem się solidny kawałek miasta do miejsca koncertu i dziękowałem losowi, że w piątek już tam byłem. Już dzień wcześniej dało się zaobserwować, że w Rzymie będzie bang, pełno ludzi w koszulkach Springsteena i innych, sugerujących, że też wybierają się na koncert. W sobotę od Koloseum szło się w rzece ludzi w Springsteenach. Przy wejściu policja, ale kontrola szybciutka i mało upierdliwa. Każdy wchodzący dostał darmową czapkę od sieci marketów Coop, żeby go nie powalił udar. No a mimo dochodzącej 19 było gorąco, jak to w lipcu w tej części świata. Nie wiem jakim cudem ludzie wysiedzieli od otwarcia bram do koncertu, nie mówiąc o końcu tegoż. Przyznam, że organizacyjnie to było imponujące, wszystko oznakowane, przejścia w jedną i drugą stronę, namioty pylące wodę, żeby się schłodzić, pełno stoisk z napojami  i jedzeniem (woda euro, piwo 5, hot dog 3). A jeżeli nie chciałoby się komuś łazić za napojami, to po terenie chodzili panowie z lodówkami i mieli wodę po 2, a małe piwo po 5, za to podane do rąk własnych, lodowate. Jak policzymy, że mała butelka wody, to 4,4 PLN, to się idzie popłakać, ale tu to jest dość rozsądna cena i tyle się nierzadko płaci w popularnych miejscach.

    No ale nie na gastronomię z Heinekenem człowiek przyszedł. Counting Crows było tak nudne, że myślałem, że zwiędnę. Znaczy może gdybym nie musiał słuchać ich czekając na koncert życia, to bym się nie wściekał, że tam grają, ale gdy zeszli, to byłem bardzo szczęśliwy. Znalazłem sobie jakieś miejsce i to była niespodzianka numer jeden: ludzie ogólnie starali się ustawić tak, żeby mieć przestrzeń wokół siebie i gdy się człowiek bardzo chciał przesunąć, to nawet szło, ale patrzyli jak na wariata. Przecież koncert będzie ten sam tu, jak i kilka metrów bliżej. Po co się pchać? I naprawdę, po chwili zrobiło mi się głupio i stanąłem sobie spokojnie jakieś 30 metrów od sceny.

    20, zimno nie jest.

    Ależ się ten czas snuje…

    20:15… Ta woda kiedyś była zimna, ale to było dawno…

    20:20… Ale słońce daje po oczach, to pewnie nie wyjdą dopóki nie będzie ciemno.

    Wszystkie drogi prowadzą do najpiękniejszego koncertu świata.

    Najpierw pojawiła się sekcja smyczkowa. Potem kolejno członkowie zespołu, według kolejności można powiedzieć wartościującej. No więc wiadomo kto wyszedł ostatni.

    Si… Ti Amo…Grazie, grazie. Roma!

    New York City Serenade na otwarcie, pierwszy raz na tym tournee – które to już chwilę trwało przed 16 lipca. No nie mój szczyt marzeń, ale i tak wszyscy zachwyceni, Szef na scenie. No i jak ten kawałek ma w zwyczaju, trwać 9:55, to na żywo trwał trochę dłużej. Niesamowite było to, że zaległa cisza. Wiedziałem, ale i tak byłem pod wrażeniem: Szef śpiewa zajebiście dobrze, czyściutko wszystko, ekrany pięknie pokazują co mają, brzmi i wygląda wszystko absolutnie rewelacyjnie.
    Skończył, parę osób zeszło z wrażenia. Ja jeszcze nie. Wymienił gitarę z akustycznej na elektryczną. Powalczył z językiem włoskim, nawet nie przegrał.
    „Roma … città più bella del mondo”
    One, two, three, four!

    No i to był koniec świata, bo to było Badlands. Gdybym z tych kilkuset piosenek Springsteena miał sobie wybrać jedną do usłyszenia na żywo, to bym wybrał Badlands. Jakieś pięć sekund zajęło mi skojarzenie tego, że
    - jestem na koncercie Springsteena
    - w Rzymie, w Cyrku Maximus
    - dopiero się zaczęło
    - gra Badlands
    ale gdy już mój mózg się z tym pogodził… No to gdyby to było w jakiejś hali to bym doskoczył do sufitu, a ponieważ było to na otwartym powietrzu, to tylko orbitowałem jak Sputnik i piłowałem ryja na całego. Podobnie robiło jakieś 80 tysięcy koło mnie. A gdy doszło do zaśpiewanego wspólnie z Van Zandtem:
    For the ones who had a notion
    A notion deep inside

    to płuc mi nie zostało. Podobnie jak wszystkim. To była taka petarda, taki fajerwerk, taki wymiot, taka strzała, że chyba wszyscy uczestnicy koncertu do dzisiaj jęczą przez to z zachwytu.

    Po tym miałem pełen luz. Totalnie mi latało co zagra. Nawet jakby wziął jakieś bluesowe covery z Alabamy lat 30-tych, to też bym nie narzekał. Taką mi radość sprawiło to Badlands, że miałem totalnie wywalone na to co będzie grał. A zaraz poszło Summertime Blues – tour debut, wyproszony przez kogoś. No to już była pełna dzida. I tak miało pozostać. Tak wyglądała setlista tego niesamowitego wieczora (info w nawiasach z setlist.fm):

    New York City Serenade
    (tour debut, with 7-piece strings from Roma Sinfonietta Orchestra)
    Badlands
    Summertime Blues
    (Eddie Cochran cover) (tour debut, sign request)
    The Ties That Bind
    Sherry Darling
    Jackson Cage
    Two Hearts
    Independence Day
    Hungry Heart
    Out in the Street
    Boom Boom
    (John Lee Hooker cover) (sign request)
    Detroit Medley
    (sign request)
    You Can Look (But You Better Not Touch)
    Death to My Hometown
    The Ghost of Tom Joad
    The River
    Point Blank
    The Promised Land
    Working on the Highway
    Darlington County
    Bobby Jean
    Tougher Than the Rest
    (sign request)
    Drive All Night
    Because the Night
    (Patti Smith Group cover)
    The Rising
    Land of Hope and Dreams
    (dedicated to the victims in Nice)

    Encore:
    Jungleland
    Born in the U.S.A.
    Born to Run
    Ramrod
    Dancing in the Dark
    Tenth Avenue Freeze-Out
    Shout
    (The Isley Brothers cover)

    Encore 2:
    Thunder Road
    (solo acoustic)

    Co urwało pałę i dupę?
    Wszystko.
    Ale konkretniej:
    - ta trasa upamiętnia wydanie The River. Nie jest to moja ulubiona płyta Bruce’a. Jednak on na wszystko ma patent w temacie grania na żywo. To nie jest, że sobie smętnie klepie jak to na płycie, tylko coś niemal zawsze jest inaczej – a to doda refreny, a to wyciągnie inne instrumenty na pierwszy plan, a to wciągnie publikę do roboty. Sprawia to, że nawet potencjalnie średnie kawałki na żywo wyrywają jaja. Bo gdyby mi ktoś dał ten set na papierze tydzień temu, to bym powiedział, że bardzo tak sobie. A po przeżyciu go, właściwie trudno mi powiedzieć, że chciałbym coś w nim zmienić. Z momentów zdecydowanie niezapomnianych:

    - na Independence Day nakazał ludziom wyjąć telefony i robić światło. Było już ciemno, ale dzięki temu zrobiło się całkiem jasno.

    - Boom Boom zagrał, bo ktoś miał sign request, który był w kształcie gitary. Wziął ją więc, pomachał trochę i pognał do perkusji, zaordynował Boom, Boom. Genialny request, pełna dzida.

    - request o Detroit Medley ktoś miał wypisany i wyrysowany na darmowej czapce. Bruce ją sobie ubrał i zagrał. Kolejny złoty strzał, wyszło świetnie.

    - Death to my Hometown na żywo leci bardziej na tym, że jest więcej smyczków, a ludzie się drą ‚ooo’ i klaszczą. Wychodzi to – niespodzianki nie będzie – cudownie. Gdy weszło
    Sing it hard and sing it well
    Send the robber barons straight to hell
    The greedy thieves who came around
    And ate the flesh of everything they found
    Whose crimes have gone unpunished now
    Who walk the streets as free men now

    to wrzask w mojej okolicy był taki, że uszu do dzisiaj nie odzyskałem. Gardła też nie.

    - jednak chyba najmagiczniejszy moment wieczoru miał miejsce po tym. Ponieważ kamerowano głównie pierwsze rzędy, widziałem, że ktoś ma request o The Ghost of Tom Joad. No wiele osób miało requesty o różne rzeczy, więc raczej o tym nie myślałem. No i po tym Death to my Hometown, które położyło mnie na glebę, a raczej żwir, Bruce powiedział, że ma tu taki request od włoskiego pracownika społecznego. I wziął kombinację gitary z harmonijką, i zaczął grać. I ja najpierw sobie pomyślałem, że to Youngstown i się bardzo ucieszyłem, bo bardzo lubię Youngstown. Ale po paru sekundach złapałem, że to nie jest Youngstown, tylko to jest kawałek z tej samej płyty. I że to jest The Ghost of Tom Joad. No i jak tam stałem to dostałem histerii ze szczęścia i smutku, jednocześnie. Jako że jest oparty na jednej z moich ulubionych książek mojego ulubionego pisarza, to dodatkowo wyrywa mi serce. No ale Springsteen go nie gra na tej trasie, więc w ogóle o tym nie myślałem. A raczej nie grał do tego wieczora. Sądząc po tym co się działo wokół mnie, nie jestem jedyną osobą na świecie, która ma jakiś solidny ładunek emocjonalny związany z tym utworem. I tak jak Badlands wyrwało mi gardło i stawy skokowe, tak The Ghost of Tom Joad wyrwał mi serce. I już właściwie chciałem iść do domu. Naprawdę. Za Badlands koncert mi się zwrócił. Za The Ghost of Tom Joad zarobiłem jakieś miliony. No ale to jeszcze było bardzo daleko do końca.

    - Bobby Jean to kawałek, który lubię, a który na żywo nie pozamiatał, przynajmniej mnie. No był ubaw, ale jakoś nie wspominam go jako wielkie wydarzenie.

    - Tougher than the Rest wzięło się z sign requestu, który głosił, że to, bo to ulubiona piosenka mojej mamy. Po tym wykonaniu myślę, że jest to jedna z ulubionych piosenek wszystkich, którzy tam byli. Springsteen wziął sobie Patti Scialfa do śpiewania, czyli żonę, czyli członkinię The E-Street Band. Chyba mają to przećwiczone, bo tam wszystko mają przećwiczone, więc ramię w ramię śpiewali, pary koło mnie padały w siebie i się całowały. Trochę depresyjne jak się jest samemu, ale i tak, nie lubiłem tego kawałka wcześniej, a teraz uwielbiam.

    - dla mnie Because the Night jest kawałkiem bardziej Patti Smith niż Springsteena. Dlatego też miałem solidne problemy, żeby drzeć się, co on drze, a nie ona. Wykurw na publice totalny. Wszyscy zachwyceni i rozśpiewani. Lepiej niż się spodziewałem. Do tego Nils Lofgren zrobił amazing solo, solidną jego część skacząc na jednej nodze dookoła swojej osi i tłukąc takie wykończenie, że o ja jebę. I chyba to już nie będzie dla mnie kawałek Patti Smith.

    - The Rising uwielbiam, ale jednak na żywo nie pozamiatał tak jak parę innych kawałków. Było łubudu, był bang, ale nie był to całkowity pogrom.

    - Land of Hope and Dreams Szef dedykował zabitym w Nicei. W związku z tym, wszyscy byli cicho.

    - mówienie o tym, że były jakieś bisy to pewne nadużycie. Jungleland poleciało właściwie od razu. I jak lubię Jungleland, to akurat tego wieczora mi nie siadło.

    - siadło wszystkim za to Born in the USA. Nie sądziłem, że będzie w to szedł, wydawało mi się, że jedzie set bardziej refleksyjny niż energetyczny (a ma z czego wybierać do obu), no ale jak wszedł riff, włączono wszystkie światła, to była pełna pompa, ze skakaniem i chóralnym śpiewem. Widać też było jak niesamowitą burzę pyłu wzbijamy. Chłopcy koło mnie mieli flagę na ten moment, Born in Torigno. Rozwinęli ją, ktoś narzekał, że nie widać sceny, ale kazali mu się uspokoić, bo skoro zrobili takie prześcieradło, to niech je pokażą. No i pokazali, tak się przy tym cieszyli, że latało mi co widzę.
    Sent me off to a foreign land
    To go and kill the yellow man
    zebrało tak chóralny, wielki wrzask, że musiałem się hamować, żeby nie spaść ze śmiechu przy tym. Kiedyś kolega Amerykanin rozważał odegranie to naszym chińskim uczniom. Zapytałem go jak wyjaśni ten fragment, w kraju w którym z ironią nie jest najlepiej.
    - uwielbiam Born to Run, ale na żywca nie zrobiło na mnie wielkiego wrażenia. Po prostu, zagrał kawałek. A na tym etapie miałem już o wiele większe oczekiwania.

    - spełniły się przy Dancing in the Dark. W jego trakcie wziął trochę publiki na scenę. Tu okazało się, że warto pracować nad piśmiennictwem: załapał się facet z kartką, że ma 65 lat i że jak nie zatańczy teraz, to może już nigdy. Załapał się chłopak ‚Mam 13 lat i uczę się perkusji, czy mógłbym pograć?’. Załapała się starsza pani, chyba ze Szwecji. Załapała się jakaś młoda Włoszka. Ogólnie Szef łaził, patrzył po napisach i jak mu się jakiś podobał, to pokazywał ochronie, żeby wziąć pacjenta na scenę. Ostatecznie miał może z sześć osób, ale pod wrażeniem było jakieś 80 tysięcy. Super wybrał, kilka dekad na scenie, jedni tańczyli z gitarzystą, drudzy z Patti, chłopak nie wierzył i nieśmiało tłukł w talerze. Panowała taka niesamowita radość na publice, bo wybrał tak odmiennych ludzi, każdą osobę z inną motywacją. Przepadła niestety pani z kartką, że ryzykuje rozwód swą obecnością na koncercie i prosi o wsparcie.

    - 10th Avenue Freeze-out posłużyło do wspomnienia Clarence’a Clemonsa. Zastępujący go krewniak nie ma lekkiej roli, ale idzie mu więcej niż świetnie. Na moje oko trochę się obcina, ale co jakiś czas tak zadmie, że wszyscy słuchają właśnie jego, do tego jeszcze coś poskacze, powygłupia się z Szefem. Chwała mu, że nie podrabia wuja, tylko po prostu gra swoje.

    - Potem było Shout. Nie wiem ile trwało to Shout, już wydawało się, że koniec koncertu, ale znowu, i znowu, i znowu grali to Shout. I już Van Zandt powiedział, że The Boss has left the building, ale on i tak wrócił, żeby nam zagrać Thunder Road. Ludzie już mieli dosyć, już chcieli iść do domu. Koncert skończył się parę minut po północy. Pewnie z okazji jakichś przepisów o ciszy nocnej.

    Chwała niebiosom, on nas zajebał.

    Panna koło mnie kładła się chłopakowi na butach, bo jej plecy nie wytrzymały. Potem wstawała i za chwilę znowu padała. Ja też miałem kręgosłup w dupie i powyżej czaszki w tym samym czasie. Daj wariatowi grać koncert, to ci wywali ponad 3,5 godziny. 90 minut, 2 godziny, no to jasne, ale kurwa, ponad 3 i pół? Przecież by ci zapłacili za 90 minut, a ty się wydurniasz! Ludzie by chcieli iść do domu, a ten jeszcze wraca z Thunder Road

    - gdy wychodziliśmy zwartym tłumem z Circo Massimo, kusiło mnie zapytać parę osób: a jaki byś kawałek jeszcze chciał usłyszeć? Czego ci zabrakło? Jestem pewien, że nikomu nie zabrakło niczego. Set, jaki nam zagrał, zabił kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Na papierze bym powiedział, że bez szału, ale na żywca… Jest tylko jeden człowiek, który gra w tej samej lidze. Leonard Cohen. Cała reszta to śmiech na sali. Trochę cichszy przy NIN i Tori Amos, ale przeważająca większość artystów jest kilometry od tego poziomu. Te 104 euro to całkiem niezła relacja ceny do minuty, już nie wspominając, że koncert jaki dostałem zamiata niemal wszystko co w życiu widziałem.

    - wezmę w ciemno jakąkolwiek setlistę Springsteena: bo nawet średnio fajne kawałki gra na żywca tak, że buty (zasznurowane pod kolana) spadają. Point Blank jest dla mnie nudne? No to na żywo jest takie emocjonujące, że wyłem z zachwytu. Hungry Heart z płyty trochę tak za bardzo wieje 80-tymi? To na żywo daje publice śpiewać większość tekstu i wychodzi poezja. A z takiego dla mnie wcześniej miernowatego Tougher than the Rest zrobił coś tak zajebistego, że w kółko słucham.

    - moje wyrazy wdzięczności idą do rzymskiej, chociaż tak naprawdę to bardzo międzynarodowej, publiki. Wszyscy wiedzieli kiedy piłować ryje, a kiedy siedzieć cicho. Wokół mnie działy się dzikie tańce, ale były też czasy ciszy i spokoju. Tego jeszcze Polska się będzie musiała nauczyć. Chyba na przyszłość będę celował we Włochy z koncertami, bo i w Mediolanie kiedyś miałem więcej niż dobre doświadczenia.

    W tym wszystkim dziwi i zaskakuje jedno: z 80 tysięcy ludzi na koncercie, tylko kilka nie zapłaciło za bilet. Ich widzieliśmy na scenie. I to oni mieli największy ubaw z tego całego wieczora. Zapytajcie takiego z New Jersey, co nie chciał zejść. Takiej pasji i takiej radości z tego, że się ludziom gra, nie widziałem od bardzo dawna, a tak naprawdę chyba nigdy. Nie wiem jak on to wytrzymuje, nie wiem ile kilometrów zrobił biegając wzdłuż sceny. Do tego wszystko działa cudownie, nie ma żadnych wtop ani pomyłek, skrzypce wchodzą kiedy mają wejść, tamburyno wali jak ma walić, jak trzeba to równo z saksofonem. Myślałem, że London Calling DVD jest podszlifowane i że się bardziej starał, bo nagrywają. A gdzie tam! Do tego ten jego cudowny zestaw gestów – machania gitarą, robienie min do kamer, zamykanie oczu, okrzyki 1,2,3,4! – to robi taki klimat i daje taką radochę, że gdyby trafił się ktoś nieznający twórczości Wodza, to po pięciu minutach by go chwyciło.

    Wszystkie drogi prowadzą do Carrefoura.
    Ponieważ Włochy i Rzym, to do mieszkania wracałem z buta. Nie minął mnie w tym czasie żaden nocny autobus, w drugą stronę przejechały trzy. Powtórzę: w Circo Massimo był żwir z piachem. Gdy 80 tysięcy osób zaczęło skakać, to pyliło. Gdy koło 1:30 wszedłem do Carrefoura nieopodal miejsca zamieszkania, obsługa nieco wywaliła na mnie oczy. W powietrzu wisiało pytanie, czy ja wracam z jakiegoś Afganistanu. A ja wracałem z jednego z najlepszych koncertów na jakich w życiu byłem.

    Wszystkie drogi prowadzą do tych samych wniosków

    Już kilka razy w życiu zdarzało mi się popełniać szaleństwa, żeby zobaczyć cenionych przeze mnie artystów: w 2008 wydałem niemal wszystko, co miałem, żeby zobaczyć Cohena w Dublinie. Spędziłem setki, jeżeli nie tysiące, godzin w różnych formach transportu na i z koncertów. Czasem nie miałem się jak umyć przez trzy dni (NIN 2005). Spałem na dworcach (np. po Laibach) w dramatycznym zimie. A raczej nie mogłem spać.
    Za każdym razem się opłacało. Springsteen wyniósł to na jeszcze wyższy poziom. Gdy za jakiś czas będę miał najgorszy dzień świata, to wtedy może gdzieś w głowie usłyszę

    That it ain’t no sin
    To be glad you’re alive

    i wtedy wspomnę ten niesamowity wieczór.

    Niestety, bez karakali, lwów i chrześcijan.

    Jest prawda czasów, o których mówimy, i prawda koncertu. Niektórzy uważają, że obiektywizm jest niemożliwy. Na pewno nie jest możliwy przy opisywaniu koncertu jednego ze swoich ulubionych zespołów wszech czasów. Dlatego też są tu trzy części, dwie bardziej zdroworozsądkowe, i jedna bardziej duchowa.

    Cześć techniczna.
    Mieszkając w Moskwie nie zawsze jestem w stanie zaplanować moje pobyty w kraju przodków. Gdy ogłoszono sprzedaż biletów na Black Sabbath w Krakowie, za diabła samego nie wiedziałem gdzie wtedy będę. W końcu dopiero w maju mogłem stwierdzić, że drugiego lipca będę w ojczystym mieście i postanowiłem kupić bilety. Tak się akurat składa, że moja rodzicielka lubi ten zespół, więc zdecydowaliśmy się iść wspólnie. Wtedy już wielkiego wyboru biletów nie było, skończyło się na krzesełkach, dość wysokich, za 299 PLN sztuka. No nie jest to tanio, bardzo delikatnie mówiąc. Nie do końca wiedziałem czego się spodziewać, bo na mapie sali wyglądało na to, że będziemy siedzieć za zespołem, co wydawało się dość dziwne i mało prawdopodobne.

    Mimo różnych typów biletów – dwa typy biletów na płytę, do tego loże, różne krzesełka – bilety te miały jedną wspólną cechę: żaden z nich nie uprawniał do zaparkowania samochodu bezpłatnie, a za 30 PLN. Pobliskie centra handlowe wprowadziły opłaty na to popołudnie, więc tam można było stanąć za 20 PLN. Sprawdziłem sobie to wcześniej i nie braliśmy samochodu, ale pobieranie opłat za parking podczas imprezy muzycznej to po prostu wstyd. Po ile mają być bilety, żeby przestali to robić?
    Wejście przebiegło więcej niż sprawnie, pełno było otwartych drzwi, zajęło to wszystko może minutę, wszystko cudownie grzecznie – proszę, dziękuję. Chyba minęły już te czasy, gdy człowieka byli czasem łaskawi nieco zwyzywać, pytać ‚CO TO?’ patrząc na klucze od domu, i takie tam inne różnice kulturowe.
    Jak to zwyczajowo na koncertach bywa, sprzedawano różne memorabilia związane z występującymi zespołami. Nie chrzanili się, koszulki po 140 PLN, plakaty po 60, to już nawet nie jest drogo, ale bardzo drogo. Gdy byłem w 1998 roku na Black Sabbath, to mogłem jedynie pomarzyć o dotknięciu czegokolwiek z merchandise. Teraz kupiłem sobie koszulkę z trasą, trochę jako wynagrodzenie tego, że osiemnaście lat temu nie mogłem. Niestety, koszulki produkowane są w Bangladeszu. Szkoda, że nawet przy takiej cenie nie udało się zrobić tego w jakimś innym miejscu, skoro ich cenę przeliczają z USD, to może w USA? Kolejki do gastronomii były gigantyczne, za 10 PLN można było dostać 0,4 litra piwa Tyskie o mocy 3,5%. Obsługa ucząca się obsługi klienta, kasy, lodówek, po prostu życia. Tyle, że sympatyczna, ale powtórzę: 10 PLN za 0,4 piwa o mocy 3,5%, na które czekało się dobre naście minut. Po prostu jedno wielkie golenie klienta, nawet woda kosztowała 8 PLN. Sprawa z kolejkami miała się lepiej na trzecim piętrze, ale tam dotarliśmy nieco później. Usiedliśmy na naszych miejscach i cieszyli się dokonaniami zespołu Rival Sons, który to miał szczęście być supportem. Poszło im dość dobrze, chociaż nie jestem pewien, czy miało to wielki sens. Wiadome było, że ludzie przyszli na ten drugi zespół. Podczas ich koncertu cały czas miałem wrażenie, że słyszę jakieś sabbathowe riffy, co albo znaczy, że się nimi inspirowali, albo że mi waliło na głowę i nie mogłem się doczekać. Lub też, że obie odpowiedzi są poprawne.
    O 20:10 Rival Sons skończyli, Black Sabbath miało wyjść o 20:40. Rozpoczęło się oczekiwanie. Oceniałem nasze miejsca na średnio porywające, naprawdę były niemal za sceną. Gdy jednak techniczni wynieśli sprzęt po supporcie, to okazało się, że nie powinno być bardzo źle, tyle że będziemy widzieli wszystko z boku, w kącie mniej więcej 2 stopni.
    Była może jakaś 20:31, było ciemnawo, a po scenie kręcili się techniczni.

    Część emocjonalno-sentymentalna.
    ‚I can’t hear you’ padło zza firanki spowijającej scenę. Nikt się nie spodziewał, ale każdy znajdujący się w Tauron Arena wiedział dobrze kto to powiedział. Wrzask, odjazd i zaraz będzie! Ruszyła jakaś wizualizacja wyświetlana na prześcieradle przed sceną. Jeżeli ktoś siedział z przodu, to pewnie nawet widział co na tym pokazywali, nam wystarczyć musiał wiadomy odgłos burzy. A potem rąbnęło, prześcieradło spadło, weszła nuta i wszyscy oszaleli ze szczęścia. Bo Black Sabbath postanowił rozpocząć swój koncert utworem Black Sabbath, z ich debiutanckiego albumu Black Sabbath. Zebrani na sali postanowili się z tego powodu ucieszyć. Nie mogłem uwierzyć we własne szczęście, chociaż wiedziałem, że tak będzie, ale jaka w tym jest niesamowita pizda! Nawet ten widok z kąta jakichś 2 stopni mi nie przeszkadzał. Ozzy w czarnym płaszczu, obowiązkowy zaśmiech po ‚Satan’s sitting there, he’s smiling’, a potem ostateczne łubudu, myślałem, że rozniesie mnie na tym krzesełku, a gdy dojechali do epickiego finału, wszystko fruwało, nawet te najdalsze sektory.
    Drugie poszło ‚Fairies Wear Boots’. Osbourne pozbył się płaszcza, ludzie nie pozbyli się entuzjazmu, oczywiście po publice niosło się ‚ooo-ooo’. Mnie bardziej zakręciło następne ‚After Forever’, bo zawsze miło pokrzyczeć sobie ‚Would you like to see the Pope on the end of a rope, do you think he’s a fool?’, a i przecież całość tego jest idealna do tupania i machania głową. Do tego nie grali tego w 1998 roku (ani w 2014), więc pełna radość – widać było, że wiele osób przerobiło rok 2014, więc oni zapewne czekali głównie na te, co ich wtedy nie było. Następne ‚Into the Void’ nie jest moim ukochanym kawałkiem, więc mogłem sobie popatrzeć na sytuację nieco spokojniej i zastanowić co widzę. Nagłośnienie było dość dobre. Ozzy nie wygląda na swoje 68 lat, ale trochę mu się przytyło. Ruch sceniczny miał raczej ograniczony, ale co jakiś czas podskakiwał, przebierał nogami, a w późniejszej części występu padał na kolana i bił pokłony publice. Oczywiście każdy dałby się zabić, żeby w takim wieku być w stanie grać koncerty i tyle namieszać co on. Z tekstów do publiki był głównie standard – go crazy, I can’t hear you, louder! W 1998 roku miałem wrażenie, że widziałem żywioł, na Ozzfescie w 2002 roku też dawał solidnie. W 2016 to już dość zmęczony żywioł, używający standardowego zestawu gestów i odzywek. Inną sprawą jest to, że każdy oczekuje właśnie tego zestawu gestów i odzywek, prawdziwym dramatem byłoby gdyby coś zmienił. Następny wielki moment miałem już kilka minut później:
    Następny kawałek jest o wciąganiu kokainy, nazywa się Snowblind, let’s go fucking crazy.

    Mogłem odhaczyć kolejny ze swych ulubionych z repertuaru grupy. Miałem wprawdzie wrażenie, że śpiewanie tego nie wychodzi mu najlepiej, ale i tak, Snowblind na żywo!

    Lecieli dość szybko i zaraz potem rzucili ‚War Pigs’ przy którym większość zebranych dostała jeszcze lepszego odjazdu niż przy Snowblind. Ja podziękowałem sobie za krzesełko i znalazłem miejsce na trybunach, w którym zebrało się jeszcze parę osób cierpiących z powodu siedzenia tamże. Staliśmy sobie z boku, żeby nie przeszkadzać nikomu i tęsknym spojrzeniem patrzyli na płytę, gdzie trwała wielka walka, pełna wooo-oooo, skakania i radości. Na koniec Osbourne przedstawił zespół, powtarzając personalia starych członków po kilka razy. Perkusista, Tommy Clufetos, był wymieniony nieco mniej razy. Od początku jasne było, że to on ma najwięcej roboty i że absolutną fantastyką byłoby wymaganie zagrania choćby jednego kawałka w takim tempie od Billa Warda, zwłaszcza, że Clufetos zdawał się starać wkładać jak najwięcej uderzeń w każdy kawałek.

    ‚Behind the Wall of Sleep’ od zawsze jest dla mnie kawałkiem, który stanowi takie wydłużone wejście do jednego z najlepszych Sabbathów ever. No więc ciągnął mi się chociaż jest krótki, ciągnął i ciągnął, a potem Geezer Butler zaczął grać swoje solo z efektem, który sprawiał, że brzmiało to jak grupowy gwałt na stadzie kaczek. W sumie to jakoś zdałem sobie sprawę, że o ile Iommi to jeszcze zrobił kilka kroków, o tyle Geezer właściwie stał w jednym miejscu przez cały czas. Takim, w którym to go za bardzo nie widziałem. Skończył swoje boskie solo i wszedł obłędny riff do N.I.B., wszystko zaczęło skakać i krzyczeć ‚O yeah!’ we wiadomych momentach. ‚My name is Lucifer, please take my hand’ to darł się chyba każdy uczestnik koncertu. No Osbourne nie ciągnie tego tak pięknie jak lata temu, ale wiadomo, wszyscy na kolanach, łeb wytrzepany.
    Na Hand of Doom się napalałem, ale nie powiem, że wyszło im jakoś cudownie. Znowu miałem wrażenie, że Ozziemu nie idzie śpiewanie tego, ale przynajmniej ludzie na płycie mogli odetchnąć, a to kolejny utwór, którego nigdy wcześniej na żywo nie słyszałem. Potem Ozzy poszedł, zagrali na szybko Rat Salad i na scenie został Tommy Clufetos, jego perkusja i dobre kilka minut rąbania solówek na niej. Podziwiam faceta, tłukł jakby zależało od tego jego życie, gdy już wydawało się, że skończył, to on zaczynał od nowa. To trochę takie kupienie czasu dla zespołu, trochę zrobienie czasu koncertu, ale też fajnie pooglądać jak niesamowicie wygląda solo na perkusji, widok w końcu rzadki. A z mojego miejsca widziałem to wyjątkowo dobrze, dużo lepiej niż ludzie spod sceny. Całe jego występy przeszły w Iron Man, czyli hey! hey! hey! i ‚wooo-wooo-woo-woo’. Zawiedzionych na pewno nie było, na środku płyty widać było tańce plemienne, a huk zapewne obudził wszystkich mieszkających w promieniu kilometra od hali. Do tego tu akurat Osbourne’a głos się jakoś bardzo nie musi wyciągać, a może wszystko się tak darło, że sam go nie słyszałem.
    Trochę mnie zdziwiło, że grają Dirty Women na żywo. Gdy widziałem to na setlistach, to myślałem, że mają jakiś genialny patent na wykonanie tego, ale nie, raczej leci po bożemu i tyle. Może żeby ludzie odetchnęli? Standardowe zejście i obietnica Osbourne’a, jak się wydrzecie, to będą jeszcze dwa kawałki, więc się wydarliśmy i dostaliśmy Children of the Grave, taka petarda, że trudno uwierzyć, że przez jakieś 40 lat właściwie mało komu udało się podejść pod taki poziom metalu. Osbourne miał dwa wiadra i oblał nimi uczestników koncertu, wszyscy oszaleli z radości. No i na koniec oczywiście Paranoid, dzika radość, chociaż gwiazda pomerdała sobie tekst. Zagrany raczej krótko, z minimalnym przeciągnięciem, dalekim od tego jakie można usłyszeć na ‚Reunion’.
    Należało spodziewać się tego, że będą wkrótce kończyli. Rzucili trochę kostek do gitary, podziękowali, God bless you all, zeszli. W sumie jakieś 90 minut koncertu – 14 kawałków, w każdym miejscu na świecie dokładnie takich samych. Pozostając w części emocjonalnej, byłem zachwycony. Kilka razy odjebało mi ze szczęścia, łzy w oczach i zawał serca. Słucham ich dobrze ponad pół życia. Wyjście z trybun zajęło kilka minut (za to widać było, że ludzie na płycie mieli mniej szczęścia). Chyba wszyscy byli zadowoleni, co jest nie lada osiągnięciem, gdy najmłodsi ludzie na publice mają po naście lat, a najstarsi po dziesiąt. Rzadko zdarza się widzieć taką rozpiętość wiekową pomiędzy członkami publiki. Gdy zobaczyliśmy ile cała wesoła ferajna zajmuje miejsca poza halą koncertową, postanowiliśmy spokojnie poczekać u mieszkających nieopodal znajomych. Podobno był to koncert, który ustanowił rekord frekwencji w Tauron Arena.

    Część racjonalna.
    W roku 1998 koncert Black Sabbath wyznaczył mi standardy, którym przez lata wiele zespołów nie mogło sprostać. W roku 2016 zobaczenie ich na żywo było dla mnie cudowną wyprawą w przeszłość, ale patrząc na sprawę zdroworozsądkowo: bilety obłędnie drogie. Pomysły w stylu sprzedawanie płyty (a nawet EPki ze spadami z ’13′ i wersjami na żywo) za 300 PLN to chora przesada. Golden Circle Early Entry kosztowało 5000 PLN, to już absolutne horrendum. Jakieś Golden Circle Platinum za 1400 PLN. Obłęd. A potem zwykła płyta była chyba mniejsza od Golden Circle, totalna komedia, szkoda tylko, że tak drogo wychodzi. Trasa zwie się ‚The End’ z wiadomych powodów, ale nie grają ani jednego kawałka z tej EPki, co w sumie liczyć należy raczej na plus, chociaż za ‚God is Dead?’ nikt by się chyba nie obraził. Całość trwała raczej krótko – zwłaszcza jeżeli uznać Rat Salad i solo Clufetosa za pewne odchyły od normy. Problem jest taki, że nie widzę Osbourne’a śpiewającego np. Sabbath Bloody Sabbath czy Sweet Leaf, a i taki krótki wymiar kary solidnie go wymęczył. Szkoda też, że nie ma żadnych niespodzianek i zawsze grają to samo. Opowieści z materiałów promocyjnych o tym, że trasa ‚prześcignie wszystkie poprzednie trasy wraz ze swoją najbardziej hipnotyzującą produkcją w historii istnienia zespołu’ to totalne bajki, jeden ekran z raczej takimi sobie efektami, trochę efektów świetlnych, współcześnie to przedszkole. Setlista zdradza też znaną od lat prawdę: pierwsze płyty zabijały i definiowały gatunek, niestety potem szło im dość różnie (z ’13′ jako chlubnym wyjątkiem, chociaż nie jestem pewien, czy gdyby tę płytę wydali debiutanci, to byłaby rozszarpywana i wpadała na szczyty list sprzedaży). Mimo wszystkich radości jakich doświadczyłem tego wieczora, pozostaję w nadziei, że był to ostateczny ‚The End’. Kolejny mógłby okazać się płytą nagrobną.

    Bywają lata kiedy już samo ogłoszenie nominacji do Oscarów powoduje, że dostaję niezdrowego podniecenia. W miarę zbliżania się ceremonii wręczenia nagród, odliczam dni i godziny, a podczas ceremonii dostaję spazmów.

    Ten rok do nich nie należy.

    Same nominacje były do przewidzenia na dobre dwa miesiące przed ich ogłoszeniem. Zaskoczeń poważniejszych brak, może tyle, że wydawało się, że ‚Beasts of No-Nation’ mogą powalczyć, przynajmniej w kategorii męskiej pierwszoplanowej. No ale powiedzmy, że smutny fakt, że Akademia spuści po brzytwie film zrobiony przez Netflix też dało się przewidzieć.

    Sezon nagród rządzi się takimi prawami, że doprowadziły one wszystko do groteski i absurdu. Premiery niemal wszystkiego na sam koniec grudnia. Chwała miłym ludziom, którzy ukradli dość pokaźną liczbę filmów, bo inaczej nie miałbym szans, żeby się nimi nacieszyć. Po prostu, mało kto ma czas i pieniądze, żeby iść do kina przynajmniej z dziesięć razy w ciągu jakiegoś miesiąca, a kalendarz sezonu nagród wymaga mniej więcej tego.

    Można powiedzieć, że ciekawe jest to, że w głównej kategorii są trzy filmy z dużą szansą na sukces. Z tych najwyżej ocenione mam ‚The Big Short’. Powalił mnie montaż muzyczny, Bale tłukący Metallikę i Brad Pitt jako moralny mentor przy numerze przypominającym filmy gangsterskie. Wielkim zaskoczeniem było pojawienie się w tym Seleny Gomez, która przybliżyła widzom realia rynków inwestycyjnych. Ubawiłem się cudownie i w końcu ktoś mi przypomniał, po co istnieje kino – po to, żeby w nim robić takie jaja jakich się nie da w słowie pisanym. Gdybym wręczał laury, to spokojnie uszczęśliwiłbym to dzieło w większości kategorii, w których jest nominowane. Prawdopodobieństwo takich wydarzeń jest niskie, ale też nie jest całkowicie niemożliwe, że wygra coś z głównego rozdania. Wydaje się, że scenariusz złapie, a reszta jest pytaniem o to, jak Akademii zawieje.

    Szczerze mówiąc, jest to jedyny film z głównej stawki, który wzbudził we mnie jakieś emocje I sprawił, że poczułem się lepiej. Trochę sobie obiecywałem po ‚The Revenant’, ale tu czekało mnie pewne rozczarowanie. ‚Birdmanem’ byłem zachwycony, jednak znam Inarritu na tyle, żeby wiedzieć, że nie będzie w stanie utrzymać tego poziomu. W efekcie dostaliśmy opowieść w stylu filmów z Seagalem, tyle że tu mściciel biega po krzakach kilkaset lat temu. Lubię DiCaprio, ale to nie jest jego najlepsza rola. Lubię Hardy’ego, ale patrz wyżej. Trwa to ponad dwie godziny. Myślałem, że coś mi musi umykać, bo przecież to niemożliwe, żeby zrobiono film w takim metrażu bez jakiegoś głębszego pomysłu. Myliłem się: zrobiono to, film jest rozwleczony jak wyprute flaki (przez niedźwiedzia). Treści jest na jakieś 30 minut, cała reszta to ładne obrazki przyrody, które jednak wiele nam nie dają. Koniec jest durnie kuriozalny. Natywni Amerykanie są przedstawieni jak chuj wie co – z jednej strony jacyś dzicy i mordujący, z drugiej opresjonowani, z trzeciej obserwatorzy, z czwartej brama do mistycyzmu rodem z marzeń dwunastolatka. Nie jest to jakaś katastrofa, bardziej bym powiedział, że umiarkowanie ambitna porażka, ale i tak wpada w kategorię ‚nie polecę nikomu’. Sprawę ratuje strona wizualna, która może zaowocować takim precedensem, że Lubezky zdejmie trzeciego Oscara z rzędu. Jemu się akurat należy, ale cała reszta (dwanaście nominacji!) raczej nie zapracowała na siebie. Pytaniem jest czy Akademia uzna, że wystarczy, że Inarritu dostał rok temu za film i reżyserię, więc w tym roku nie musi, czy też, że idzie po linii najmniejszego oporu i tworzy precedens w temacie. Szczerze, wolałbym żeby nie. Gdybym jednak musiał stawiać pieniądze, to postawiłbym tu, ale raczej mało. Jest to bardzo bezpieczny wybór, bo nikt tego filmu nie jedzie w czambuł. Akademia nie przepada za wyzwaniami, więc procentowe szanse są po stronie tańczącego z niedźwiedziami (a raczej niedźwiedziem).

    ‚Mad Max’ był dla mnie jednym z pozytywnych zaskoczeń roku. Gdy w chyba sierpniu 2014 zobaczyłem trailer, to pomyślałem sobie, że nie będę tego nawet oglądał, bo średnio mi potrzebny Hardy za Gibsona i wielki budżet za symboliczny, ale potem tyle osób poleciło mi ‚Mad Maxa’, że wziąłem się do rzucenia na to okiem, nadal jednak myśląc, że szał to nie będzie. O jakże się dobrze bawiłem! Chociaż fabularnie to opowieść o tym, że jadą przed siebie, a potem wracają, to wciąga dość skutecznie. Theron zepchnęła Hardy’ego na drugi plan i dzięki temu jest to ciekawsze niż byłoby w tradycyjnej konfiguracji. Wizualnie wszystko jest wow, scenografia, kostiumy, przede wszystkim zostało to świetnie pomyślane, a dopiero potem zrobione. Byłem w szoku, gdy zobaczyłem 10 nominacji, ale w sumie nie są jakoś bardzo przegięte. Akademia jednak nie wydaje się być przesadnie ukierunkowana na filmy akcji, więc na nominacjach i jakichś technikaliach zapewne się skończy. Wydaje mi się, że to taka standardowa próba przyciągnięcia tzw. młodszych widzów, bo oglądalność leci. Z drugiej strony, stawka przesadnie mocna nie jest, więc jeżeli chcieliby zrobić jajo i może w końcu nagrodzić film spoza dyżurnej listy gatunkowej, to nie jest to zły pomysł. Ale nie sądzę, że w to pójdą.

    ‚Spotlight’ wydaje się mieć solidne szanse na zrobienie niespodzianki. Czas tego filmu trochę jednak minął i pytaniem jest, czy powróci, chociaż akademicy głosowali już chwilę temu. No jest to dobry film, ale tak naprawdę to bardziej poprawny niż dobry. Miałem wrażenie, że próbuje trochę na siłę stylizować się na klasykę w stylu ‚Wszystkich ludzi prezydenta’. Aktorsko jest takie zagęszczenie dobrych wykonawców, że aż przesada, każdy ciągnie tę kołdrę w swoją stronę i aż trudno wybrać głównego bohatera, dzięki temu odniosłem wrażenie, że nominowano ich nieco losowo (‚wszyscy są dobrzy,to weźmy tego i tą’). Film jedzie na scenariuszu i tu ma duże szanse na wygraną, w innych kategoriach sprawa jest otwarta. Z innej bajki, fajnie ogląda się pracę w redakcji w USA – trzeba posiedzieć parę tygodni na temacie? Luz, przecież chłop musi wszystko sprawdzić. Coś tam innego? A dobra, niech sobie robi. Jeżeli ktoś zetknął się z polskimi realiami branżowymi, to ogląda mu się to jak science fiction, przy którym ‚Marsjanin’ to dość realistyczny film.

    A jak już o nowym dziele Scotta, najbardziej chyba podobało mi się podsumowanie: ej, przecież jest lepszy niż ‚Prometeusz’. Tak, to prawda, chociaż gdyby chciał odwalić coś gorszego, to musiałby się solidnie postarać. Jeszcze przed seansem słyszałem, że to inteligentne kino science-fiction, że stawia na myślenie, a nie na toporną siłę, no ‚Star Trek’ taki. Ło rany, jeszcze do połowy idzie, ratuje sprawę ładny Mars i pewna atmosfera tajemniczości, ale potem Pullman, wątek chiński, straszny finał, niewiele lepszy Damon… To wszystko sprawiło, że wychodziłem solidnie rozczarowany. Gdy zobaczyłem, że Damon ma nominacje za aktorstwo, to nieco zwątpiłem. Tyle, że człowieka mieszkającego w Rosji dodatkowo cieszy wątek ziemniaków.

    ‚Marsjanin’ i tak nie wypada najgorzej, bo nominowano też ‚Brooklyn’. Chce się zapytać: dlaczego? Takich filmów są setki. Cukierkowy obraz USA i banalna metamorfoza z zastraszonej Irlandki w dumną Amerykankę. Realizm postaci nikły. Wydarzeń jeszcze niższy – cały ten romans to wstyd. Myślałem, że skoro Nick Hornby to pisał, to jakoś będzie wyglądało, facet parę lepszych rzeczy zrobił, ale nie tym razem. Naprawdę, trudno uwierzyć, że coś tak słabego załapało się do nominacji za najlepszy film, aktorkę i scenariusz. Szczęśliwie, prawdopodobieństwa na wygraną czegokolwiek nie ma.

    Po zobaczeniu trailera do ‚Bridge of Spies’ (w wersji ‚Szpjonski Most’) powiedziałem sobie: no to są spokojnie nominacje, pytanie ile. Zestaw Spielberg-Hanks-Kaminski to tacy weterani hollywoodzkich nagród, że musieliby się bardzo postarać, żeby film z ich udziałem został całkowicie pominięty, a jeszcze przy takiej tematyce! Do tego scenariusz Coenów. Sam film jest całkiem dobry, realia dość fajnie oddane (Wrocław jako Berlin, woohoo!), zimno aż czuć z ekranu. Szkoda, że role kobiece są straszne (a raczej ich nie ma). Na zaskakujący plus wybił się Mark Rylance, który zrobił co mógł ze swoim czasem antenowym i szpieg sowiecki wyszedł mu dość intrygujący. Niestety, Spielberg to Spielberg, więc końcówka jest za długa i przesadnie egzaltowana. Nie spodziewam się tu przesadnej liczby nagród, ale przynajmniej jest to całkiem niezły film.

     ‚Room’ kilka miesięcy temu wydawał się mieć szanse na sprawienie sensacji, ale już się tak nie wydaje. Dość prawdopodobne jest to, że Brie Larson dostanie (bo ma na imię jak ser I już dostała wszystko, co mogła dostać), ale ta jej rola nie jest do końca pierwszoplanowa. Sam film bardzo podobał mi się do połowy, w drugiej niestety już znacznie mniej. Najlepsza scena jest w właśnie w połowie, ale po niej niestety nie ma niczego ciekawszego, dramat rodzinny wydaje się napisany na kolanie, im dłużej film trwa, tym bardziej traci. Jest to lepsze i ciekawsze niż średnia produkcji, poza tym nie jest to film, który wszyscy zapomną za dwa miesiące, ale też nie jest to jakiś obłędny odlot, który zostanie ze mną do końca życia i do którego się będzie wracało.

     Kłentę Tarantę jest bogiem od wielu lat. Niestety, ‚The Hateful Eight’ to jego najsłabszy film od czasów ‚Jackie Brown’. ‚Inglorious Basterds’ powalali, ‚Django’ był piętro niżej, ale też odjazd, ‚Ósemka’ ściąga nas w realia człowieka, który musiał zrobić film. O ile sam pomysł nie jest zły, a aktorzy robią, co mogą, to jednak jako całość jest to za długie, natomiast dialogi chwilami przypominają te z polskich filmów akcji. Całą sprawę wypadałoby przemontować. Przy okazji przepisać. Wtedy mogło wyjść z tego coś dobrego. Niestety, metraż jest okrutny, a naprawdę dałoby się z niego ściąć z 40-60 minut, nie robiąc tym wielkiej krzywdy całości. Ostatecznie jest to film, który jest taki sobie, ma lepsze momenty, ale ma też słabsze. Odniosłem wrażenie, że zgubiło wszystkich to, że się znają i przyjaźnią, więc poszło to nieco na samowolkę – Jennifer Jason-Leigh ugrała co mogła i z całej swej roli wyciągnęła cuda. Russel dał sobie radę, ale dało się wycisnąć o wiele więcej z tej postaci. Roth wypadł nieco jakby próbował udawać Waltza. Koniec mnie raczej zdziwił i to nie na plus. Szkoda, o wiele więcej sobie obiecywałem, otwarcie jeszcze podsyciło moje nadzieje. Zapewne weteran Ennio zdejmie Oscara, ale poza tym chyba trzeba będzie poczekać jeszcze chwilę zanim w końcu Quentin zabierze, co mu się od lat należy.

    ‚Carol’ nie załapała się w kategoriach najważniejszych. Trochę to dziwne, bo chociaż nie jest to rewelacja, to jednak jest to solidna robota, a sama tematyka powinna zagwarantować trochę nominacji. Nie jest to poziom ‚Brokeback Mountain’, ale na pewno jest lepsze niż ‚Brooklyn’, do tego stylowo machnięte. Aktorskie są, ale nie sądzę, że Akademia pójdzie w nagrodzoną całkiem niedawno Blanchett, a rola Rooney Mary jest tak w cieniu Katarzyny, że człowiek zastanawia się dlaczego ta inteligentna, elokwentna, ładna starsza pani miałaby się zainteresować tym smutnym, głupawym, zagubionym kaczątkiem. Nie widzę żadnej kategorii, w której mogłoby dostać, ale zainteresowani raczej szybko filmu nie zapomną.

    ‚Straight Outta Compton’ najpierw zaskoczyło mnie na plus, że to całkiem dobry film, bo spodziewałem się jakiejś łzawej opowieści o braterstwie czarnego człowieka z getta, który kręci nutę I jara jointy, a to dość fajny film muzyczny, z niezłymi rolami, muzyką i dobrym wykonaniem. Potem Akademia zaskoczyła mnie na minus dając mu majestatyczną JEDNĄ nominację, za scenariusz. To już w imię bycia wrażliwym na problematykę mogli coś szczodrzej zanominować, zwłaszcza, że scenariusz pisali biali, więc trochę durnie to wyszło. Szkoda, naprawdę wypadało być bardziej szczodrym i to nie tylko ze względów rasowych.

    ‚Inside out’ to nie bardzo częsty przypadek nominowania animacji za scenariusz. Wyjściowy pomysł jest świetny, tylko potem nieco tonie w standardowych bieganinach, ratunkach w ostatniej chwili, wzruszających momentach i topornym puszczaniu oka do widza. Na pożegnanie okazuje się, że najlepsze zostawili na koniec (czyli kota), więc doświadczenie kończy się całkiem miło, ale niestety, nie jest to nowa jakość łączenia filmu dla dzieci z filmem dla dorosłych. Nagrodę za animację ma właściwie pewną. Szkoda, bo znacznie ciekawsze jest najnowsze dziecko Kaufmana, czyli ‚Anomalisa’. Jakoś tak jednak się dzieje, że animowane filmy dla dorosłych nie odnoszą większych sukcesów na Oscarach. Szans na niespodziankę w tej kategorii, niestety, raczej nie ma.

    Podobnie niemal pewny nagrody mogą być twórcy ‚Amy’. Akurat w tym roku nie było trudno oglądnąć wszystkie dokumenty. Obok ‚Winter on Fire’, ten jest najsłabszy. Niestety, ponieważ to o Amy, to kosi wszystkie możliwe trofea. Film niemal hagiograficzny, nie oferujący żadnych ciekawych informacji, męczący się z raczej za małą ilością materiału i brakiem selekcji tegóż, chwilami robiący wrażenie, że się zaraz posypie. ‚Winter on Fire’ jest znowu tak tendencyjne, że trudno to nazwać dokumentem, chociaż przynajmniej technicznie i narracyjnie nie ma problemów w stylu ‚Amy’. A potem są nieco lepsze rzeczy: ‚What happened Miss Simone?’, który pokazuje niezły kawałek historii muzyki i praw Czarnych w USA, przy okazji oferując dość dużo kawałków Niny w różnych wersjach. ‚Cartel Land’, który pozwala nam na poszerzenie wiedzy o Meksyku i pograniczu z USA. I w końcu najlepszy ‚The Look of Silence’, druga część opowieści o żyjących spokojnie ludobójcach w Indonezji. Przerażający, robiący wrażenie, nakręcony diabli wiedzą jakim cudem, z obłędnymi metaforami okularów, materiałami zdobytymi podstępem i wieloletnią pracą. I niestety, skoro ‚The Act of Killing’ został wyruchany przez Akademię, chociaż kosił wszystko gdzie indziej, tak w tym roku ten film skończy na nominacji.

    Z cyklu skandale: piosenka do ‚Spectre’ jest tak zła, że to po prostu wstyd, że ją nominowano, zwłaszcza, gdy ma się w pamięci Skyfall (a i od tego bywały lepsze kawałki). Sam Smith podobno napisał to pod prysznicem. Niestety, słychać. Kawałek nie podoba się chyba nikomu, nie słyszałem go nigdzie (a rosyjskie centra handlowe grają naprawdę dużo dziwnych rzeczy). Kawałek z ‚Fifty Shades of Grey’ – litości! W tym wszystkim już chciałoby się, żeby Gaga wzięła, bo przynajmniej to Gaga I zaangażowana społecznie. Anthony z ‚Racing Extinction’ działa dość dobrze z filmem, znacznie gorzej bez.

    Jedną z większych niespodzianek roku stała się ‚Ex Machina’. Wiele sobie po tym nie obiecywałem, a tu inteligentne science-fiction z budżetem mniejszym niż piątkowa libacja. Vikander super, męskie role super, ilość zaskoczeń wystarczająca, żeby obdzielić nimi kilkanaście innych filmów. Akademia chyba nie wiedziała co z tym zrobić, z jednej strony nominacje za scenariusz i efekty, a potem nic. Film trochę nagród skosił, więc szkoda, że tu jednak poszli w wyjebanego ‚Marsjanina’ dla dzieci i młodzieży zamiast w coś nieco bardziej ambitnego. No ale znowu: Akademia, science-fiction? Nie, to nigdy nie działało i chyba już nie zadziała.

    Dennisa de Villeneuve lubię od lat, na ‚Sicario’ rzuciłem się ledwo tylko wpadło w moje ręce. Uczucia mam mieszane, są w tym świetne momenty (przejazd do granicy, finał), są gorsze. Technicznie film powala, aktorsko jest więcej niż dobry, całość ogląda się bezboleśnie, ale z jakichś powodów przepadł w tym sezonie i dostaje nominacje głównie za technikalia, gdzie przegrywa, bo konkurencja jest solidna.

    Rocky powstał w 1976. To było czterdzieści lat temu. Parę filmów po drodze wykorzystało ten pomysł, wliczając w to skromne PIĘĆ kontynuacji serii. A, to czemu nie zrobić kolejnej? Prawdopodobieństwo wydarzeń? Po co? Postaci? E, nie. Cokolwiek poza wykorzystaniem klisz znanych ze stu innych filmów? Nie, lepiej nie. Idziemy bezpiecznie, no dajmy im telefony komórkowe, sparafrazujmy parę scen i amen. Sylwek zagra na granicy parodii i tyle, hajs będzie. Powiedzmy, że to się da zrozumieć. Ale, że nagle Sylwester ma nominacje i poważne szanse na wygraną? Przecież to chyba jakiś dowcip. Jeszcze lepszym jest to, że padły pytania, że czemu nominowano jego, a nikogo z czarnoskórej części obsady. Chrystepanie, toż wstydu trzeba nie mieć, żeby się zastanawiać. To suma moich przemyśleń na temat dzieła ‚Creed’.

    Nie jestem megawielkim fanem ‚Star Wars’, ale jednak jakieś parę razy to widziałem, a na premiery chodziłem często w dniu zero. Tym razem też pognałem ledwo dali i w sumie nie wiem, co o tym myśleć. Nie jest to straszna pomyłka, ale nigdy nie widziałem filmu zrobionego tak na kolanach, który jest jednym wielkim cytatem z oryginalnej serii. Cytatem chwilami dość groteskowym, bo wszystko jest większe, bardziej efektowne, a i tak nie robi wrażenia, może poza dość wczesną sekwencją roztrzaskanej floty Imperium. Kylo Ren to koszmar, Vader na miarę naszych czasów, głupawy, histeryczny, wrażliwy hipster. Sprawę solidnie ratuje Harrison Ford i trochę nurtuje, że skoro już uznano, że będą nominować Sylvestra, to czemu nie jego? Przynajmniej tu się Han Solo rozwija i zmienia, no a Rocky Balboa nie bardzo. Na plus liczę to, że efekty specjalne nie są jedynie orgią zabaw programem komputerowym, nuta bije po uszach, dzieje się niemało, więc mogło być gorzej. Pytaniem jest czy Akademia pójdzie bardziej w techniczny aspekt ‚Mad Maxa’ czy jednak ‚Star Wars’. W Maxie mają gitarę na benzynę…

    ‚The Danish Girl’ włączałem z ciężkim sercem i bojąc się, że będzie to mordęga. Szczęśliwie nie, Eddie Redmayne powalił mnie tu jeszcze bardziej niż jako Hawking, a całość wydawała się bardzo ciekawym przybliżeniem raczej mało znanej postaci. No niestety, sprawdzenie sobie informacji o prawdziwym życiu artysty-artystki zawocowało odkryciem, że to, co pokazują w filmie, solidnie odbiega od rzeczywistości, wliczając w to zakończenie. Rozumiem, że to nie dokument, ale bądźmy poważni, są pewne granice tego, co wypada zmieniać na potrzeby ekranu. Wszystko wskazuje na to, że Vikander dostanie nagrodę tutaj, trochę przy okazji za popis w ‚Ex Machina’, co dość cieszy.

    ‚Trumbo to super film – taki, któremu stylizowanie się na klasyczny wychodzi lepiej niż ‚Spotlight’. Niestety, morduje go tematyka, członkowie Akademii nie chcą raczej promować dzieła, które pokazuje, jak strasznie prześladowano ludzi za ich poglądy, nawet mimo tego, że stanowi to niezły kawałek historii kina. Problem, że nie tej, którą oni chcieliby się chwalić. Cranstona pominąć się raczej nie dało, niestety całą resztę tak. Dla mnie to jeden z lepszych filmów roku 2015, który niestety przepadł niemal całkowicie.

    Biografią z innej bajki jest ‚Steve Jobs’. Nie chciałem tego nawet oglądać, ale Sorkin to jeden z lepszych scenarzystów naszych czasów, Boyle też potrafi robić filmy, a Fassbender raczej chały nie gra, więc poleciałem na nazwiska. Niespodzianka niemal sezonu, nawet średnio przeze mnie kochana Winslet daje tu popis, a Fassbender to rewelacja. Mówią, że stawka w męskiej pierwszoplanowej jest taka słaba w tym roku, ale gdzie tam, to wcale nie Leo odwalił najlepszą rolę. Pullman o cztery długości lepiej niż w ‚Marsjaninie’. Nie wyszedł z tego hagiograficzny obrazek, a ciekawy zapis dość epizodów z życia wiadomej osoby. Chwilami trochę wieje tandetą, ale i tak Fassbender robi wrażenie, a całość znacznie powyżej oczekiwań.

    Nominowanie Lawrence za ‚Joy’ jest ponurym żartem. Film jest jednym z większych burdeli ekranowych jaki widziałem, pełno wątków jest nieistotnych (na kiego ten hydraulik???), de Niro robi z siebie pajaca (po raz kolejny), a Lawrence nie do końca wie kim chce być i kogo ma grać. Najciekawszy w tym jest obraz telezakupów, ale to tylko kilka minut z jakichś dwóch godzin męki. Sama historia mogła się wybronić, ale zamordowano ją skutecznie tyle razy, że odetchnąłem z ulgą, gdy skończyłem obcowanie z tym budującym obrazem walki amerykańskiej kobiety o lepsze jutro.

    Nominowanie Charlotte Rampling za ’45 Years’ to miły ukłon w stronę kina niezależnego, który to ukłonem pozostanie. Powoli staje się tradycją, że Akademia wrzuca jakąś bardziej wiekową i zasłużoną aktorkę do kategorii, żeby na tym poprzestać – taki znak ‚ej, no my też oglądamy filmy spoza Hollywood i je doceniamy’. Mogli już dla porządku dać też faceta, bo przecież zły nie jest, a i sam film dość ciekawy, lepszy niż tegoroczna średnia – scena na strychu jest nie do zapomnienia. Jednak Rampling była łaskawa wypowiedzieć się o stosunkach rasowych w Hollywood, tym samym grzebiąc jakiś promil szans na swoją wygraną. Film dobry, ale nie na Oscary, amen.

    Standardowo – filmy, które załapały się do kategorii obcojęzycznej, to nieco inna bajka niż konkurs główny. Wszystkie znaki na niebie, ziemi i w paru innych miejscach wskazują na to, że ‚Syn Szawła’ wygra. Niestety, nie było mi dane obcować z tym dziełem. Podobnie nie zdobyłem jeszcze ‚Embrace of the Snake’, o którym też mówią, że jest super. Z pozostałej trójcy największe wrażenie zrobił na mnie ‚Mustang’, czyli blaski (umiarkowane) i cienie (dość głębokie) dorastania na tureckim zadupiu. Robi wrażenie na każdym poziomie, może wypadałoby nieco bardziej rozpisać ojca, żeby dało się go lepiej rozumieć. Duńska ‚Wojna’ to zaskakująco wyważony Afganistan, pokazujący to od strony znacznie mniej widowiskowej niż zwyczajowe dokonania z USA, z dobrymi rolami i zakończeniem. ‚Theeb‚ się bałem, ale niepotrzebnie, przyzwoity film ze ślicznymi obrazami lokalnej przyrody, całkiem dobrą historią i wieloma miejscami, w których zaskakuje na plus. Jednak wszyscy zgodnie mówią, że Węgier zbierze, co jest do zebrania.

    Chciałbym zakończyć jakąś rzewną opowieścią o tym, że mam perły, których nie nominowano, a powinni. Niestety, raczej nie mam. Pewnie w ciągu paru miesięcy się znajdą, ale na chwilę obecną jedyny film, którego mi nieco brak to ‚Lobster’, czyli dystopia ze zwierzętami, miłością I samotnością. Jednak olanie tego przez Akademię zdziwieniem nie jest, gdzież by oni takie coś docenili? Podobnie nie będę pisał, że jeden z najciekawszych horrorów ostatnich lat, ‚A Girl Walks Home Alone At Night’, to mi się kiedykolwiek widział jako film nominowany do Oscara. Z roku na rok coraz bardziej widać, że Akademia brnie w ślepą uliczkę, którą ograniczają takie ściany: nominować głównie filmy, które miały premiery w grudniu. Tematyka I gatunki: dramat, wojna, historia, sprawy miłosne, kombinacja tego wszystkiego. Seks nie. Przemoc trochę tak, ale bez przesady. Główny obieg kinowy tak, niezależność kończy się na Sundance.

    Oczywiście zarwę tę noc I powiem ‚kurwa’, gdy Oscar powędruje w jakieś (moim zdaniem) absurdalne okolice. Na pewno przy dokumencie, pewnie przy piosence, ale poza tym chyba nie są w stanie mnie wściec w tym sezonie. Trochę mi szkoda, ale ogólnie patrząc na całą listę, nie są to filmy, do których będzie chciało się wracać albo opowiadać znajomym, że muszą je koniecznie zobaczyć, niezależnie od tego jakie będą decyzje Akademii.

    Chyba pierwszy raz od paru sezonów dominującym słowem, który przychodzi mi na myśl patrząc na listę nominowanych, jest: ‚średnio’, czasem łamane na: ‚wtórnie’. Korzystając z dobrodziejstw internetu, mam wrażenie, że jest uczucie, które dominuje pośród zainteresowanych tematem. Rzućmy sobie okiem dlaczego:
    - z całej stawki najbardziej podobał mi się ‚Birdman’, który jednak w dziedzinie autotematyzmu kinowego nie jest czymś wybitnie nowatorskim ani nawet nie plasuje się w czołówce. Nie jest to film, który gra w jednej lidze z ’8,5′, ‚Sunset Boulevard’ i paroma innymi. Niemniej, pierwszy z trzech końców jest super. Komentarz do stanu współczesnego kina również. Keaton mi się podobał, ale wiem, że wielu osobom nie. Norton wydaje się trochę nie na miejscu, a cała rola tak przerysowana (jeszcze ciągnięta przez niego w większe przegięcie), że daleko od mruczenia. Emma Stone jest i tyle. Może Inarritu dostanie nagrodę, w końcu go już parę razy nominowali, może scenariusz, Keaton wydaje się mieć dość solidne szanse, ale główna nagroda byłaby pewnym zdziwieniem, chociaż są i tacy, co mawiają, że ma szanse na dublet. Od strony technicznej, to zależy jak Akademii zawieje, mogą nagle się zakochać i dać wszystko, mogą całkowicie olać. Jest to chyba jedyny z filmów, który wzbudza jakieś poważniejsze debaty i kontrowersje (bo i nie brakuje ludzi, którym się nie podobał).

    - gdyby Oscary wręczano ze dwa miesiące temu, to ‚Boyhood’ na pewno zdjąłby wszystko. Mam jednak wrażenie, że boom na ten film nieco opadł. Ma jednak Globa, co daje solidne szanse w walce o wiadome laury. Ma pomysł jakiego nigdy wcześniej nie było (i zapewne szybko nie będzie). Ma świetne role drugoplanowe. Jeżeli Arquette nie dostanie tego Oscara, to się wszyscy zdziwią. Hawke chyba młodnieje z roku na rok, ale jednak za tę rolę laury mu nie grożą. Koncepcja zrobienia filmu w ten sposób jest całkiem ciekawa, fantastycznie wyłapuje tematy, którymi żył cały świat (Irak, Obama, Harry Potter, ale też wzrastającą rolę telefonów w naszych życiach). Niestety, trochę mi się snuł, a czasem miałem wrażenie, że scenariusz był taki: a zobaczymy, co wyjdzie i będziemy się martwić dalej, bo kto wie, czy jutro nam Arquette walec nie przejedzie. Wyszło w porządku, ale nie wyszło cudownie. Dość poważnie ogrywane są klisze w stylu nowy ojciec-alkoholik, ojciec-empatyczny, ojciec-intelektualista. Pewnym problemem jest to, że to film bardzo amerykański, doświadczenia dzieciństwa np. Polaka są całkowicie inne, ogląda się to nieco z boku. Poza samą koncepcją i czasem produkcji nie ma w tym filmie niczego niesamowitego – po prostu szkoda, że nie wyciśnięto więcej z tego pomysłu. Myślę, że i tak wystarczy to na nagrodę główną, ale nie spodziewam się totalnej dominacji tego obrazu, a scenariusz byłby poważną przesadą.

    - pewne szanse zagrożenia ‚Boyhood’ ma ‚Grand Budapest Hotel’. Fajnie się to ogląda, fajnie zagrane, ładnie wygląda. Czyli to, czego się człowiek spodziewa po kolejnym dziecku Andersona. Być może jest to rzeczywiście jego najlepszy film (wolę od ‚Moonrise Kingdom’), więc nagrodzenie go nie byłoby bardzo dziwne, no i ma Globa, co zazwyczaj nie szkodzi. Z drugiej strony, to nie jest dzika rewelacja, wyrwanie z butów i pokazanie czegoś, czego się samemu wcześniej nie robiło. Jeszcze z trzeciej strony, można docenić Andersona za doprowadzenie niemal do ideału formy, którą sobie dawno temu obrał. Ilość nominacji po takim czasie od premiery wskazuje na to, że coś może być na rzeczy.

    Nie wydaje mi się ten rok rokiem totalnej dominacji któregokolwiek z filmów, więc może głosy rozłożą się tak, że nagle coś innego wypłynie z najważniejszymi laurami. Jest jedno dzieło, które ma na to szanse. ‚Whiplash’. Film, który zebrał chyba najlepsze noty od ‚ normalnych’ widzów, a i u krytyków dość zgodnie dał sobie radę. W końcu każdy spotkał się w życiu z nauczycielem-wariatem (pozdrawiam moją panią od matematyki). Świetnie się to ogląda po raz pierwszy, ale gdy złożyło się, że oglądałem po raz drugi, to już nie ma tego odjazdu. Wiele działań Fletchera jest solidnie irracjonalnych, i to tak, że załatwiłby swoją karierę prędzej niż cudzą. Pewny wydaje się Oscar za rolę drugoplanową męską, która niby leci na jednej nucie, ale czasem udaje się przemycić coś mniej oczywistego. Jeżeli okaże się, że ten film jest na fali, to techniczne kategorie może przejechać właściwie wszystkie. Niby od lat mówi się, że Akademia próbuje przekonać do siebie młodzież, więc pytanie jest, czy naprawdę, a po drugie, czy nie uzna, że ‚Boyhood’ bardziej im pasuje do tego celu.

    Jest też ‚Foxcatcher’. Straszne oszustwo, mimo zachęcającego tytułu, lisa jest w tym bardzo mało, tylko trochę na początku i pod koniec. Cała reszta jest tak na średnio-dobrze. Aktorsko bywa po prostu zajebiście, Carell zabija, ale scenariuszowo to się nieco snuje. Historia oparta na faktach, ale jak je zacząć sprawdzać, to bardzo luźno – uważam, że nie można sobie aż tyle pozmieniać wobec tego, jak się sprawy miały. Jakaś poważniejsza liczba nagród byłaby wielkim zdziwieniem. Mamy też do czynienia z raczej dziwną sytuacją: nominacja za reżyserię, ale brak nominacji za film. No cóż, nie sądzę, że Miller będzie wstrzymywał oddech podczas wręczania tej kategorii.

    ‚The Imitation Game’ można ocenić na dwa sposoby: albo film, który nie wie czym jest i czym chce być, bo z jednej strony Wojna Światowa, genialni naukowcy i homoseksualizm. Albo, że jest to film totalny, który wieloaspektowo ukazuje problemy ludzi odstających pod paroma względami od społeczeństwa. Można sobie wybrać, ja niestety skłaniam się nieco bardziej ku pierwszej opcji. Już nawet nie chce mi się rozważać, czy wystarczająco pokazano udział Polaków w całej imprezie, ale poczynając od plakatu (kopia z ‚The Social Network’, który był kopią ‚The Man Who Fell To Earth’), to wszystko jest bardzo mało porywające. Zagrane w porządku (ale też znowu Cumberbatch nie powala i nie sprawia, że się go chłonie), ale bez odjazdu. Pomontowane, udźwiękowione jak wyżej. Myślę, że film będzie miał spokój i zakończy wieczór z tym, co zacznie, mimo dość pokaźnej liczby nominacji.

    Swoistym kuriozum jest ‚Selma’. Film, który mógłby mieć i z sześć nominacji (aktorskie, scenariusz), ale przepadł. Po pierwsze, bo prawdopodobnie za późno się pojawił i członkom Akademii nie udało się go oglądnąć. Patrzcie jacy spracowani, ludzie łażą do roboty, potem łapią filmy na necie albo nocnych seansach w kinach, a tu członkowie Akademii dostają to na płytach i nie wyrabiają się z oglądnięciem – ci ludzie naprawdę muszę kochać kino! Inny możliwy powód: film o tematyce bardzo podobnej wygrał w zeszłym roku. W sumie nominowanie pani reżyser byłoby niezłym pomysłem dla Akademii, bo mieliby nieco mniej zarzutów, że to kolejny rok festiwalu kina wiekowego białego samca (wtedy za to można byłoby ich oskarżyć o koniunkturalizm i poddawanie się presji). Być może uznano, że na parę lat dadzą sobie przerwę od kina dotyczącego problemów etnicznych USA. No i ‚Selma’ jest pod każdym względem dobra, ciekawa, interesująca, oferuje nowy punkt widzenia na dość dobrze znaną postać historyczną, ale raczej nikt nie uzna jej za najlepszy film z całego zestawu.

    ‚Theory of Everything’ to kolejne stany średnie. Wiele osób zachwyca się rolą Redmayne’a, ale jak się nad tym zastanowić: chłop idealnie wiedział, co ma grać, nie mógł, ale i nie musiał tworzyć roli, która byłaby oparta o jakąś jego interpretację scenariusza. Do tego pamiętajmy złotą zasadę filmu: ‚you never go full retard’, co jest nieco okrutne w tym kontekście, ale istnieje ryzyko, że Akademia nieco tak odbierze ten występ. Już Crowe w ‚Pięknym umyśle’ mógł bardziej poszaleć, a przez dużą część seansu miałem wrażenie, że tamto dzieło bardzo wpłynęło na kształt tego. Szkoda też, że z filmu bardzo mało dowiadujemy się o tym, dlaczego Hawking wielkim poetą był, a raczej wielkim naukowcem jest. Wydaje mi się, że film wpakowany do zestawu, żeby było coś innego niż same amerykańskie dramaty, więc taka opcja trochę romantyczna.

    W znacznie innych rejestrach niż stany średnie uplasował się ‚American Sniper’. Bradley Cooper geniuszem raczej nie jest, no ale ok. Eastwood jednak jest geniuszem i to takim, który już się sprawdził w roli reżysera i producenta, więc wydawało mi się, że będzie dobrze. Przez jakąś połowę filmu myślałem sobie: ‚Dobre! Fajną optykę obrali. Jakiś wioskowy mędrzec z Południa USA jedzie na kuriozalną wojnę i tam awansuje z poziomu przegranego życiowo do totalnego wodza. Fajny pomysł! Ciekawe, co będzie dalej?’. Potem zacząłem jednak obawiać się, że dalej może za wiele nie być, bo czas leci, a ja tu cały czas oglądam ‚Hurt Locker’, które spotyka ‚Enemy at the Gates’, więc pojedynek snajperski w realiach bardziej pustynnych niż Stalingrad. Pod koniec to aż się przebudziłem, że takie cuda. A ostatnia scena… Eastwood, który zrobił taki dyptyk jak ‚Flags of our Fathers’-’Letters from Iwo Jima’ nagle odpływa tak totalnie w patriotyzm rodem ze średnich rozmiarów miasteczka? Ja wiem jakie on ma poglądy polityczne, ale jednak da się chyba jakoś ciekawiej i bardziej wielopłaszczyznowo powiedzieć coś o wojnie, do której dostęp multimedialny jest niemal nieograniczony? Można powiedzieć, że ten cały Bliski Wschód-Afganistan są cholernie trefne dla amerykańskiego przemysłu filmowego, gdy się je porówna z Wietnamem. O tamtejszej ‚wojnie’ (termin niby niepoprawny) powstały np. ‚Apocalypse Now’, ‚Full Metal Jacket’, ‚Platoon’ (i dwa dalsze filmy Stone’a), jeszcze z boku ‚Killing Fields’ Joffe, a tu co? TO? I średni ‚Hurt Locker’? To już ‚Jarhead’ wygrywa wszystko z nimi, chociaż ten film przepadł jak kamień w wodę. Podobno książka, na której oparto ‚American Sniper’ jest lepsza. No cóż, to nie jest wielki wyczyn. Gdyby Akademia zdecydowała się coś wręczyć temu filmowi, to byłaby to totalna amerykańska kutasówa. Nie sądzę, że się ośmielą. Poza tym, droga Akademio! Od 2001 roku chwila minęła. Z pozycji kraju, któremu wielu osób współczuje i uważa, że ww. kraj sobie może, bo WTC, zdetronizowaliście się dla jednych koło 2003, dla innych nieco później. Współcześnie naprawdę ciężko wam będzie złowić wiele współczucia na takie opowieści o ciężkim życiu waszych wojaków.

    Jak zwykle są ominięcia. Przede wszystkim ‚Night Crawler’, film który podobał się chyba wszystkim, film, w którym Gyllenhaal wyjechał w okolice niebios i film, który dostał jedną nominację – za scenariusz. To największy skandal, bo powinien to być główny kandydat do większości laurów Akademii. Niestety, Gyllenhaal jest w tej lidze, co Fassbender, Phoenix i trochę Brad Pitt, czyli ‚nie nominować!’. Szanse na tę jedyną statuetkę są mizerne. Szansa, że film będzie pamiętany i że ludzie będą go wymieniać jako jeden z ciekawszych ostatnich lat o wiele większe.
    Ku memu wielkiemu zaskoczeniu również tylko jedną nominację dostało ‚Maleficent’. Przyznam, że całe dzieło dość pozytywnie mnie zaskoczyło, myślałem, że coś więcej ugra, a tu tylko kostiumy. Zapewne też w ciągu następnych paru miesięcy znajdzie się trochę filmów, które skrzywdzono.

    Film obcojęzyczny (kategoria wybitnie ważna w tym sezonie dla każdego Polaka z powodów oczywistych) może zaskoczyć. ‚Ida’ wydaje się dość pewna, ale znowu, ten film miał swoje parę minut chwilę temu. Z drugiej ma też nominację techniczną, co takie częste dla obcojęzycznych znowu nie jest. Mówiło się, że ze względów proceduralnych ‚Lewiatan’ się nie załapie, ale się załapał, więc coś może wskazywać, że są mu chętni. Może też tak być, że z powodów ‚a w sumie to nie wiem i mi się nie chce, ale wesprzyjmy jakiś kraj rozwijający się filmowo’, wygłosuje się nagle Gruzja-Estonia. Nie bolałoby mnie to, chociaż mój ranking otwiera ‚Lewiatan’. Genialnym pomysłem Zwiangincewa było to, że wziął historię z USA i wrzucił ją w Rosję. Polacy oczywiście widzą w tym Polskę (bo i trudno nie widzieć), ale tak mało osób chce widzieć w tym Stany, że to po prostu majstersztyk. ‚Ida’ mnie na zmianę nudziła (ładnie, ale mało się dzieje), irytowała (aha, to jak się na chwilę idzie z klasztoru, to poszaleć? I to jest film na poważnie?) i zastanawiała (hm, czyli doszliśmy już do pozytywnych prokuratorów stalinowskich?). Wyjście starszej pani wprawiło mnie w dziki śmiech, bo skojarzyło mi się z moim adresem. ‚Mandarynki’ przywodziły mi na myśl ‚Ziemię niczyją’, ale nie do poziomu wtórności. Ja bym sobie chciał nie-Idę z tego zestawu (pozostałej dwójcy nie widziałem), ale pieniądze stawiałbym raczej na dzieło Pawlikowskiego. Nie powiem, że jestem wybitnie zachwycony, że jedyne polskie filmy, jakie są dostrzegane poza granicami, to te o II WW. Fajnie byłoby, gdyby pewnego dnia udało się wyrwać z tego zaklętego kręgu, bo kino polskie już nie jest tak totalnie złe jak jeszcze parę lat temu. Nie są to może najlepsze filmy świata, ale jednak, zazwyczaj da się te dzieła bez większego bólu i zażenowania oglądnąć. No ale komunikat jest prosty, róbcie filmy o wojnie i Żydach, bo Polska to wojna i już nic ciekawego poza tym. Cała debata na gruncie krajowym sprowadza się do tego, że ‚aaaa, kurwaaaa, dajcie nam Oscara!’, a nie do tego, czy ten film jest aby najlepszym z nominowanych. To samo jest w innych ‚polskich’ kategoriach.
    Inna sprawa, że w pewnym sensie to jest najbardziej skandaliczna kategoria Oscarowa. Jak bardzo trzeba być dziwnym znawcą kina, żeby wybrać ‚Departures’ (koszmarną japońską nudę, której chyba już nikt nie pamięta) ponad ‚Walc z Baszirem’ (wykurw, który pamięta każdy, kto widział) ? Grecki ‚Kynodontas’ olać na rzecz mdłego ‚In a Better World’ pani, która sama robiła dużo lepsze filmy wcześniej? Tu niemal każdy rok to skandal i gwałt na zdrowym rozsądku, gdy się wspomni poprzedni. Aaaale! Aż do trzech sezonów temu: nagle zaczęły wygrywać filmy, który są doceniane przez krytykę poza USA, czyli kolejno ‚Rozstanie’, ‚Amour’, ‚Wielka Piękność’. Po prostu, zmieniono nieco zasady głosowania. Niemniej nie pomoże to w odgadnięciu, co wydarzy się w tym sezonie. Można liczyć po kategoriach narodowych – Polska ma 10 nominacji, zero wygranych, a Ruskie już przecież dostały (20 lat temu…). Estonia (czyli Gruzja) i Mauretania nigdy. Ale Estonia nie ma dystrybucji w USA. Mauretania za to była w Cannes, ale o tym zaraz. ‚Wild Tales’ to Argentyna i ma dobre recenzje, ale Argentyna dostała w 2009 roku, kiedy to pokonała dwa filmy stawiane wyżej (‚Białą Wstążkę’ i ‚Proroka’, a uczyniła to ‚Sekretem ich oczu’). No nie zrobiło mi to przesadnie jaśniej. Jednak nadal mówimy o ludziach, którzy nominowali ‚American Sniper’, którzy nie mają czasu oglądać filmów nominowanych w najważniejszych kategoriach, więc co ja w ogólę o takich jakichś pobocznych? No i znowu potwierdziła się klątwa Złotej Palmy. Nie zakochałem się w ‚Winter’s Sleep’, ale coś mi mówi, że w Akademii to go widziało mniej osób niż na jednej sali kinowej w Krakowie w piątkowy wieczór.

    Jeszcze z takich odprysków: ‚The Judge’. Powiedzmy, że dam punkty Robertowi za walkę o miejsce w kinie nie stricte komercyjnym. Chwała, że chce. Problem, że nie tędy droga. Większość publiki jest dość dobrze ogarnięta z thrillerami sądowymi i nawet próby ogrywania nieco konwencji raczej ich nie porwą. Po pierwsze, bardzo dawno temu powstał ‚Świadek oskarżenia’ z Dietrich i Powerem. I takich ’12 gniewnych ludzi’. Powiedzmy, że jeszcze ‚The Verdict’, bądźmy szczodrzy, że ‚Music Box’. Z jakiej więc okazji, bo zakładam, że nie z tej, że mają nas za urodzonych wczoraj, ktoś robi taki thriller sądowy, który w sumie gubi się solidnie w wątkach rodzinnych? Nawet trudno to nazwać thrillerem, film, którego duża część dzieje się na sali rozpraw. Duvall dostał nominację z okazji wysługi lat, zamiana jej na nagrodę byłaby skandalem (właściwie każdy jest lepszy, no może Ruffalo akurat nie tak bardzo). Inna bajka, że Duvall ma dość dużo lat, dokładnie 84. Więc może się okazać, że Akademia (średnia wieku podobna), nagle uzna, że film nominowany w jednej kategorii musi desperacko dać Duvallowi Oscara, no bo nie ma. Jednak były już lepsze filmy i role (Emmanuelle Riva w ‚Amour’ choćby) seniorów, więc nie sądzę, że się będą chcieli wydurnić bardziej niż zazwyczaj.

    ‚Mr Turner’ z opisów wydawał się jechać w jakieś z osiem nominacji, jak to filmy o wybitnych artystach. Pojechał w znacznie mniej i nie będę nad tym ryczał. O ile wizualnie i aktorsko jest fajnie, o tyle cała reszta to opowieść o tym, że facet żył, malował, dużo chrumkał, a potem umarł. Rzucenie tego na np. ‚Amadeusza’ pokazuje, jak dramatycznie straconą szansą okazał się ten film. Szkoda, bo i aktorsko mogło być wybitnie (ale jakoś nie wyciągnięto zbyt wiele z odtwórców), wizualnie (tu akurat się nie mam czego czepić), ale np. i poprawiony scenariusz by nie zawadził, a może rozpisanie nieco bardziej ról nadałoby temu większej liczby kolorów. Niestety, dla mnie jedna z większych nud sezonu i najsłabszych filmów Mike’a Leigh.

    ‚Interstellar’ miał u mnie rekomendacje wybitnie nieoficjalne, bardzo wielu moim znajomym się podobał. Do kina za bardzo nie mogłem sobie na nieg pójść (uroki życia w ChRL), więc musiałem czekać na cywilizowaną kopię na necie. No i:
    - na pewno oglądnięcie tego na sensownym ekranie wiele daje
    - jak również z dobrym dźwiękiem
    ale też
    - pomimo świetnego pomysłu wyjściowego, cała sprawa się rąbie o głównego bohatera – który zamiast być astronautą na miarę ’2001: A Space Odyssey’ czy ‚Alien’ jest jakąś totalną cipą w cieście, która po wyjechaniu w kosmos odkrywa, że córy tam nie ma i z tego powodu ryczy. Bo będąc takim mądrym, wcześniej tego nie wiedział. Potem nawet jest ciekawie (zwłaszcza jak się leją), ale w końcu okazuje się, że jednak córka tam jest, więc mamy happy end. Lepszy niż zwyczajny, ale też nie taki, żeby być pod wrażeniem. Nolana kocham za wiele rzeczy, ale ta się nie dopisuje do listy.

    Z cyklu ‚chuj bombki strzelił’: ‚Gone Girl’. Nie, że to jakiś hit, ale niemal nic? Jedna Rosamund Pike, która jest skazana na pożarcie? No cóż, zanim widziałem, to czytałem. Książka wciąga jak bagno. Jest jeden poważny zarzut, chyba każdy wie jaki. Uznano, że w adaptacji filmowej będzie fajniej zrobić z niego jeszcze większe przegięcie. Aktorsko? Tak. Muzycznie? Nie. I Reznor nie pomaga. Scenaiursz? Można się kłócić. Reżyseria? To tak subiektywna kategoria, że dokument o jenotach by się załapał. I z cyklu „kochałem Rosamund zanim stało się to modne’. Tak, po ‚Die Another Day’. Ale przez kolejną dekadę nie bardzo było za co. Miejmy nadzieję, że będzie to dla niej trampolina do ciekawszych ról w przyszłości.

    Intryguje nominowanie Cotillard za ‚Dwa dni, jedną noc’. Film jest dość dobry (chociaż Dardenne zrobili bardzo podobny i lepszy o bardzo podobnej tematyce i film ten zwie się ‚Rosetta’), ładnie pokazuje, co się ludziom dzieje w głowę od życia w znanych nam realiach finansowo-pracowniczych. Problem, że mógłby być nieco dłuższy, liczbę dramatów zaś można było ograniczyć, ale za to je pogłębić – niektóre wizyty i argumenty są powtarzane w koło macieju, za to relacje pracownicze między bohaterami niemal nie istnieją, co jest bardzo nierealistyczne. No i film olany w obcojęzycznej (nie był nawet na skróconej liście), a tu nagle Cotillard? Intrygujące, ale wiele z tego nie będzie. Rola pierwszoplanowa jest dedykowana Moore. Każdy ją uwielbia, więc nikt się buntował nie będzie, konkurencja jest właściwie taka, że jej nie ma, a nominowanie ‚Still Alice’ (przepraszam, powinienem użyć polskiego tytułu: ‚Motyl Still Alice’ – gratuluję przekładu) w dokładnie jednej kategorii jasno sugeruje, że Akademia chce w końcu zrobić Julianne prezent. Trochę szkoda, że wszyscy zgodnie mówią, że książka jest lepsza od filmu i że Moore grała już lepsze role. Ba, nawet w kategorii ‚kobieta walcząca z chorobą’, to były ciekawsze kreacje (‚Iris’, ‚Away from Her’). Powoli też kształtuje się pewien trend: Oscara za pierwszoplanową rolę żeńską dostaje film, który ma jedną nominację i w którym drugie skrzypce gra Alec Baldwin. Na miejscu aktorek sprawdziłbym sobie jego plany na przyszły rok.

    Z efektów specjalnych, mamy tradycyjny już konkurs na to, kto ma lepszy komputer. Z filmów nominowanych, najbardziej podobał mi się ‚X-men’, ale wydaje się, że to kategoria dla ‚Interstellar’. Może ewentualnie film z gadającym szopem weźmie nagrodę. Dzieło to jest jednym z większych rozczarowań minionego roku. Jak można zrobić taki nędznawy film i tak zmarnować potencjał szopa? Chwilami ma to przebłyski, ale jako całość jest morderczo infantylne i toporne. Zaczyna się dość smutno i dramatycznie, ale już scena finałowa to totalne jaja, w nie do końca ukochanym przeze mnie wydaniu. Szkoda, wielka szkoda. Jeszcze większa to ‚Świt Planety Małp’. Bardzo lubię oryginał, początek nowej odsłony nie był zły, ale druga część, to już standardowe, hollywoodzkie głupoty. Szkoda trochę Oldmana, że się w to wpakował. Zaś co do efektów specjalnych, to trudno się na nich koncentrować, gdy film dzieje się w realiach grawitacyjnych nieznanych chyba nikomu – jakim cudem małpa jedzie na koniu, wali z ciężkiego karabinu jedną ręką i nie ma żadnego odrzutu, to dość trudno zrozumieć. Dałoby się to bardziej wybaczyć, gdyby fabuła powalała, ale niestety, a finał jest straszny. Parę ciekawych obrazków postapokaliptycznego świata sprawy nie ratuje.

    Tak przy okazji, wiele tych filmów łączy coś jeszcze poza nominacjami: ciągle reklamują one sprzęt wszelaki. ‚Still Alice’ – co chwilę świeci jabłkiem do kamery. ‚Małpy’ – iPad. ‚Whiplash’ – telefon Samsunga (a i w ‚Boyhood’ chyba też był). Jeżeli udział product placement będzie przybierał na sile, to za kilka lat będziemy oglądać same reklamy.

    Co do dokumentów: ‚CitizenFour’ zdjął do tej pory, co się zdjąć dało. Mam nadzieję, że i tu nie będzie niespodzianki, istnieje jednak ryzyko, że mędrcom rura nieco zmięknie i wybiorą coś bardziej asekuracyjnego np. ‚Finding Vivian Mayer’ – tak jak niesamowity The Act of Killing z zeszłego roku przegrał z baletem. Mogą pomyśleć ‚jezusie, ten film tak źle o Ameryce i naszej władzy, tak być nie może, dawajcie coś neutralniejszego!’. Musieliby jednak wierzyć, że komuś jeszcze się chce oglądać dokumenty, nawet te nagradzane przez nich. To już nawet nie to, że dystrybucja, bywa, że niektóre z tych filmów nie pojawiają się w necie. Co do samego dzieła, to jest sprawny, wciąga dość skutecznie, chociaż ma lekki przestój w środku, ale im dalej, tym lepiej. Intrygujące, czy twórcy pojawią się na gali oscarowej, czy też próba wjechania do USA załatwiłaby im bilet do jakiegoś miłego ośrodka spokojnej starości w stylu Guantanamo.

    Z takich wtrętów na trochę nominacji, to ‚Wild’ nawet nie jest aż tak złe jak się spodziewałem, że będzie. Aktorsko Dern jest lepsza od Reese, co gorsza jej postać też wydaje się ciekawsza niż główna. Problem polega na tym, że z filmu wynika, iż główna bohaterka za mądra nie była. Kto chodzi przez kilka tygodni w niedopasowanych butach i dopiero muszą mu powiedzieć, że nieco wygodniej w innych? Ciekawe, czy ktoś zginie, bo oglądnie ten film i stwierdzi, że ‚a jak jej się udało, to ja też pójdę na trekking po krzakach z losowym zestawem rzeczy w plecaku’. Wybitnie absurdalne jest to, że bohaterka ciągle ma czyściutkie ciuchy – aż dziwne, że tego filmu nie zasponsorował któryś z producentów proszków do prania. Na pociechę jest lis, ale to chyba najgorzej zrobiony lis w historii filmu, do tego jego symboliczne znaczenie jest nieco kuriozalne. Wszystko to poważnie kojarzy się z ‚Into the Wild’, tylko że jest znacznie gorsze. Na plus: jest taki delikatnie wtrącony wątek, że jak jesteś atrakcyjną kobietą, to są szanse, że świat ci bardziej nieco pomoże niż jak chłopem (pada to nawet pod koniec w czasie libacji z Jackiem Danielsem). Nick Hornby może szczytów swego pisarstwa tym scenariuszem nie osiągnął, ale całość ogląda się dość lekko i przyjemnie, mimo paru gwałtów na zdrowym rozumie. Czyli kolejne średnio, które raczej skończy wieczór z taką ilością nagród, z jaką zacznie.

    Jest i ‚Unbroken’, czyli nieśmiała próba Angeliny Jolie za kamerą. Widocznie nie wystarczyło jej, że już jeden film o wojnie położyła i nikomu się on nie podobał, uparła się zabrać za kolejny. Film ten streścić można tak: ‚Forrest Gump’ plus ‚Rydwany ognia’ spotykają ‚Życie Pi’, a potem jeszcze ‚Most na rzece Kwai’. Niestety, połączenie tego wszystkiego nie zaowocowało przesadnie obłędnymi rezultatami. Scena z plakatu jest tak koszmarnie zła, że nie wiem, czy widziałem w ciągu całego roku coś równie złego. Szok, że za scenariuszem do tego dzieła stoją Coenowie. To chyba jakaś bardzo robocza wersja była, którą należało solidnie przepisać. Chociaż przy potencjale aktorskim (a raczej jego braku), to wiele by nie zmieniło. Nominacje techniczne bardzo nie dziwią (przy tym nie pracowali ludzie z łapanki, tylko weterani), może nawet coś się zamieni na statuetkę, ale film jako film, to po prostu wstyd. Faceci po dryfowaniu wiele dni wyglądają jakby ich priorytetem było golenie się i wizyty u fryzjera. Zapewne liczono, że skoro Angelina jest na topie (niekoniecznie ze względów filmowych), a film się oprze na faktach (i podobno bardzo dobrej książce), to już jedziemy w dobry hektar nominacji.

    Kategorią, za którą bardzo ‚dziękuję’ Akademii, jest animacja. Rzygać się chce na schemat nominowania wszystkich wielkich wytwórni i wrzucania w to jakiegoś Japończyka-który-w-sumie-miał-premierę-wuj-wie-kiedy-ale-go-dajmy. Ilekroć Japończycy robili coś ciekawego, to akurat jakoś się nie udawało. Tu jest w miarę ciekawy rysunek (bo nie 3D), ale poza tym to naprawdę robili już lepsze filmy. Tyle, że ten honorowy Miyazaki, ale o czym mówimy i po ilu latach… Niezależna Europa lub Kanada? Przypadkiem, więc nominujmy ‚Songs of the Sea’, które chyba nawet są dobre (ale szerokiej dystrybucji zapewne się nie doczekają). Niestety, śmiem twierdzić, że Akademia zakatowała tę kategorię. Po prostu, nie mam siły ani ochoty oglądać ‚Jak wytrenować smoka 2?’. Jeszcze kiedyś zmusiłem się do ‚The Brave’, ale to był błąd. Jest to jedna z kategorii, do której mam największy żal. Droga Akademio, pamiętacie rok 2008? Wybraliście ‚Ratatuj’ ponad ‚Persepolis’. Rok później przegapił wam się ‚Walc z Baszirem’, ale gównianego ‚Bolta’ nominowaliście, żeby i tak wygrał ‚Wall-E’, opus magnum tamtej strony Atlantyku, ale nawet nie dopływający wpław do ‚Baszira’. ‚Mary and Max’ bez nominacji nawet! Czy może ktoś ma jakiś dostęp do tych ludzi i może im wyjaśnić, że wybierając sobie tak, sprawiają, że bardziej niezależna animacja zdycha? Ja nie wiem, może nominowali jakieś dobre filmy. Wiem też, że od paru lat nawet jak się jakiś zaplącze (np. ‚The Missing Picture’), to i tak potem przepada. Kolejna rzecz, którą wiem, jest następująca: o te filmy trzeba się bić w salonach bittorrent, bo szerokiej dystrybucji zazwyczaj nie mają.

    Fascynuje mnie magia aktorstwa Meryl Streep, ja już nią po prostu rzygam i to od dobrych paru lat. Nie mam siły, ochoty ani czasu na oglądanie kolejnego filmu z nią. Po prostu, nachalne promowanie Meryl doszło do etapu, który sprawia, że dostaję ataku agresji, gdy tylko wiem, że będę ją znowu oglądał. Zróbcie dowolnie zły film, wsadźcie w to Meryl i nominacja pewna. ‚Into the Woods’ dałem radę obejrzeć około 80 minut i stwierdziłem, że sen to też piękna rozrywka. Musicalu z tak złymi piosenkami chyba nigdy nie widziałem. To już nie to, że Marshall robi takie sobie filmy (‚Nine’), to już to, że facet chyba zapomniał, co to są musicale i że fajnie, gdy mają jakieś sensowne piosenki, o fabule nie mówiąc. I z tego, co czytałem, za wiele osób się w tym dziele nie zakochało.

    Z takich spraw technicznych: ‚Maps to the Stars’ Cronenberga pokonał kalendarz premier. Przyznam, że nigdy go nie rozumiałem (kalendarza, nie Davida). Inna sprawa, że ten film mi totalnie nie zrobił. Cronenberg jest jednym z moich ulubionych reżyserów. Jednak nie za ‚Maps to the Stars’. Moore jest w tym świetna (lepsza niż w ‚Still Alice’), Wasikowska może być, ale sam film nie ma pojęcia, czym chce być – na jaja za poważny, na film poważny za przegięty. Nie powstała też żadna trzecia droga, niestety.

    Z obserwacji finalnych: ilość filmów biograficznych przeraża – ‚Foxcatcher’, Hawking, ‚Unbroken’, ‚The Imitation Game’, ‚Wild’, ‚American Sniper’, ‚Selma’, ‚Mr. Turner’. W jakimś momencie zaczęło mnie to nieco nużyć.

    Mam wrażenie, że ciągle ubywa osób, które ekscytują się tym wszystkim. Po pierwsze, dobrych filmów nie powstają hektary, a jak powstają dzieła ciekawsze, to często tułają się gdzieś w ogonach dystrybucji oficjalnej. Akademia promuje kino we wiadomej wersji językowej, po jakimś czasie albo się w nim grzęźnie i ogląda co leci, nie przejmując specjalnie, albo szuka czego innego (wtedy zaczyna oglądać się irańskie filmy o śnie i owocach, by odkryć w nich sens życia). Kolejnym problemem jest to, co kiedyś było wielkim atutem Oscarów: daty premier. Sezon niby trwa od Toronto (czyli września), w tym roku jeszcze został bardzo wydłużony, bo aż do końca lutego. Jednak kiedyś – mam wrażenie, pozwolę sobie nie sprawdzać wszystkich dat premier – na listy nominowanych trafiało o wiele więcej rzeczy, które nie miały premiery 25 grudnia w USA, a gdzie indziej to już w ogóle w kwietniu. Oscary są fajne, bo można się nimi emocjonować, bo jeżeli się chce, to widziało się wszystkie-większość ważnych nominowanych. Przy takiej Złotej Palmie, Złotym Niedźwiedziu albo Lwie, takiej opcji nie mamy, możemy co najwyżej stawiać na nazwiska. O ile trend wydłużenia okresu między nominacjami a rozdaniem nagród jest pomysłem dobrym, o tyle ciągłe nominowanie filmów, które wychodzą pod koniec grudnia, już nie. Przydałby się chyba w końcu też rok jakiegoś wymiatacza w stylu 14 nominacji, 10 statuetek. Mija kolejny rok bez nadziei na pokera (film, reżyser, scenariusz, pierwsze plany, ostatnio ‚Milczenie owiec’). Ba, ostatnimi laty najlepsze filmy nawet reżysera nie dostają. Pytanie, czy to zmieniły się zasady jakimi kieruje się Akademia, czy też filmy głównego nurtu zaczynają wyglądać nieco inaczej.

    Pewnego lipcowego dnia 2002 roku, dokładnie nawet 22, co można łatwo sprawdzić, rozpocząłem pisanie na blog.pl. Bo mi się nudziło, a wtedy pisali wszyscy. Wówczas nie kochałem pisania, wolałem rozrywki audio i audiowizualne. Polepiłem sobie trochę (trochę, czyli jakąś dekadę, co dla kogoś mającego 31 lat jest znacznym kawałkiem czasu), poznałem nowych ludzi i okazało się, że nawet mi to idzie i że bez większego cierpienia da się to przeczytać czytelnikowi postronnemu. A chuj ze skromnością, w czasach studyjnych nasze libacje zawierały niemal stały kontent, który czasem przejawiał się tak: właśnie podpaliłem firanki, patrz jaki ogień i dym, opiszesz na blogu? Odkryłem i okazało się, że ludzie cholernie lubią jak się o nich pisze. Ja oczywiście też, więc zostałem dyrygentem w cyrku, co dało mi więcej niż parę lat u psychiatry. Wprawdzie zdarzało się, że potem wracałem do treści zamieszczonych i myślałem sobie: ‘jezu, co za gówno’, ale jakoś nie złamało mnie to i płodzę do dzisiaj. Jednak od ponad roku pod innym adresem. Czemuż to? Zagadka z tych łatwiejszych do rozwikłania.
    Pewnego dnia jacyś mędrcy z jakiejś wybitnej rady nadzorczej, dyrektorskiej, czy innego cudu XXI wieku zdecydowali, że platforma, która stanowiła niemal synonim blogowania w Polsce, wymaga zmian. Na zachodzie były zmiany (wbrew tytułowi Remarque’a), więc musiały być i w Polsce. No i je wdrożyli.
    Żaden z wodzów wartych w gównie więcej niż ja zarabiam rocznie nie wpadł na to, że gdybym ja i parę innych osób chciało mieć WordPressa, to by sobie tam poszło. Nie, uznano, że trzeba nam dać wordpressa, który jesienią 2012 roku miał już parę lat i kto miał się w nim zakochać, zdążył to zrobić. Śmiem twierdzić, że wiem o czym mówię, bo mam swoją ‘zawodową’ stronę tamże. Tak, wordpress ma swoje plusy, ale ma też i minusy, ogólnie balansowało się to tak, że nadal widziałem sens posiadania blog.pl. Jednak wodzowie z którejś grupy decyzyjnej przegapili ostatnie kilka lat rozwoju internetu i wymyślili sobie, że jak mi-nam dadzą wykastrowanego wordpressa, to będę-będziemy pisać dalej, nabijać reklamodawców, mnożyć komcie i generować ruch w sieci. Może myśleli, że Polacy znają tylko polski internet i nie wiedzą, co też wydarzyło się w wielkim świecie w ostatnich latach. Szok, wiedzą.

    Dostaję od jakiegoś czasu maile od blog.pl, że to miesiąc odkąd byłem na blogu, że nie dodałem notki i że ‘brakuje nam twoich wpisów’. Mnie jakiś rok temu brakowało opcji eksportu bloga, standardowej w wordpressie, z której blog.pl zrezygnował, bo wierzył, że piszący na jego łamach to cymbały, które albo zachwycą się wszystkimi zmianami, albo uznają, że skoro nie da się eksportować, to będą dalej tu siedzieli, bo stracić tyle pisania, prestiżowy adres (no tu siadam szczególnie), to nie można. Będziemy wszyscy sobie siedzieli i nabijali reklamy, które tak subtelnie wjeżdżają człowiekowi na czytany tekst. Już nie mówiąc jak wysublimowane są one. Nie znalazłem nigdzie statystyki, ile osób dało dyla i przestało publikować, ale myślę, że bardzo, bardzo wiele; z moich znajomych zdecydowana większość. Kiedyś mówiło się, że mam bloga, juriusz – i interlokutor wiedział, że blog.pl. Obecnie trzeba dodać, że wordpress, blox, weebly, inne cudo. Od roku nie słyszałem, żeby ktoś założył się na blog.pl.

    Mam nadzieję, że pomysłodawcy tej cudownej innowacji otrzymali premie na koniec roku. Pasowałoby to bardzo do tego posranego świata, w którym pielęgniarka zarabia 800 PLN, ale pan prezes przynoszący milionowe straty dostaje soczysty bonus za swe zdolności w zarządzaniu.

    Niegdyś kasowano blogi, które nie miały wpisu dłużej niż ileś tam. Nie wiem, czy ta praktyka ma dalej miejsce. Tu akurat się lepiej wyszukuje konkretne teksty niż pod nowym adresem. Poza tym przecież nie mogę pozwolić, żeby ludziom z blog.pl brakowało moich wpisów.

    Co jakiś czas dodam tu coś, żeby mi tego cuda nie skasowali.
    Dzisiaj 111. urodziny Marleny Dietrich. Stosowny wpis pod adresem:

    http://juriusz.cba.pl/wordpress/wordpress/?p=33

    New World Order

    2 komentarzy

    Dziesięć lat to jest kawałek czasu. Tyle trwała moja przygoda z adresem juriusz.blog.pl. Nie sądziłem, że będę się chciał stąd wynosić. Gdy początkowo napisali, że będą zmieniać blogi na nowe, przyjąłem to ze spokojem, kto chce sobie zmieni, ja tu będę miał wściekłą czerwień i wujka Stalina.
    Pewnego wrześniowego dnia spadłem z wrażenia. Pierwsza myśl: ktoś mi się włamał i rozpierdolił. Wszystkie linki poszły w cholerę. Rzygotliwa reklama wali prosto w ryj.
    Szybko okazało się, że wszystkim się włamali i rozpierdolili. Większość osób bardzo się wkurwiła, bo gdyby ktoś chciał mieć wordpressa i przyciski do portali społecznościowych, to poszedłby sobie na wordpressa i ich zażyczył. Na blog.pl fajne było to, że dało się prostym edytorem html zrobić dość dużo. Zamieniono to na wykastrowanego wordpressa, istną katastrofę z porąbanym panelem administracyjnym. Co gorsza, cwaniaki usunęły możliwość eksportu bloga, bo zapewne wydawało się im, że dzięki temu zatrzymają u siebie ludzi.
    Takiego wała!
    Chwilę to trwało, ale w dniu dzisiejszym skończyłem się pakować. Od dzisiaj
    www.juriusz.cba.pl

    Z klimatyczną wejściówką i większą zawartością jenotów, tak graficznych, jak i gruzińskich. Reszta jak było, czyli wino, kino, kobiety, Azja i śpiew.

    Jeziorany

    Brak komentarzy

    Jest kilka typów modelowych zdjęć reklamujących turystycznie Birmę. Może nie pierwsze na liście, ale w czołówce będzie przedstawiające rybaka stojącego na dziobie łodzi przechylonej niczym gondola, w rękach trzymającego sieć, nogą wiosłującego. Tło obłędnie niebieskie, widoczkowi da się zawędrować czasem nawet w foldery reklamujące Tajlandię, jeden chuj dla biura podróży, jak i dla większości turystów.
    Po mniej więcej godzinie przepływanie jeziora Inle staje się to niemal banalne, wszyscy tak łowią i pływają, dookoła góry z każdej strony, dopiero co się z nich zeszło. Zaczyna się zwracać uwagę na osadnictwo, które musiało zaadoptować się do realiów jeziora. Domy pływają na platformach, niektóre przy tym całkiem solidnie wyglądają. Jezioro jest wielkie, 22 kilometry długości, 11 szerokości, ale taksiarze nie wiosłują, tylko wiozą turystów za pomocą łodzi z silnikami (gdyby wiosłowali, to jeszcze bym tam siedział i płynął). W czasie pokonywanie przeszkody wodnej można napaść swoje oczy widokami różnego rodzaju – a tu pagoda, a tam jakaś siedziba, gdzie indziej przystań. Dookoła jeziora jest kilkanaście wiosek, ale turystyczną destynacją stała się osada o nazwie Nyaungshwe ( czyli ‚Złote Drzewo Bananowe’, mają fantazję). Miejsce jest z jednej strony zajechane turystami (chociaż też bez przesady znanej z innych krajów regionu), z drugiej pełno jest hoteli, restauracji i łódkarzy walczących o nasze pieniądze. Poprzednia gastjenica przesłała nasze rzeczy nie tam gdzie miała, ale okazało się, że nie będzie bardzo drogo, bo dla tych ‚z polecenia’ 8$, dla tych bez 10$ (Gypsy Inn, co też Romowie mieli do czynienia z Birmą nie wiem). Za pokój z własną łazienką, dwoma łóżkami i niedziałającą lodówką to całkiem dobra cena! Jeżeli chodzi o restauracje to wielkiego odkrycia i przełomu w temacie nie było, po godzinie szukania w pięć osób zdecydowaliśmy się na jedno z miejsc polecanych przez Lonely Planet – inne oferowały raczej średnio atrakcyjne ceny lub też menu, które było mało wegetariańskie i mało po angielsku.
    Główną atrakcją oferowaną przez jezioro jest wycieczka po nim, oczywiście łódką. Lokalni zabijają się, żeby nas na nią zabrać, dzięki podróżowaniu w grupie cena wychodzi całkiem atrakcyjna. Wybór cudów jest średni, zdecydowanie wszyscy będą chcieli zabrać nas na rynek z pamiątkami, co nie jest takie złe, bo rzeczy całkiem ładne i nie bardzo drogie, targowanie obowiązkowe. Jak ktoś bardzo lubi robić zdjęcia Azjatom, to ludność się całkiem z tego cieszy. Potem niestety płynęliśmy dobre 40 minut, żeby zatrzymać się w sklepie z biżuterią. Złoto, srebro, rubiny, na pewno chcę to kupować, bo się na tym znam i mnie wcale nie zrobicie w chuja. Tyle, że częstują herbatą i ciastkami, ale nawet kradnięcie ich, gdy nie patrzyli sprzedawcy zaczęło być nudne po jakimś czasie. W końcu daliśmy już bardzo energicznie do zrozumienia kierownikowi wycieczki, że chcemy jakieś atrakcje, a nie kolejny sklep z prowizją dla niego. Zabrał nas do Phaung Daw Oo Paya, czyli najświętszej świątyni w prowincji, dużo złota i ludzi. Atrakcją, na którą trzeba się odpowiednio załapać są procesje ze świętymi obrazami, cztery łodzie wożą je po jeziorze. Łódki wystylizowane są odpowiednio, oczywiście w złocie, stoją zacumowane przy świątyni i czekają na odpowiedni termin. Atrakcję przyszło okupić karą 40 minut płynięcia do warsztatu tkackiego, a następnie podziwiania jego zawartości. Kurwa, sto takich widziałem już! Wkurwiało mnie to dodatkowo, bo oczekiwałem na największą atrakcję regionu, właściwie jak dla mnie to niemal całego kraju. Nga Hpe Chaung. Monastyr Skaczących Kotów. Mnisi w ramach zabawy, treningu lub zabijania czasu wyuczyli koty skakania przez obręcze. Sama pagoda też jest oczywiście ładna, ale ja chcę koty przez obręcze! Bałem się, że się nie uda, bo mieszkańcy mają już dosyć turystów przychodzących oglądać koty, gdy oni chcą coś zjeść lub pomedytować, ale tego dnia się udało – albo łódkarz wiedział kiedy będzie show i naumyślnie tak celował, żeby nam wynagrodzić ten zasrany sklep. Dzięki obecności zwierzyny monastyr też jest zasrany, kotów mają dziesiątki, widać nawet całe kocie rody chowu wsobnego. Pojawił się lokalny (raczej nie mnich), wziął obręcz, potrząsnął kocimi chrupkami i rozpoczął show. Większość zwierzyny wolała jeść, inne były dość spasione i toczyły wewnętrzną walkę, czy naprawdę aż tak chce im się jeść, żeby jeszcze po to skakać. Niektórym szło świetnie, chociaż wszystkie bardzo dbały o motywację żywnościową. Dla jednych ubaw, dla innych marnowanie czasu. Ponieważ jeszcze popłynęliśmy po specjalny szal dla jednej z uczestniczek wycieczki, do Nyaungshwe wracaliśmy po zmroku. Łodzie oświetlenia nie mają, ale szczęśliwie ktoś miał latarką, więc zamieszczono ją na dziobie i udało się w nic nie wpierniczyć mimo nocy.
    Może wydawać się, że był to raczej biedny dzień wycieczkowy, jeden targ, dwie pagody i z pięć sklepów. Nie było tak jednak, większość wrażeń to pływanie po jeziorze i oglądanie tego jak ludzie żyją, łowią sobie ryby, piorą, niczym zaraz zaadoptowali się do realiów wodnych. Dla mnie wygrała przeprowadzka ogrodu – połać zieleni pełna pomidorów z tyczkami była przesuwana o kilkadziesiąt metrów przez dwóch chłopów nawet nie z wiosłami, a z kijami. Nic się nie rozsypało, ani nie odpłynęło i po kilku minutach walki udało im się zacumować swoje warzywa w nowym miejscu. Nie wiem dlaczego to robili, czy tam jakieś lepsze nasłonecznienie, czy prądy wodne, czy też potrzebne nowe miejsce do czego, ale wyglądało dość surrealistycznie, gdy tak warzywniak przemieszczał się po wodzie.
    Okolice Inle Lake oferują jeszcze inne atrakcje – jaskinie, świątynie, ale raczej nikomu to kasku nie zerwało. Jest to wszystko kawałek od jeziora, więc dobrze wynająć przewodnika, tu oczywiście dochodzą koszta… Wielkiego biznesu nad jeziorem już nie miałem, ale musiałem zostać jeszcze jeden dzień, niejako wbrew swej woli.
    Czworokąt Yangon-Mandalay-Bagan-Inle to podstawowa trasa kraju. Zająć może mniej lub więcej, na pewno nie mniej niż tydzień, ale raczej też nie więcej niż dwa – tu wiele zależy od opcji trekkingowej/jej braku i zapału do oglądania świątyń – Mandalay można robić dzień, można i trzy, podobnie Bagan. Po tych czterech atrakcjach większość wraca do Yangonu i lecą z powrotem do Tajlandii, inni zastanawiają się, co jeszcze można w tej Birmie zrobić – wiza była upierdliwa, a zostało na niej jeszcze trochę dni, więc dokąd by tu jeszcze? Czy opcji jest dużo, czy mało, to zależy jak patrzeć. Lądem raczej mało, niedaleko jest Taunggyi, miasteczko górskie, którego atrakcją jest targ, fabryka cygar i ludność górska. Nie, dzięki, nie ciągnie mnie tam. Mandalay, Yangon, Kalaw, wszystko zaliczone. Samolotem zaś… Miałem plan-pomysł, postanowiłem lecieć do Thandwe i potem zobaczyć zachodnią część kraju. Ależ sobie wymyśliłem… Zdobycie biletu zajęło mi pełne dwa dni, korzystałem z usług czterech różnych pośredników. Każdy mówił co innego: jedna pani, że się nie da, ale może mnie wysłać do Yangonu i tam sobie spróbuję. Inni mieli mieć ten bilet na za kilka godzin, nie mieli. Inna, że mnie wpisze na waiting list, ale nadziei mieć nie należy. Przy tym wszystkim to już drobiazgiem było dowiedzenie się, że samolot jest ‚tak gdzieś koło 10, dokładnie to nie wiadomo’. Bilet miałem mieć raz wieczorem, kiedy indziej rano, wiele z tego nie wynikało. Kolejny dzień spędziłem dość poirytowany łażąc po okolicy, próbując dostać się do netu (o tyle miło, że cafe oferowało 15 minut i ‚jeżeli się nie spodoba, to nie płacisz’ – często nie miało się nawet co podobać, bo się nie łączyło) i od jednej agencji turystycznej do drugiej, gdzie dostawałem kolejne informacje w stylu, że będą dzwonić za godzinę, to żeby wtedy wrócić. Większość z poznanych wcześniej ludzi marnowała czas, snuli się od lokalu do lokalu i próbowali znaleźć coś ciekawego w okolicy. Wzięcie roweru podobno nie było złym pomysłem, jakaś pobliska winnica za kilka dolców oferowała dość szczodrą degustację, ale spędziłem dzień na nonsensie błąkania się po okolicy i czekaniu na odpowiedź tour operatorów. Trochę mnie rozbawiła informacja na poczcie, że znaczki za 50 kyatów się skończyły i jak chcę wysłać kartki, to muszę kupić po 100. Fajna przebitka, no ale dobrze, kupiłem, ładniejsze i o wiele większe, jak się nie ma pomysłów na pisanie to można sobie pomóc w ten sposób.
    W końcu pod wieczór zatrzymał mnie pan, że ma dla mnie bilet. 110$, wylot o poranku dnia następnego, świetnie. Kupiłem, zapłaciłem. Po chwili zatrzymała mnie pani z kolejnego biura pośrednictwa, że ma dla mnie zamówiony bilet, 115$. Podziękowałem. Wyszło na to, że wszyscy mają dokładnie takie same dojścia, po prostu siedzą i czekają na telefon z centrali, że można sprzedawać. Gdybym miał to robić jeszcze raz, wybrałbym najtańszą agencję, poszedł sobie zwiedzać winnice i wrócił wieczorem, nie do końca wierząc w opowieści, że to może być zaraz-teraz. Coś mi mówiło, że takie cuda się nie zdarzają, po prostu wieczorem mówią, czy jakiś oficjalny pacan nie ma zamiaru następnego dnia pofruwać.
    Ucieszony biletem należnie pocelebrowałem sukces, przez trochę nawet z rodakiem. Tyle się mówi, że rodacy za granicą to siara jak chuj, a tu wręcz przeciwnie – chłop perfect francuski (aż Francuzi nie wyłapali, że nie ich, obstawiali tylko, że północ kraju tak mówi), dość dobrze angielski i pewnie jeszcze ruski. Z zawodu inżyniero-informatyk. Wiedział na czym polega życie, pojechał jeszcze pod koniec 80-tych na nielegalu i z komunikatywną znajomością języka do Francji, gdzie udało mu się urządzić. Żadnych sentymentalnych pierdół o prasłowiańskich gruszach i kamieniach z Jeleniej Góry, Alex winszował sobie opuszczenia ojczyzny i dziwił się tylko dlaczego ktoś tam w ogóle został. Gdy opowiedział mi o swoich przywilejach i stawkach za pracę w nocy w weekendy…. Trzeba się było uczyć francuskiego, a nie tego cholernego niemieckiego. Gdy ja mu opowiedziałem o realiach pracy, urokach umów śmieciowych to tylko głową kręcił z niedowierzaniem, że taka Etiopia. Umówiliśmy się rano na wspólną taksówkę na lotnisko.
    Ostatnie śniadanie w hotelu Gypsy’s Inn było podobne do wszystkich birmańskich śniadań dla turystów – kawa 3w1, banany, jajecznica, woda z sokiem, płakać się chciało na tę dietę. Taksówka na lotnisko w Heho kosztowała nas 16 000 kyatów i jechała 50 minut. Mogła jechać mniej, mogła i więcej. Pierwszy warunek zostałby spełniony, gdyby udało się nie spotkać rodziny przewożącej cały swój dobytek na kosiarce. Drugi gdyby takich rodzin było więcej niż jedna. Teren wokół aeroportu projektował jakiś geniusz, taksówki mają zakaz wjazdu przed główną halę, więc ostatnie kilkaset metrów trzeba sobie przejść. Nie jest to dramat, ale mądrzejsze rozwiązania ludzkość też już widywała. Godzinami odlotów nie należy się przesadnio przejmować, byliśmy o 7:30, ale de facto przed 8 wszystko spało. Koło 8 ożyło, ale tylko po to, by oznajmić, że wszystkie loty są opóźnione z powodu mgły. Mgła jest właściwie co rano, więc wszystko jest opóźnione co rano, ale według rozkładu mój przyjaciel miał lecieć koło 9, ja koło 11. Wszystkie ekrany na lotnisku wyświetlały lokalny serial, żadnych informacji o lotach, nawet nie bardzo było kogo zapytać. Niemniej widząc dokładnie zero samolotów na płycie, wiedzieliśmy też, że nie ma jak przegapić lotu. Tyle, że na lotnisku można palić. Nie, że postawili palarnię, po prostu wszędzie, nawet na płycie lotniska. Samolot do Yangonu był strasznie opóźniony, więc Alex zaczął się nieco denerwować, bo miał jakieś trzy godziny na przesiadkę. Mój na o wiele mniej ważną trasę był o dziwo punktualnie. Potencjał smoleński rozwiał się przed 10 i już koło 11 zaczęły latać samoloty. Chaos, bałagan, sto pytań do, ale udało się załadować. Także bagaż, który ładują ręcznie – kładą na wózeczki i jadą do odpowiedniego samolotu. Musi być super jak wózeczki pomylą, cały samolot kończy bez betów.
    Na pokładzie było pusto, więc tym trudniej było mi zrozumieć kłopoty ze zdobyciem biletu. Pan na płycie machnął ręką, lokalna wariacja nt. wieży lotów, i polecieliśmy. Dali kanapkę, dali star colę, i już zaraz było lądowanie. Co z tego, że lot wewnętrzny skoro i tak można spisać wszystkim paszporty i zrobić całą procedurą imigracyjną na lotnisku docelowym. W tym czasie nasze bagaże złożono przed wejściem, gdzie od razu chcieli je przejąć pracownicy pobliskich hoteli. Thandwe to zadupie, które nikogo nie obchodzi, ale to zadupie to najbliższe lotnisko Ngapali – największego kurortu plażowego kraju. Ja miałem jednak inne plany. Wcześniejsze noce i dnie spędziłem nad kombinowaniem liczeniem, kalkulowaniem i szacowaniem mego dobytku. Przeklinałem się nieco, że gdybym wybrał sobie z jakieś 100$ więcej, to byłoby mi o wiele łatwiej, a teraz człowiek jest w dupie, nie ma skąd wziąć pieniędzy, które spokojnie leżą na koncie. Zdecydowałem się zrujnować i udać najpierw do Sittwe, a potem do Mrauk U. Z nadzieją, że wystarczy.
    Bilet numer jeden (Thandwe-Sittwe) kupiłem za 71$, boarding miał być niemal za chwilę. Niestety, lotnisko w Thandwe nie sprzedaje nawet wody mineralnej, więc można tylko palić do ochujania. Lot do Sittwe to chwila, a tam już czeka na nas lokalny tour operator. Kolesiowi opłaciło nauczyć się angielskiego, bo jako de facto jedyny hoduje kurę znoszącą złote jaja, czyli łodzie do Mrauk U. Zaoferował, że za 20$ mogę płynąć tam zaraz-teraz. Postanowiłem jednak poszukać trochę samemu, pogadałem z parą Niemców, którzy umówili się na dzień następny i ustawiłem, że jeżeli będę chciał to rano na kei i wezmą mnie za 25$ ze sobą. Przede wszystkim liczyłem na łódź rządową, która płynie trzy razy w tygodniu za 4$. Wysiadłem przy hotelu, cwaniak lokalny miał do golenia starsze niemieckie małżeństwo, czyli potencjalnie o wiele lepsze złote żniwa niż młodego Polaka i polazłem na keję. O kurwa, po pierwsze spacer w słońcu, po drugie daleko, po trzecie na kei panował taki burdel, że niczego się nie dowiedziałem. Jakieś orzygane stare tablice bez żadnych godzin i dat. Ludzie nie mówiący słowa po angielsku. W końcu udało się zostać zaprowadzonym do pana zajmującego się sprzedażą biletów na łódkę rządową. Spał na krześle z gazetą na twarzy, jego lico zdradzało, że po angielsku umie Marlboro i Coca Cola, nawet go nie budziłem, bo po co? Kilku prywaciarzy namawiało mnie na wyprawę łódką, ale podziękowałem. Chciałem napisać paru osobom, że żyję i że na kilka dni znikam z widnokręgu, bo wiedziałem, że w Mrauk U to telefon jest jeden na całe miasto, a net to będzie kiedy indziej. W Sittwe z netem była mogiła, wizyta w każdej cafe wyglądała tak:
    - Mingalabar!
    - Mingalabar! No connection! – oczywiście z radosnym uśmiechem, bo biały przyszedł.

    Poza Niemcami turystów nie stwierdziłem, miasto to po prostu dramat nędzy i rozpaczy. Z atrakcji jest zegar postawiony przez Holendrów i muzeum prowincji. Pierwsze się i tak zobaczy, drugiego dzięki Buddzie nie trzeba. Opus magnum lokalnego szczęścia dopadło mnie, gdy przez kilkadziesiąt metrów szedł za mną chłopiec ciągnący niewidome dziecko i krzyczący, że mam mu za to dać pieniądze. Jak poszedłem coś zjeść to zapłaciłem dość dużo, 4500 kyatów, raczej zrobiono mnie w chuja. Hotel Prince wyglądał koszmarnie, ale za 5$ nie spodziewałem się cudów, niemniej za takie pieniądze sypiałem już godniej. Właściciel miał większość zębów z metalu, chyba niektóre złote i nawet mówił po angielsku. Najpierw zaoferował mi śniadanie za dolca, a gdy się zgodziłem, to powiedział, że cena wzrosła do dwóch dolarów. Na dowód, że mi się opłaci, pokazał menu. Kawa 3w1, woda z sokiem, jajecznica, banany… Nie mógł uwierzyć, że nie chciałem. Po tylu dniach jedzenia tego mój żołądek miał już serdecznie dosyć. Przejechałem niemały kawałek tej części świata, ale poważniejsze kłopoty żołądkowe miałem tylko w Birmie, zapewne od tej cudownej diety.
    Ledwo wyszedłem z hotelu znowu przyszedł do mnie chłopiec z niewidomym kolegą. Byłem w okolicach obłędu. Koło 18 udało się nawiązać łączność ze światem i o dziwo, połączenie pozwoliło nawet coś odpisać.
    Gdy wyszedłem z cafe pojawiła się nocna zmiana żebrzących, dla odmiany upatrzyła mnie sobie staruszka, więc lazła i przekonywała mnie, że chcę jej dać pieniądze. Kupiłem butelkę whisky za 1700, butelkę jakiejś gazowanej chujówy za 1000 i poszedłem do hotelu, podłamany, że trzeba było od razu łapać łódkę i nie bawić się w zatrzymywanie w Sittwe.
    Ledwo przyszedłem na recepcję, hotelarz postanowił mi pomóc, pognał w stronę przystani rikszą. Zacząłem się bać, widziałem już, że marynistyka w tym kraju może bardzo drogo wyjść i bez jego pomocy, a on coś zbyt radośnie wskoczył na ten rower. Pocieszałem się, że pewnie załatwi tyle, co wcześniej ludzie od biletów, ale lęk pozostał. Wrócił ze znajomym z lotniska, który dużo mówił, pojechał gdzieś tam, miał wrócić za godzinę. Hotelarz skoncentrował się na skłonieniu mnie do zamieszkania w ich hotelu w Mrauk U. Stwierdziłem, że co jak co, ale już robactwa i jaszczurek to mi wystarczy. Poszedłem się schlać i wyspać przed dniem wielkiej niewiadomej.
    Sen właściwy skończył się w okolicach godziny 4, gdy miasto rozpoczęło budzenie się do życia. Gdybym się nie schlał, to nie pospałbym nic, bo takie ilości komarów tam latały. Ponieważ Mrauk U ma opinię terenów wybitnie malarycznych, cieszyłem się widząc jak bardzo pożarło mnie przez noc, była szansa na kolejne ekstremalne doznania. O dziwo, o 6:30 był po mnie tłusty fachowiec, za 1000 pojechałem do keji i po kilkunastu minutach spotkałem tam Niemców. Spytałem kurtuazyjnie czy oferta aktualna, oni potwierdzili, wysupłałem ciężko zapracowane 25$ i popłynęliśmy.
    Dzięki prezydentowi wiem, że Polak poleci nawet na drzwiach od stodoły. Dzięki własnym obserwacjom wiem, że Birmańczyk popłynie nawet na nieheblowanej desce, z gaci lub koszuli zrobi żagiel i będzie to się jakoś unosiło na wodzie. Widoki są z cyklu wrażliwy kulturoznawca na końcu świata. Tu ktoś coś łowi, tam pierze, wszystko funkcjonuje jak w XIX wieku, łódka, którą płyniesz jako jedyna wydaje się być wyposażona w silnik. Wszyscy drą się Mingalabar, więc siłą rzeczy ty też, co by na chama nie wyjść. Początkowo wypływa się na Zatokę Bengalską, potem wpływa się w dość wąskie ujście rzeki Kaladan, by w końcu dobić do przystani w Mrauk U. Na brzegach trochę wiosek, trochę zieleni, można powiedzieć, że jest klimatycznie, ale lepszych widoków brak.
    Dystans: około 65 kilometrów.
    Czas przepłynięcia: pięć godzin.
    Cena: wspomniane 25$ w jedną stronę.
    Nagroda: ponad setka świątyń niemal bez turystów.

    Pagan o świcie jest jednym z nich.

    Tiziano Terzani

    Pewną
    specyfiką Birmy są bilety za wstęp do miasta. Akurat nie jest to
    takie złe, w Bagan płacimy 10$ schodząc z łódki i potem możemy
    zwiedzać już wszystko, co tylko chcemy. Wycwaniakować się nie da,
    bo jeżeli nie dopadnie nas strażnik przy kei, to będziemy mogli
    uzupełnić bilet podczas rejestracji w hotelu. Ewentualnie jeżeli
    jesteśmy bardzo prymitywni i nie wiemy, do jakiego kraju los nas
    rzucił, możemy kłócić się z hotelarzem, co tylko opóźni całą
    sprawę. Jednak zanim jeszcze człowiek dobrze zejdzie z łódki, już
    ma jakichś nowych przyjaciół, którzy bardzo chcą zabrać powozem
    z konikiem do głównych atrakcji. Ja to oczywiście chciałem olać
    (kurwa, konikiem do miasta, witamy w czasach Bolesława Chrobrego,
    jeszcze za to płacić 3000 kyatów), ale co bardziej wiekowi
    skorzystali, chociaż jest naprawdę blisko i każdy da radę to
    przejść. Mnie nie było dane, bo moi przyjaciele postanowili
    zamówić dla nas riksze rowerowe (te kosztują 300). Nie pierwszy
    raz miałem w życiu ten problem w Azji, głupio strasznie, ale
    wszyscy chcą, bo dzięki temu mogą zarobić. Riksze rowerowe są
    zawsze super tanie, ale jak to wygląda? Biały, młody, tłusty
    chłop siedzi, a obok wiekowy, chudy Azjata się męczy. W ramach
    dokumentowania wydatków: hotelowa dwójka ze śniadaniem 12$,
    pożyczenie roweru na dzień 1500 kyatów. Chciałem posiedzieć
    trochę w Bagan, więc nie rzuciłem się zwiedzać od razu,
    połaziłem sobie po miasteczku Nyaung U (gdyż samo Bagan zaczyna
    się dalej, ale ze świecą temu, kto usłyszy, by używano nazwy
    Nyaung U). Sama osada wygląda raczej depresyjnie: hotele, knajpy,
    sklepy, dość duże zagęszczenie ludzi z powozami, ale szczęśliwie
    są umiarkowanie upierdliwi. Cenowo też nie ma przesady, dobry obiad
    kosztował 1200 kyatów. O tyle jeszcze miło, że lokali jest na
    tony i mają menu z kilku okolicznych krajów. Ja poszedłem w danie
    tybetańskie, potem w indyjskie, była to pewna pożądana wówczas
    odmiana, do tego wszystko w języku przyjaznym. Obok Yangonu, Bagan
    oferuje też najlepszy internet w kraju. Pragnę podkreślić
    kwantyfikator „w kraju”. To znaczy, że da się sprawdzić
    pocztę, da się nawet coś odpisać, ale siedziała koło mnie
    dziewczyna, która chciała kupić bilet lotniczy. Sesja na Air Asia
    ma 9 minut – musimy wybrać bilet i za niego zapłacić w ciągu 540
    sekund, potem strona resetuje formularz i od nowa. Za nic nie dało
    się tego zrobić, kobieta przeklinała na czym świat stoi i
    specjalnie jej się nie dziwiłem. Coś jej się pozmieniało w
    planach, chciała lecieć do Tajlandii, ale za nic nie mogła kupić
    biletu.
    Najbardziej kuturopoznawczym momentem dnia była próba
    wysłania kartek na poczcie, nie chcieli ich wziąć w okienku, tylko
    kazali wrzucić do skrzynki. Tej nie mogłem znaleźć i dopiero po
    trzecim podejściu pokazano mi, że coś wyglądające na samowar
    jest w rzeczywistości miejscem przeznaczonym do nadawania przesyłek.
    Doszły, więc nie wkręcali mnie. Wieczorem udało mi się zrobić
    kolejny rekord na alkoholu, wysoko% butelka za 1000 kyatów. Tak
    sobie siedziałem ze słuchawkami, butelką i podziwiałem noc ciemną
    jak sumienie faszysty, okazjonalnie rozmawiając z wchodzącymi do
    hotelu ludźmi.
    Nastał wielki dzień, chociaż rano cudów się
    nie spodziewałem, wydawało mi się, że wrażeń będzie na miarę
    góra Sukhothai. Wyjątkowo przydała mi się znajomość z Bernardo,
    bo on zamiast chlać spędził wieczór na nauce mapy Bagan. Świątyń
    jest ponad 2000, więc jasne jest, że po pierwsze zajmują trochę
    miejsca, po drugie, że wszystkich nie zobaczymy, chyba że chcemy
    sobie tam bardzo długo posiedzieć (kiedyś było 10000, więc i tak
    mamy współcześnie wersję limited). Mając do wyboru konika lub
    rower, zdecydowanie woleliśmy rowery. Podobno właściciele wózków
    zabierają pod 80% zarobku pracującym woźnicom, co dodatkowo czyni
    tę opcję jeszcze mniej atrakcyjną etycznie. Nauczony
    doświadczeniem z innych krajów azjatyckich sprawdziłem czy są
    jakiekolwiek hamulce, powietrze w oponach i czy działa zamknięcie
    na koło. O dziwo wszystko w trzech rowerach w miarę funkcjonowało,
    więc ruszyliśmy.
    Do samych świątyń kawałek jest, ale droga
    nie jest zła, zwłaszcza w porównaniu z tym, co dzieje się, gdy
    zjeżdżamy na bardziej poboczne szlaki, które nie są utwardzane i
    oferują przyjemność pojeżdżenia po piachu (nierzadko i
    poprowadzenia jednośladu). Jeżeli chodzi o świątynie to trudno
    nie zgłupieć od nadmiaru szczęścia i atrakcji. Gdybym miał
    zrobić ranking najlepszych, to pokryłby się z sugerowanym w każdym
    niemal przewodniku, bo i teren został opracowany dokładnie (Indiana
    Jones mode off). Powiedzmy, że na pewno warto:
    - Shwezigon Pagoda
    – XII wiek, bardzo złota i duża. Zawiera kość i ząb Buddy.
    -
    Manuha – XI wiek, z dużym i ładnym reclining Buddą, z dużym i
    brzydkim siedzącym Buddą.
    - Thatbyinnyu – XII wiek, najwyższa
    ze wszystkich (61 metrów), dwa piętra.

    - Nathlaung
    Kyaung – jedyna świątynia hinduistyczna.


    - Bupaya Pagoda – jedna z często spotykanych na kartkach
    pocztowych, niestety rekonstrukcja, gdyż oryginał z IX wieku padł
    w trzęsieniu ziemi w 1975 roku. Najbardziej znana część
    przypomina dynię (‚bu’ po ichniemu to dynia).
    - Ananda –
    bardzo słynna, bardzo święta, bardzo wielka. Główna atrakcja:
    cztery figury Buddy, każda patrząca w inną stronę świata i każda
    oblepiona złotem. W połączeniu z panującym półmrokiem i
    minimalnie niższą temperaturą – hit! Jest taka legenda o
    powstaniu: do ówczesnego króla okolicy przybyli mnisi z Himalajów
    w liczbie ośmiu. Opowiedzieli mu o tym jak tam żyją. On się tym
    bardzo zachwycił i poprosił, żeby zbudowali mu takie, jak mają w
    górach. Zakasali rękawy, pomyśleli i zrobili. Wyszło pięknie,
    władcy tak bardzo się spodobało, że zabił architektów, bo nie
    chciał, by kiedykolwiek komukolwiek zbudowali coś równie ładnego.
    Patrz: Moskwa, Iwan Groźny, Cerkiew Wasyla Błogosławionego.
    -
    Dhammayangyi – naaajwiększa, ale umiarkowanie piękna wewnątrz.

    Jednak najlepszą częścią zabawy jest jeżdżenie na azymut,
    ‚a stoi coś tam chyba ładnego, to zobaczę’. Te mniej popularne
    często są tłem codziennego życia lokalnych, tu ktoś kozy pasie,
    tam wypoczywa, inny gotuje. Jest trochę przewodników, którzy
    chcieliby dorobić, ale pały nie przeginają. Od jednego się nawet
    dowiedziałem, że te czarne na ścianach to efekty okupacji
    japońskiej – ludzie uciekli się schronić, tam jakieś walki i
    bombardowania, więc bali się wychodzić i gotowali w środku.
    Dzięki temu freski malowidła ścienne mające ileś set lat zostały
    zniszczone.
    Pamiątką numer jeden są sand paintings, czyli
    piasek przylepiany do materiału. Jest to nawet ładne, sprzedawcy
    ochoczo pokazują, że bardzo wytrzymałe i można giąć, prać i co
    tam jeszcze chcemy. Cena wyjściowa to było 5000 kyatów, ale
    zejście do 3000 to była kwestia minuty, poniżej już trudniej, ale
    wiem, że niektórzy i po 1500 dali radę kupić. Drugi popularny
    suwenir: wyroby z laki, głównie bransoletki i szkatułki. Wiem, że
    jeżeli ktoś ma coś z katalogu kosmetyki damskie, wówczas barter
    działa więcej niż dobrze, chociaż mnie wyjątkowo chyba byłoby
    głupio, bo już tyle nieszczęść w tym kraju mieli, że pomadę
    lepiej dać za darmo komuś miłemu, natomiast pamiątki
    kupić.
    Pierwszy dzień robiłem po bożemu z mapką przewodnikową
    z głowy przyjaciela, drugi nieco chaotyczniej. Przy pierwszym
    wariancie jeszcze udaje przemieszczać się po bardziej
    cywilizowanych drogach, przy drugim nierzadko kończy się w
    chaszczach. Spotkane dzieci zabrały nas do swojej wioski. Nastawiony
    byłem sceptycznie, bo spodziewałem się tematu wsparcia finansowego
    wspólnoty lokalnej w zamian za jej oglądnięcie, ale o dziwo
    naprawdę chciały nam pokazać swoje domy i przedstawić nas swoim
    rodzinom. Jest to taka mieszanka radości i smutku, z jednej strony
    cieszą się, że biały przyszedł, tu jeszcze w liczbie mnogiej. Z
    drugiej strony patrzy się na tę przerażającą nędzę i nie wie,
    co robić, dawać pieniądze, ciepłe słowo, czy też udawać, że
    się chwilowo nie widzi. Wybrałem opcję kretyn-turysta, ale nie
    sądzę, żeby była najlepsza.
    Panujące temperatury do
    łagodnych nie należą, więc należy wziąć wodę, więcej wody i
    jeszcze trochę wody, jakiś krem do opalania, no i przygotować, że
    to nie będzie stricte wypoczynek, a raczej wysiłek fizyczny z
    ładnymi widokami. Teren jest dość rozległy i przez większość
    czasu da się go oglądać spokojnie samemu, ewentualnie w kilka
    osób. Niestety, gdy nadchodzi wieczór wszyscy szukają idealnego
    miejsca na podziwianie zachodu słońca. Ten wygląda cudownie,
    kolory jak nigdzie wcześniej i później, problem tylko, by nie być
    w sytuacji znanej z autobusów miejskich w godzinach szczytu.
    Pierwszego wieczoru dałem się namówić na potencjalną głupotę,
    podziwianie zachodu z pagody Shwesandaw. Uznawana jest za najlepsze
    miejsce przeznaczone do tego celu, więc byłem pewien, że przyjdą
    dzikie tłumy. O dziwo nie było bardzo źle, samotność oczywiście
    nie groziła, ale nie było też turystycznego horroru na miarę
    Angkor Wat czy Taj Mahal. Przerażony byłem, gdy przybyła grupa
    chińskich turystów z wycieczki państwowej – człowiek cały dzień
    na rowerze po krzakach, kąpiele w kurzu, jakieś chaszcze i pasące
    się kozy, a tu nagle bus z klimatyzacją, inny świat, szczęśliwie
    byli umiarkowanie uciążliwi. Chyba doszło do tego, że wszyscy
    wiedzą, że nie należy iść do Shwesandaw i przez to trafia tam
    mniej osób niż kiedyś. Niemniej tak naprawdę najlepiej chyba
    znaleźć cokolwiek wysokiego na co można wejść i będzie ładnie.
    Z Shwesandaw problem jest też taki, że super widok jest w jednym
    kierunku, no może w półtora, więc wszyscy chcą stanąć tak
    samo. Dzięki temu jakaś połowa tarasu pozostaje pusta, chociaż
    widok jest gorszy, to wymiar duchowy pozostaje na ‚opłacalnym’
    poziomie.
    Jest jednak jeszcze jeden haczyk, specjalnie dla
    rowerzystów: po zachodzie słońce jest ciemno (wiem, odkrywcze), a
    trzeba wrócić do Nyaung U (czyli wspomnianego wielokrotnie
    miasteczka). No i tu się robi ciekawie, najlepiej jak najszybciej
    dopaść główniejszej uliczki, można sobie pomagać patrząc na
    światła samochodów, niemniej bywa trochę strachu, bo oczywiście
    rowery nie są wyposażone w żadne światła (tak ogólnie to był
    pierwszy przypadek, gdy pomyślałem, że wzięcie latarki do Birmy
    to nie taki zły pomysł, potem będzie tych myśli oświetleniowych
    więcej). Nie było daleko, w naście minut wydobyliśmy się z
    krzaków i jechali równym asfaltem, chociaż było też parę minut
    zagubienia.
    Drugiego dnia poszło mi jeszcze lepiej (jak ja rzadko
    piszę takie słowa bez ironii). Najpierw z Kanadyjką wykończyłem
    część obowiązkową i wymyśliłem jechać do miejsca nieco
    oddalonego, dokąd koniki raczej nie jeżdżą. Ona odpadła po
    drodze, ciągle na nią czekałem, w końcu powiedziała, że bez
    sensu – słowa te wyjęła mi z ust. Dzięki temu mogłem sobie
    jeździć nieco szybciej, ale mapa, którą dali w Lonely Planet jest
    raczej dość intuicyjna, pozostaje posłużyć się zmysłem wzroku:
    tam są świątynie, nawet je widzisz, a teraz wyczaruj sobie drogę
    i tu zaczynają się problemy. Do pewnego momentu pomagała nawigacja
    na wieżę Nann Myint – 60 metrowy punkt widokowy wybudowany w 2005
    roku (niby idealne miejsce na zachód, ale wstęp 10$, które
    oczywiście przeznaczone są dla rządu, więc nikt świadomy tam nie
    pójdzie), ale potem musiałem odbić w lewo. Po kilkuset metrach z
    drogi pozostało wspomnienie, którym w końcu wyjechałem na czyjeś
    podwórko. Zacząłem intensywnie myśleć, gdy nagle chatka
    przemówiła w ślicznym angielskim i wyszedł z niej mnich. Chwila
    rozmowy, zniknął i powrócił dzierżąc dwie rzeczy: mapę i
    butelkę zimnej wody.
    - This is a gift and this is a present –
    powiedział wręczając mi zestaw przeżycia. Mapa była świetna,
    ale drogi na niej zaznaczone… No cóż, jako znawca polskich dróg
    mam bardzo szeroką definicję drogi, ale jednak nie aż taką jak
    oni. Podziękowałem wylewnie i pojechałem we wskazanym kierunku, na
    dzień dobry po skarpie o stopniu nachylenia ‚ja pierdolę, to się
    nie da’. Po drodze leżałem, prawie przeleciałem przez kierownicę,
    ale największy rzut adrenaliny miałem, gdy rzucił się do mnie
    pokaźnych rozmiarów pies. Jakimś cudem w końcu dotarłem do celu,
    usiadłem i delektowałem się zachodem w Tayok-Pyi Paya. Było
    idealnie, wręcz doskonale, obok mnie tylko jacyś lokalni rolnicy,
    którzy stracili zainteresowanie moją osobą, gdy tuż przed
    zachodem słońca przyjechał autobus wypełniony po sufit
    niemieckimi emerytami, oczywiście na wycieczce rządowej. Mieli
    przewodniczkę mówiącą w języku Goethego i byli wybitnie
    zaskoczeni, gdy zobaczyli, że nie są jedynymi turystami. Rolnicy
    wiedzieli, co robią siedząc tam, od razu chcieli im sprzedać parę
    rzeczy, w tym książki po niemiecku. Niemcy są w miarę
    cywilizowani, więc nie było bólu, poza tym, że jeden baran
    myślał, że wszyscy chcą wysłuchiwać o jego problemach ze
    zrobieniem idealnego zdjęcia, zaś inna kretynka mówiła, że jest
    tak pięknie, że żałuje, że nie wzięła sobie szampana, bo
    idealnie by pasował. Weź sobie do katedry w Berlinie, tam też jest
    bardzo ładnie. Aż kusiło spróbować dokonać przekładu
    klasycznego dowcipu o szampanie (Restauracja. Do klienta podchodzi
    kelner.
    - Szampan? – pyta
    - Nie. Sz kurwą, ale poszła szrać.)
    na niemiecki, co dzięki fonetyce języka mogłoby wypaść całkiem
    ciekawie.
    Powrót tego dnia poszedł jeszcze lepiej. Jechałem za
    ich busem jak dziki, domyślałem się, że zmierzają do tego
    pięknego, rządowego hotelu, a od niego już będzie ładna droga.
    Trochę mnie odsadzili, ale niemal równo z nocą ciemną jak dusza
    komunisty wpadłem na dziedziniec ośrodka wypoczynkowego Aureum
    Palace (rządowa sieć ogólnokrajowa, noc w Bagan kosztuje od 54$
    wzwyż, stek w restauracji 30$). Niemal zemdlałem i spadłem z tego
    roweru, tuż przed wjazdem zaczyna się piękna kostka brukowa,
    latarnie podświetlające drzewa i pobliską świątynię, idealne
    trawniki ze zraszaczami, obsługa w garniturach. Umiarkowanie się
    ucieszyli z mej wizyty, ale już wiedziałem dokąd, więc tylko
    powiedziałem o tym panu z ochrony, który mnie zatrzymał i wróciłem
    do części z noclegami dla nędzarzy.
    Podsumowanie: super.
    Zdecydowanie ‚najlepsze’ miejsce w Birmie jeżeli chodzi o atrakcje
    historyczno-buddyjskie. Upierdliwość ludności lokalnej jest jednak
    największa w całym kraju, niemniej jeżeli ktoś przerobił np.
    Angkor Wat (o Indiach nie mówię nawet) to będzie miał poczucie,
    że jest wyjątkowo cicho, spokojnie, a sprzedawców malutko.
    Wycieczek autobusowych trochę jest, ale patrz poprzednie zdanie. W
    porównaniu z konkurencyjnym kompleksem świątynnym, ten wypada na
    pewno inaczej. Wszyscy mówią zgodnie, że słabiej, raczej też nie
    będę się wyłamywał, ogólne wrażenie jest mniejsze, podobnie
    jak i budowle, ale to i tak jeden z najpiękniejszych widoków
    świata. Wielkim plusem jest też to, że do Bagan komercja dociera
    wolniej, zapewne to szybko się zmieni, ale do poziomu Angkoru i
    setek sprzedawców w każdej świątyni jeszcze trochę jest. Tu w
    miarę łatwo da się uciec od tłumów, w najgorętsze godziny dnia
    wiele osób wywiewa odpoczywać, to wówczas należy zebrać się w
    sobie i uderzać na najpopularniejsze obiekty. Moim zdaniem dwa dni
    minimum, a zapewne dołożenie trzeciego może być całkiem dobrym
    pomysłem.

    Poza konikiem i rowerem jest jeszcze jedna opcja
    zwiedzenia: balon. Niestety, lot balonem kosztował skromne 295$
    (teraz już 320$, wersja premium – mniej osób na pokładzie –
    350$). Za to wydają certyfikat potwierdzający odbycie go, serwują
    śniadanie z szampanem, pamiątkową czapeczkę i zdjęcie (to już
    za dopłatą). Ci, którzy się szarpnęli mówią, że warto, ja
    śmiem mieć inne zdanie nt. sensowności i etycznego wymiaru
    wydawania TAKICH pieniędzy w tym kraju. Impreza prowadzona jest
    przez zachodnich, latają zachodni, którzy żyją w Birmie, chociaż
    podobno pracuje dla nich około stu lokalnych. Coś chyba się komuś
    pomyliło, ale miejsca w balonach wyprzedane są sporo do przodu,
    więc okazało się, że to genialny pomysł na biznes. O dziwo, jest
    to polecane w Lonely Planet, wyjątkowo bez komentarza o kosztach, a
    wręcz zachęcające do inwestycji w to wyjątkowe przeżycie w
    kraju, gdzie wielu żyje za jakieś 50$ miesięcznie.

    Przejście
    do następnego etapu podróży nie było łatwe. Możliwe logiczne
    kroki po Bagan to Kalaw, Inle Lake lub Mandalay jeżeli robimy w
    ‚drugą stronę’. Interesujące mnie destynacje – Kalaw i Inle – są
    na zachód. Jest jeden autobus dziennie. Wyjeżdża o bardzo
    atrakcyjnej godzinie – 4 rano. Żeby było jeszcze przyjemniej,
    obsługa z hotelu nakazała być na posterunku od 3:30. To
    nieludzkie. Siedziałem do 4:15 na krawężniku, paliłem peta od
    peta i przeklinałem swój pomysł.
    - Bus sometimes late –
    powiedział pracownik hotelu.
    - Co ty, nie pierdol, dobrze jest,
    mogłoby być jeszcze lepiej, mogłoby padać – kusiło
    odpowiedzieć, ale w zamian upewniłem się trzy razy, czy aby na
    pewno ten bus wie, że ma odwiedzić nasz hotel. W końcu o 4:15 się
    pojawił, przydzielono mi jakieś miejsce, oczywiście
    niekorespondujące w żaden sposób z tym, co miałem wypisane na
    bilecie. Gdy potem jednak dosiadło się jeszcze parę osób, to
    uznałem, że wyjątkowo nie tak źle trafiłem, przynajmniej siedzę
    w środku, a nie na dachu. Początkowo ludzie zachodu się śmiali,
    że ‚o jaka ta droga zła’, ale zabawny nastrój szybko wszystkim
    przeszedł. Droga była gruntowa, czyli ‚z gruntu rodzimego lub
    utrwalona w wyniku specjalnych zabiegów i preparacji gruntu
    rodzimego przy pomocy mieszanin wykonanych z gliny, żwiru, żużla,
    itp.’
    Tam chyba nie dokonano
    specjalnych zabiegów i preparacji gruntu rodzimego. Wcześniej
    naiwnie myślałem, że coś dośpię, ale gdzie tam, nie było mowy,
    co skręt lądowała na mnie lokalna, ja za to miałem tak mało
    miejsca na nogi, że byłem zaklinowany. Siedzenia w autobusie
    kończyły się gdzieś w połowie moich pleców, więc oprzeć się
    nie bardzo dało. Wszystkimi tak rzucało, że wyglądało jak
    headbanging na Slayerze, pełen autobus machał synchronicznie
    głowami. Po drodze jeszcze parę osób podało jakieś paczki, ktoś
    się próbował dosiąść, oczywiście cały czas noc czarna z
    twarzą Murzyna. Gdy tylko zaczęło się rozwidniać, rozpoczęliśmy
    zatrzymywanie się, gdyż silnik się przegrzewał. Sposób
    chłodzenia go był genialny w swej prostocie, pomocnik kierowcy
    leciał po wodę i polewał nią podwozie. Te postoje miały pewne
    małe plusy, dało się odzyskać pion i na chwilę nie być
    masowanym od góry do dołu, ale przedłużały też czas
    ekstatycznego podróżowania. Wypakowanie się ludzi, zapakowanie z
    powrotem… Do tego, gdy chciał wysiąść ktoś z dalszego miejsca,
    to musiało też wiele osób siedzących przed nim. Gdy wysiadała
    jedna pani, to jeszcze coś krzyczała do prowadzącego. Pomyślałem
    sobie, że jedzie po nim chujami-batami, że kierował jak bałwan i
    tak wolno jechał, ale okazało się, że spadły jej buty i prosi o
    ich zwrot. Jednego nawet sam znalazłem. Potem okazało się, że
    jedzie ze mną Niemiec polskiego pochodzenia. Na jednym z postojów
    rzucił wkurwiony:
    - Droga jak w Polsce!
    Jak widać nie zerwał
    kontaktów z krajem ojców i wpadał czasem z wizytą.
    Łącznie
    jechaliśmy ponad dziesięć godzin pokonując w tym czasie dystans
    około 260 kilometrów. Jaja, po prostu jaja, a raczej jaja
    wszystkim odpadły i zostały w tym busie. Bilet kosztował 10,500
    kyatów, więc nie jakoś cudownie tanio. Jeździłem już po
    strasznie złych drogach, ale to jest rekord świata, chociaż
    podobno najgorsza droga Birmy wiedzie z Ngapali do Pyay. Uprzedzę
    rozwój wypadków, okazji nie miałem, jednak wiem, że tam do magii
    nawierzchni dokłada się to, iż lokalni często wiozą ze sobą
    ryby.
    Co jest w Kalaw, iż człowiek aż tak walczył, by się
    tam dostać? Nic, ale osada służy jako miejsce do wyjść
    trekkingowych. Chcący ominąć ten punkt programu mogą sobie
    jeszcze pojechać dalej, do Inle Lake. Dla ambitnych: z Kalaw idzie
    się na piechotę przez pobliskie góry, zajmuje to dwa lub trzy dni,
    zależnie od trasy. Ponieważ nie lubię odkrywać oczywistości na
    nowo, dałem się zaciągnąć dziecku do Golden Lily Guesthouse,
    hotelu polecanego przez Lonely Planet. Za trzy dolca dostałem pokój
    bez łazienki (z był za 5$) i w 10 minut umówiłem się na
    wyruszenie dnia następnego do Inle w opcji trzydniowej. 12$ za dzień
    (jedzenie i picie wliczone, 4000 kyatów za łódkę nie wliczone) i
    4000 za przetransportowanie mojego bagażu do wybranego hotelu nad
    jeziorem. Zależało mi na Lily, bo Lonely Planet niesamowicie
    zachwalało jednego z ich przewodników, Harrego Singha. Nie
    wiedziałem ilu ich tam robi, ale idąc z nimi miałem szanse załapać
    się na niego. Mogłem sprawdzić, czy inni nie są równie fajni,
    mogłem nawet odkryć fajniejszych, ale postanowiłem dopomóc
    szczęściu i zmniejszyć swoje szanse na trekowanie z kimś , kto w
    szkole miał tylko birmański.
    Zaczynało się dopiero
    popołudnie, więc poszedłem w miasto. Ma ono jakieś pięć ulic na
    krzyż, za to dość dużo noclegowni i lokali. W jednym z nich
    spotkałem dwójkę Amerykanów. Nie spodziewałem się niczego
    dobrego, w końcu to Amerykanie, a tu okazało się, że bardzo się
    myliłem. Jeden z nich był blisko mej kategorii wiekowej i miał na
    imię Dave, drugi senior i Steve. Okazało się, że Steve był w
    Birmie jedenaście razy i że zna ten kraj na wylot. Jasne jest, że
    miał tony topowych historii z tym związanych. Najlepsze:
    -
    jechał do Kyaikto (góra ze złotą skałą), autobus się popsuł i
    siedzieli sobie na poboczu czekając co też ciekawego życie
    przyniesie. Oczywiście jako biały klecący trzydzieści słów po
    lokalnemu został atrakcją całej przerwy w podróży. Po paru
    godzinach drogą przybył bus, którym cała wioska pielgrzymowała
    do Kyaikto, oczywiście pełen ludzi, ale na jego widok powiedzieli,
    że jedno miejsce się znajdzie (w takich krajach jedno zawsze się
    znajdzie). Wpakowali go na dach i tak jechał sobie w lokalnym tłoku
    na dachu i gdy już był pięć minut przed metą, współpasażer,
    widocznie nienawykły do podróżowania tym cudownymi drogami,
    rzygnął mu na kolana. Pocieszał się tylko, że nie wcześniej.
    -
    przez lata marzyło mu się zobaczyć część kraju pod granicą z
    Indiami, ale uparcie odmawiano mu zezwolenia. W końcu po trzech
    latach dostał, przeszedł do etapu drugiego: samolot. Spędził dwa
    tygodnie w Yangonie, codziennie szedł i pytał, czy może dzisiaj
    polecą. Codziennie dowiadywał się, że zbierają ludzi i że
    kiedyś polecą. W końcu trafiła się grupa kanadyjskich zakonnic z
    darami w postaci ubrań dla biednych regionu. Miały tego tyle, że
    zapłaciły jakieś 500$ za nadbagaż. Zobaczył to i wyliczył sobie
    pi razy okno, że gdyby poleciały z tymi pięcioma stówami to na
    pierwszym lepszy bazarze kupiłyby jakieś trzy razy więcej niż
    wszystko, co przywiozły z Kanady. Już nie wspominając o tym, że
    na miejscu mogłyby rozeznać, co dokładnie jest potrzebne.
    Kolejna
    zabawna opowieść zyskała swoje podwaliny tym, że rzucił do nas,
    iż ma nadzieję, że będziemy trekować we trójkę. Powiedziałem,
    że spotkałem jeszcze dwie osoby, które też się wybierają z
    nami. Zmarkotniał, powiedział, że trek w pięć osób to nie ma
    sensu.

    Pochodziliśmy
    razem po okolicy, znalazłem ciekawy specyfik: rum z miodem i
    czosnkiem, wszystko w jednej butelce. Mówią, że czyni cuda na
    zdrowie, akurat nie byłem chory. Po spacerach Steven poszedł
    dzwonić do właściciela wypożyczalni skuterów, który miał mu
    pożyczyć sprzęt, ale wyjechał do Yangonu, David spać. Pomyślałem
    trochę i w końcu poszedłem na wycieczkę tematyczną (w Kalaw
    temat kosztował mnie 1300 kyatów) i wróciłem do hotelu, celem
    zrobienia krótkiego wieczorka tematycznego. Po drodze spotkałem
    Hindusa, który okazał się być bratem Harrego. Próbował mi
    wyjaśnić, że jest już późno, że już 18, że powinienem kłaść
    się spać. Nie byłem przesadnie wypoczęty, ale obawiam się, że
    wiek wymagający od człowieka spania powyżej dwunastu godzin na
    dobę mam dawno za sobą – wyruszyć mieliśmy o 9 rano.
    Pomyślałem, co może być potrzebne na obrzeżach cywilizacji,
    kupiłem dużo papierosów, wody, spakowałem trochę ciuchów do
    podręcznego i oddałem kontemplacji zagadek wszechświata i okolicy
    wspólnie z whisky i papierosami Red Ruby.
    Na śniadanie było to,
    co zawsze, najgorsza była kawa, trzy kurwa w jednym: słód,
    obrzydzenie i ohyda. Chwilę po 9 udało się wybyć, zgodnie z
    oczekiwaniami trafił się Harry Singh.
    Jeszcze dobrze nie
    wyszliśmy, gdy dopadłem Steve’a i śmiałem się z niego. Pięć
    osób to dużo? Nas było około dziesiątki. Szło się całkiem
    dobrze, ale widziałem jakie buciki mają niektórzy i zastanawiałem
    się, czy wycieczka ma również objąć jakieś bardziej ekstremalne
    tereny. Jeżeli tak, to mogą mieć średnio wesoło. Ja oczywiście
    szedłem w szyszkowych glanach czternastkach, można w nich iść i
    na K2. Początkowa część wyprawy fascynowała mnie średnio, Harry
    opowiadał nam o różnych liściach, trawach, dawał do próbowania,
    tu kolendra, tu czterdzieści typów ryżu, spokojnie. Nikt nikogo za
    bardzo nie znał, każdy bał się za dużo mówić, by nie zostać
    głupkiem wycieczkowym, więc dopiero po paru godzinach komendantem
    melanżu został Steve. Tytułem wstępu, pierwsza wielka historia
    zaczęła się od opowieści Harrego o białym słoniu. Specyfika
    zwierzęcia: w Birmie uważane jest za symbol władzy i szczęścia.
    Junta ogłosiła posiadanie pierwszego w 2001 roku, kolejnego w 2002.
    Poprawili w 2010 z trzeciego okazu. Co już najciekawsze, tak
    naprawdę białe słonie są różowe, co zakrawa na jakąś totalną
    bzdurę, ale przypomnę, że jestem obywatelem kraju, gdzie nie tak
    dawno w parlamencie modlono się o deszcz. Do meritum, czyli do
    słonia. Jeden z nich przybył na dziko z Bangladeszu, ledwo
    przekroczył granicę został namierzony, schwytany i zawieziony do
    Yangonu. Parę tygodni potem pojawił się tam banglijski rolnik,
    który twierdził, że słoń jest jego. Władza powiedziała, że
    słonia nie odda, ale podobno wypłacili chłopu jakąś gratyfikację
    przed odesłaniem w powrotną drogę. Na to Steve rzucił, że
    widział tego słonia, że przywiązali zwierzę czterema łańcuchami
    i postawili dookoła niego kilka osób z karabinami, gdyż
    przepowiednia głosi, że jeżeli słoń zdechnie, padnie władza.
    Dlatego zanim pozwolą go zobaczyć, robią przeszukanie jak na
    lotniskach.
    - Za samo to trafią do buddyjskiego piekła, biedne
    zwierzę nie może się nawet obrócić, robi krok w przód, krok w
    tył i tak się giba cały dzień na dwóch metrach.


    Z
    cyklu rozmowy o nie do końca pojmowaniu buddyjskiego świata przez
    ludzi zachodu. Dlaczego człowiek to najlepsza inkarnacja?
    Tylko
    człowiek może poznać nauki Buddy i za nimi podążać, a tym samym
    dostąpić oświecenia. Człowiek to rozdroże, może awansować,
    może się zdegradować.

    Opowieść z amerykańskiego wojska,
    siły marynarki wojennej.
    - Nowym robi się taki numer, że wysyła
    się ich do luku torpedowego, żeby coś sprawdzili, potem zamyka się
    ich tam niby przypadkiem i zaczyna napełniać wodą aż zostanie
    komuś pod 30 centymetrów powietrza. Po pięciu minutach wypuszcza
    się pacjenta i jest swój. Niestety, pewnego dnia jeden ześwirował,
    wyciągnęli go, a on nie mówił nic, tylko bełkotał, oszalał.
    Przenieśli go do Section 8 (takie ładne określenia na ‚zwolniony
    ze służby z powodów psychicznych’ – kto oglądał MASH, to
    pomni, jak zaciekle Klinger walczył o dostanie się tam).

    Z
    rozmów z małżeństwem mieszanym, azjatycko-amerykańskim, pani
    orientalna odpowiada na pewne dość banalne pytanie:
    - Nie mogę
    już, biali pytają, czy Azjaci mają małe fiuty, Azjaci pytają,
    czy biali mają duże, oszaleć przy tym idzie.

    Powinno to posłużyć do jakiegoś
    wykładu o wyzwaniach społeczeństw wielokulturowych.

    Podczas
    spacerowania zawitaliśmy najpierw do monastyru, gdzie z nabożną
    czcią pokazano nam stupę mnicha, który umarł 25 lat wcześniej.
    No nie powaliło, ale rozumiem znaczenie tej struktury dla populacji
    lokalnej. Dzieci pobierające naukę miały dzięki nam chwilę
    radości, bo okazało się, że nasi amerykańscy przyjaciele
    poważnie przygotowali się na wyprawę i mieli dla nich zabawki.
    Bardzo podobały się fluorescencyjne patyki, które świecą po
    złamaniu, natomiast proca okazała się mieć instrukcję jedynie po
    tajsku, a jakaś dziesiątka osób z wyższym wykształceniem nie
    mogła podołać obsłudze i w końcu się to połamało. Defekt nie
    wydawał się przeszkadzać dzieciom, z przyjemnością dalej
    próbowały się tym bawić. Szczęśliwie mieli drugi egzemplarz,
    ten zostawiliśmy dzieciom, żeby sobie same połamały przy nauce
    obsługi. Monastyr miał wystawione też maty z różnymi warzywami,
    które suszyli. Wyglądało to bardzo ładnie, akurat żeby porobić
    zdjęcia na portale społecznościowe, to taka egzotyka, którą
    wszyscy lubią, miła, przyjazna i do zjedzenia.
    Następny dłuższy
    postój przypadł we wiosce, gdzie mieszkał zielarz-szaman. Facet
    mówił, że ma 92 lata, chociaż potem przyznał, że dokładnie to
    nie wie, ale jak pytają to tak odpowiada. Na Japończyków się
    załapał. Okazało się, że zna lekarstwa na wszystko, w tym na
    malarię, medykament oparty na marihuanie i opium.

    - Chyba mam
    malarię – padło z naszej grupy wycieczkowej.
    Niestety, nie
    chcieli się podzielić, ani sprzedać. Kilo opium w Birmie kosztuje
    250$. Ze smutniejszych rzeczy, okazało się, że syn pana nie chce
    się uczyć zielarstwa, więc wiedza przepadnie wraz ze śmiercią
    szamana.
    - Kto ma opium? Proszę oddać opium! – były to jedne
    ze słów kończących prezentację leków. Następnie przeszliśmy
    do części handlowej: pan dobył czerwonych sznurków z blaszkami,
    Harry nam powiedział, że to amulet, na blaszkach zapisane są różne
    magiczne formuły. Pewnego dnia był wypadek w kopalni, przeżył
    tylko jeden, która miała na ręce amulet, zginęło 59 osób.
    -
    Oni też pewnie mieli amulety – rzuciłem.
    Zapewniono, że nie.
    Cenę ustawiono raczej nisko, 1000 kyatów. Dobrobytu wielkiego tam
    nie mieli, każdemu nad ręką pomamrotał. Skuteczność trudność
    mi ocenić, ale mam ponad półtora roku i żyję, chociaż nie
    jestem pewien, jakie są związki tego stanu rzeczy z zaklęciami.

    Chwilę po wiosce opcja jednodniowa nas opuściła. Większości
    osób było żal, szło się dość przyjemnie, upał nie dawał tak
    strasznie w pałę, rozmowy z czasem zaczęły się lepić, część
    edukacyjna była ciekawa. Plusem było to, że zrobiło się luźniej,
    zwłaszcza po odkryciu, że to mniej odzywających się ubyło.
    Dotarliśmy do stacji kolejowej w środku jakichś totalnych pól.
    Okazało się, że w czasach Brytyjczyków przyjechał tam z Indii
    dziadek Harrego, zbudował to i tak mu się spodobało, że został.
    Kolej to wielka duma kraju. Po pierwsze turyści płacą za nią
    krocie, więcej niż lokalni. Po drugie przejazd Kalaw-Yangon trwa
    około 28 godzin, aczkolwiek opóźnienia sięgające pięciu godzin
    nie są niczym dziwnym. Harry mówił, że pewnego dnia jechał i
    jeden z wagonów spadł z torów. Z braku odpowiednich służb to
    pasażerowie i pobliska ludność mogli spędzić kolejne pięć
    godzin na kolektywnym wysiłku wtaczania go na tory. Co się dziwić,
    skoro od wyjścia Brytyjczyków nie położono ani metra torów. Może
    to jeszcze nie jest pewne, może to jeszcze nie do końca
    udowodnione, ale chyba są na tym świecie koleje gorsze od polskich.

    Inny temat, który zapewnił nam dobre 40 minut rozmowy to
    wydatki na zbrojenia. Birma przeznacza na ten cel jakieś 40%
    budżetu. Może jakaś Korea Północna to przebija, ale chyba nie. W
    milionach to pewnie nie będzie wiele, ale kurwa mać, dróg nie ma,
    kolej w agonii, a ci w wojsko ładują wszystko, załamać się tylko
    można.

    Pod wieczór dotarliśmy do wioski. Prąd zapomnij,
    łazienka podobnie, jest wiadro. Jak na złość zrobiło się
    chłodniej, więc niespecjalnie chciałem się cały umoczyć w
    lodowatej wodzie. Na ile się dało odświeżyć i przebrać to
    jasne, ale nie odważyłem się iść na całość. Z cyklu ‚Lekcje
    życia’
    - Jest 95 odmian bambusa. Jest taki z czarnymi włoskami,
    są bardzo trujące. Ścina się je, wrzuca do herbaty i daje do
    wypicia małżonce. To się nazywa rozwód po tajsku.
    Ale ciekawy
    wkład w światowe dziedzictwo kulturalne. Obstawiam, że działa też
    na samców.

    Kolacja była super, właściwie wszystko
    wegetariańskie, poza fish curry. Nastał problem: zrobiło się
    ciemno, ale nikt nie miał zamiaru iść spać. Ktoś rzucił, że
    będziemy grać w dwadzieścia pytań.
    - Czy ja wróciłem do
    podstawówki? – pomyślałem w pierwszym momencie.
    W jakimś
    sensie tak. Zabawa była cudowna, tarzaliśmy się ze śmiechu i
    wymyślali największe durnoty w świetle świec. Po jakichś dwóch
    godzinach ktoś skomentował:
    - Ależ ludzie stają się
    kreatywni, gdy odbierze się im prąd i telewizję.
    Do tego
    wszyscy się całkiem dobrze poznaliśmy. Słowenka okazała się
    sekretarką, Francuz polskim informatykiem, który wyjechał z
    ojczyzny ponad dwadzieścia lat wcześniej. Kolejna Francuzka
    wyglądała jak Ludwisia z ‚Mikołajków’, pracowała w jakimś korpo
    w Hong Kongu i wyrwała się na wakacje do Birmy. Pewnie nigdy w
    życiu nie musiała nosić tornistra ze szkoły, bo zawsze była do
    tego kolejka chłopaków, typ dziewczyny, na widok której topnieje
    lód w drinkach, a herbata sama się słodzi.
    Pasją Steve’a były
    pszczoły, jeździł po świecie zdobywać doświadczenia, jak
    również dzielić się nimi. Okazało się, że w Birmie typowy ul
    to wydrążony pień (drzewo czasem trzeba samemu zrąbać), w środku
    sadzi się kwiatki i voila! Podróżować może tylko, gdy jego
    własne pszczoły na Alasce zimują, więc ta część świata jest
    dla niego oczywistym wyborem.
    Harry opowiedział za to o dramacie
    sikhów żyjących w Birmie: jest ich około 70 tysięcy, co stanowi
    jakieś 14 promili populacji. Jedyną dopuszczalną dla nich opcją
    małżeńską jest wiązanie się ze swoimi. Wielkiego wyboru nie ma,
    wyjechać po żonę za granicę się nie da, ślub poza grupą
    etniczną jest źle postrzegany, więc czeka go pewnego dnia wybór z
    dość małej puli kandydatek.

    Na noc położyliśmy się
    wszyscy obok siebie, dostali koce od gospodarzy i wymęczeni
    spacerowaniem położyli spać. Niestety, jeden z uczestników dostał
    ciekawych (dla niego w mniejszym stopniu) sensacji żołądkowych,
    konkretnie rzygał dalej niż widział. Wydano mu dzban o dużym
    wlewie, jego azjatycka małżonka wspierała go słowem, a ja
    współczułem, chociaż zastanawiałem się, skąd też wiedziałem,
    że miejsce, które wybiorę do snu, będzie sąsiadowało z jego
    dzbanem na rzygowiny, chociaż oczywiście gdy je wybierałem
    (miejsce, nie rzygowiny, te wybierała małżonka chorego) to było
    idealne i na uboczu.
    Rano powstała teoria: jako jedyny ze
    wszystkich nie kupił sobie amuletu od szamana, wyrzygał duszę.
    Cała reszta przespała bez większych trudności, czyli nie tylko
    działa na wypadki w kopalniach, a także na zatrucia i udary. Dobrze
    zainwestowane 1000 kyatów. Śniadanie było chwilę po 6, tym razem
    nie było jajek, ale od kawy 3w1 nie udało się uciec. Część
    która zdecydowała się na opcję dwudniową nas żegnała, od razu
    szli do Inle, my w malutkiej grupie dalej odkrywać uroki trekkowania
    po okolicy. Ta była dość wdzięczna, ludzie wychodzili do pracy w
    polu, wyprowadzali swoje bydło, a nad tym wszystkim unosiły się
    jeszcze resztki nocnej mgły. Szliśmy tak sobie spokojnie w siedem
    osób, gdy koło 9 spotkaliśmy ludzi, którzy mieli do nas dołączyć.
    Byłoby nas 13 sztuk, dość zgodnie podniesiono bunt, że to się
    robi pielgrzymka do Częstochowy, a nie trekking i że przydałby się
    drugi przewodnik. Tego udało się załatwić dość szybko, ale
    sytuacja nie uległa wielkiej poprawie, zamykał pochód, język obcy
    znał śladowo, szliśmy jak wojsko. Oczywiście nikt z nim nie
    chciał się przemieszczać, wszyscy za Harrym, żeby tylko słyszeć
    i się edukować. Było kilka ciekawych roślin, przede wszystkim
    king of bitters (prawidłowa nazwa: Andrographis
    paniculata), zgodnie z nazwą gorzkie jak szlag, ale uznawane za
    jedną z najbardziej leczniczych roślin, wykorzystywaną do
    kurowania malarii i gorączki. Potem były cholernie gorzkie jagody,
    które po popiciu wodą zmieniały się w słodkie, magia.
    Spacer
    miał też aspekt kulturoznawczy, spotkaliśmy faceta, który toczył
    wielki wóz na drewnianych kołach. Okazały się kosztować 100$ za
    sztukę! Zemdleliśmy, pytamy jak często wymienia.
    - A, te mam
    od jakichś 20 lat – odparł
    To się nazywa jakość
    wykonania… Jeszcze kiedyś wprowadzą wam takie, co się po dwóch
    latach gwarancji same psują.
    Spotykaliśmy pełno ludzi z
    różnych plemion. Wiele osób właśnie po to idzie w te krzaki,
    mnie było trochę głupio, przydało się bycie jedynym palącym, bo
    mogłem chociaż częstować, gdy ktoś prosił. Nazw plemion
    oczywiście nie pamiętam, ale chwilami wychodziło z tego totalne
    ludzkie zoo, zwłaszcza pewien Niemiec przodował w pakowaniu
    obiektywu w twarze ludności lokalnej.
    Późnym popołudniem
    trafiliśmy na rolników wracających z pracy. Pędzili bawoły,
    które bardzo nieufnie patrzyły na biały element, który pojawił
    się znikąd na trasie ich przemarszu.
    - Harry, bawół może być
    agresywny?
    - Nie, ale może się zdenerwować… OO-oo, very
    nervous water buffalo approaching, STEP BACK!
    Po tych słowach
    przez drogę przebiegł wielki bawół ciągnący za sobą wieśniaka.
    Lecieli w takim tempie, że szybko przegonili całą grupę.
    - Ten
    to dzisiaj będzie wcześniej w domu.
    Na końcu całego korowodu
    szła dziewczynka i zbierała odchody. Robią z tego nawóz, opał,
    zaprawy i cegły.
    - To jest dopiero gówniana robota.

    Niestety,
    z racji liczebności grupy wszystko trwało bardzo długo.
    Zagadaliśmy się z jakimiś kobietami, Steve miał leki na zbyciu,
    więc przy pomocy Harrego udzielił instrukcji jak tego używać,
    chyba z pół godziny zdjęć ludzie sobie za to dali robić. Jak to
    skomentował Steve: gdybym sobie zrobił zdjęcie z amerykańskim
    dzieckiem w objęciach, to poszedłbym siedzieć za pedofilię, a
    jego rodzice by mnie zabili. Tu zaś cała wioska się cieszy. Gdy w
    końcu powróciliśmy na główny trakt, z krzaków wybiegł very
    nervous water buffalo z wieśniakiem.
    - Przecież wyprzedzili nas
    na biegu godzinę temu, już minęliśmy ich wioskę, co oni tu
    robią?
    - Pewnie bawół z nerwów pogubił drogę i go przez
    jakieś krzaki przeciągnął
    Na nasz widok znowu dostał ataku
    paniki i przyspieszył. Biedny właściciel pewnie znowu pobiegał
    sobie po okolicy ze swą rogacizną.

    Staraliśmy się być
    dla siebie mili, ale było jasne, kto przyszedł później, a kto
    miło spędził wcześniejszy dzień i noc, więc linie podziału
    poszły w sposób oczywisty, jako jedyny z Cheryl rozmawiałem, bo
    przecież nie jestem św. Piotrem i się nie zaprę, że ją znam.
    Szło się nawet ciekawie, w pewnym momencie widzę samego Dave’a,
    bez Steve’a, dziwne. Aż pytam, gdzie ten:
    - Poszedł wsadzić
    patyk do ula, żeby coś poobserwować.
    - Faktycznie, lepiej
    zostawmy go samego.

    Było już dość ciemno, gdy dotarliśmy
    do pagody (‚on to tak naumyślnie, pewnie ma tu zaprzyjaźnione węże
    i nas tam zaprowadzi’). Tam trwały wieczorne śpiewy, podzielono nas
    według kryterium płci i wyznaczono miejsca do spania. Śpiewy
    trwały cały czas, zapowiadała się ciekawa, aczkolwiek krótka
    noc. Dostaliśmy kolację (tu przynajmniej nie musiałem pytać, czy
    bez mięsa). Delikatnie zapytaliśmy Harrego, czy gdzieś tu w
    okolicy nie ma zimnego piwa. Powiedział, że o tam i żeby nie
    wnosić do monastyru, tylko zrobić sobie dobrze na zewnątrz.
    Monopol miał zimne piwo, ale miał też specjalność regionu,
    której bardzo chciałem spróbować. Toddy, czyli tak naprawdę nie
    da się powiedzieć co, sama nazwa tłumaczy się na grog, ale nie
    bardzo. Niby jest to sok z palmy poddany fermentacji, którego siłę
    trudno sprecyzować. Cena jest śmieszna, jakieś 0,7 litra kupiłem
    za 500 kyatów. Miałem nadzieję, że trafię na to solidnie
    procentowe, ale nie, smakowało trochę jak wino ryżowe, jednak o
    wiele gorsze i nie było mocne, za to dość rzygotliwe. Alex nabył
    whisky i tak sobie mieszaliśmy to wszystko z piwem na schodkach
    nieopodal monastyru. Noc była wybitnie ciemna, świateł poza pagodą
    zero, więc nikt nas nie mógł zobaczyć. Jednak zanim się dobrze
    zrobiliśmy przybył tłum wieśniaków. Poszliśmy ustalić, co się
    dzieje. Okazało się, że kupili nowy bęben i z tej okazji mają
    wielkie święto. Chodzili dookoła przybytku sakralnego, grali na
    bębnie, śpiewali, realizowały się marzenia kulturoznawcy na żywo.
    Po trzech okrążeniach (to trwało, dobrze trwało) weszli do
    pagody. Zdjęliśmy buty, schowali trunki w moich cholewach i poszli
    obserwować, co będą robić w środku. Tam odbywały się tańce,
    osobno mężczyźni, osobno kobiety. Nasz człowiek olśnił nas, że
    to forma zawodów: poprzez taniec obie płcie przekomarzają się i
    kłócą, kto jest ważniejszy dla wioski. Po jakichś dwudziestu
    minutach zawody zakończyły się zwycięstwem kobiet. Jeszcze trochę
    potańczyli wspólnie i poszli sobie. Fajne to było, niektórzy byli
    trochę pijani, inni palili w świątyni, widać było, że dobra
    zabawa. Ukontentowani, powróciliśmy do mych butów. Okazało się,
    że whisky nie ma. Dwóch Polaków nie musiało długo myśleć nad
    tym problemem:
    - Ktoś pierdolnął.
    - A wino by zostawił?
    Po
    jakichś dziesięciu minutach dobrze rozumieliśmy dlaczego wino nam
    zostawiono. Było tego z 0,7, nie daliśmy rady wypić połowy.
    Ostatecznie położyłem przy drodze, ktoś sobie znajdzie i weźmie.

    Obiecywano nam, że będą śpiewać o 4 rano. Nie kłamano, to
    były bardzo ładne śpiewy, chociaż jakoś trudno było mi
    wykrzesać z siebie wielki entuzjazm do nich o tak wczesnej godzinie.
    Na szczęście udało się potem jeszcze trochę powylegiwać i wstać
    dopiero o 6:30, na śniadanie. Miła odmiana, naleśniki z miodem i
    owocami i bez cholernej kawy 3w1. Łazienka była taka, że można
    było oblać się zimną wodą na podwórzu. Uznałem, że jeszcze
    parę godzin przeżyję. Komendant monastyru zaprosił nas do środka,
    co by porozmawiać. Po pierwsze interesy, czyli jeżeli chcemy
    błogosławieństwa to po 1000 kyatów. Trochę mnie to nie do końca
    zachwyciło, w Laosie dostałem niemało za darmo i ewentualnie
    mogłem zdecydować, czy chcę im coś dawać, niemniej tu nie
    chcieli nic za nocleg, więc wszyscy wzięliśmy. Na każdym pięć
    supełków, odpowiedzialne są one za:
    - pięć zmysłów
    -
    pięć nauk (za Buddę, za nauki Buddy, za nauki mnichów, za nauki
    nauczycieli, za nauki rodziców)
    - pięć ścieżek (nie zabijać,
    nie kłamać, nie wykorzystywać, nie pić… I czegoś nie
    zapisałem)
    Potem się trochę pomotaliśmy w naukach, ustalaliśmy
    to kilka kolejnych kilometrów. Wyszło, że było już dwóch Buddów
    – Gauatama był drugi, 5000 lat przed nim Budda żył w Kamakurze
    (czyli w Japonii, gdzie rzeczywiście było osadnictwo między 7500 a
    5000 p.n.e.). Za 2446 lat (licząc od 2010) przyjdzie kolejny Budda i
    zmieni naukę w miarę potrzeby.
    Jeszcze zanim sobie poszliśmy
    lokalny proboszcz poinformował nas także, iż to, że spotkaliśmy
    się tu i teraz znaczy, że również w poprzednich wcieleniach się
    widzieliśmy. Była to dość odważna teoria, ale grupa
    multietniczna nie podważyła jej, no bo przecież może i się
    spotkaliśmy? Nakazał nam się chwycić za ręce i życzył
    wszystkim, by osiągnęli Nibbanę przed upływem 7000 lat. To się
    nazywa prognoza długoterminowa… Porobiliśmy sobie pamiątkowe
    zdjęcia (w końcu niech wszyscy użytkownicy portali
    społecznościowych zobaczą, że dokonaliśmy rzeczy niesamowitych i
    bardzo duchowych), mnie szczególnie wzruszyła możliwość
    potrzymania japońskiej szabli z czasów drugiej wojny światowej.

    Potem przeszliśmy do drugiej fazy interesów, opat przyniósł
    obrazki, które robi w tak zwanym wolnym czasie. Powiedział, że za
    obrazki niczego nie chce, ale gdybyśmy mogli dać co łaska na
    pokrycie kosztów ramek, to będzie wdzięczny. Przedstawił tematy
    twórczości, postanowiłem wziąć sobie chciwość. Zapytałem
    Harrego ile to powinno być i musiałem się upewnić, że naprawdę
    jak dam 1000 kyatów to będzie ok. Jak na rękodzieło z końca
    świata to cena nie była zbyt wysoka. Każdy obrazek był inny,
    ilustrował ważną naukę buddyjską. Opat mówił po angielsku
    bardzo tak sobie, więc wiele nie zrozumiałem, potem pytałem
    Harrego, ale jego wyjaśnienie opowieści było dość durne. Poniżej
    obie, najpierw opis rysunku: pośrodku pustyni leżą rozwalone wozy
    z dobytkiem i szkieletami, obok nich przejeżdżają ludzie i
    pokazują go to sobie palcem ten widok
    Wersja opata:

    Pewnego dnia kupcy mieli wybrać się w
    daleką podróż handlową. Jeden pomyślał, że musi dużo zarobić,
    więc zapakował swoje wozy dobrami do i poza granice zdrowego
    rozsądku. Niestety, nie wpadł na to, że na pustyni nie ma wody,
    więc padł z pragnienia otoczony swym bogactwem – to jego szkielet
    bieli się pośrodku piasków, a ku przestrodze patrzą na niego
    członkowie drugiej wyprawy, którzy wzięli mniej towarów
    handlowych, a więcej wody.
    Ma to sens jako opowieść o zgubnym
    wpływie zachłanności i krótkowzroczności na życie i
    śmierć.

    Wersja Harrego:

    Pewnego dnia kupcy mieli wybrać się w
    daleką drogę. Poszli do kobiety i zapytali ją, czy muszą brać
    dużo wody na podróż. Ta powiedziała, że nie, że jest pełno
    źródeł po drodze i że im nie będzie potrzebna. Jeden uwierzył i
    zginął z pragnienia. Drugi postanowił nie ufać i zabrał wodę.
    Kto jest kto wiadomo.
    Ma to sens jak właśnie rozstałeś się z
    panną i jesteś wkurwiony na cały jej gatunek: opowieść o tym, że
    jak zaufasz kobiecie to szlag cię trafi.

    Opcja numer trzy
    zakłada, że wszystko źle zrozumiałem, albo robili sobie jaja,
    albo sam nie wiem. Mam jednak nadzieję, że wersja opata była
    prawdziwa i nad łóżkiem wisi mi obrazek o chciwości, a nie o
    seksizmie.

    Droga tego ostatniego dnia była przyjazna
    turyście – głównie w dół. Widoki w stylu bawoły, drzewa,
    lokalni, jednak większość płakała, bo ich buty otarły. Kogoś
    nie otarły, w co inni za nic nie mogli uwierzyć, bo jak takie
    wielkie trepy nie ocierają, a malutkie tenisóweczki tak. No właśnie
    tu macie odpowiedź dlaczego od lat tacham takie trepiszcza wszędzie.

    Już niemal nad brzegami jeziora Inle zatrzymaliśmy się na
    posiłek przy świątyni z 1056 roku. Gdyby ktoś miał zbywające
    300$ i im je dał, to wówczas wywieszą personalia darczyńcy i będą
    mu dedykowali szczęście w osiągnięciu Nirvany. Zdziwiła mnie
    dominująca tematyka ptaka, na me oko łabędzia (czy pieron wie, co
    mają), w wystroju świątyni. Zapytałem, okazało się, że pewnego
    dnia Budda, gdy jeszcze był księciem zabił łabędzia. Nauka
    głosi, że za każde zabite życie należy je przeżyć, by lepiej
    zrozumieć podłość swego czynu, więc i Budda musiał przeżyć
    wcielenie ptaka, którego zabił. Z jednej strony jest to bardzo
    fajny pomysł i bardzo uczciwy. Z drugiej, jeżeli okaże się
    prawdziwy, czeka mnie w cholerę wcieleń w komary i inne upierdliwe
    latadła.

    Od jeziora dzieliło nas już bardzo niewiele.
    Trafiliśmy na budkę, która chciała od nas pieniędzy na opłatę
    za pobyt nad jeziorem. Ta oficjalnie wynosiła 3,5$ od osoby (bez
    noclegu 2$). Narobiliśmy bardzo dużo zamieszania, mniej więcej
    połowa nie zapłaciła nic, inni raczej 2$ niż 3,5$ i wkroczyliśmy
    na teren kolejnej albumowej atrakcji Birmy.

    Po wyjściu z
    azjatyckiego autobusu można albo iść z buta do miejsca
    noclegowego, albo szukać przyjaciół do podzielenia kosztów
    taksówki. O 6:30 średnio ma się nastrój na pierwsze, więc szybko
    udało mi się znaleźć trzy osoby i taksiarza, który za dość
    srogie 6000 kyatów zawiózł nas do hotelu Royal Guesthouse. Może
    kiedyś założyli się, kto nazwie najgłupiej hotel i ci
    postanowili wygrać. Moi przyjaciele od taksówki stali się
    towarzyszami na nieco dłużej, tamtego poranka jeszcze tego nie
    wiedziałem, ale w imię wiecznej misji cięcia kosztów moim
    współlokatorem został Bernardo, pracownik portugalskiego
    ministerstwa rolnictwa. Następna dwójka to Chorwaci, Lado i Vośko,
    który prosił by nazywać go Wojtyłą (w to nie wnikałem, ale
    jakoś bardziej mi leżało jego słowiańskie imię). Obaj byli
    emerytowanymi wojskowymi. Jakoś niespecjalnie widziało mi się
    podróżowanie z nimi, ale taksę do hotelu można podzielić, pokój
    w imię ścięcia kosztów też. Gdy chciałem iść spać, okazało
    się, że dogadali naszego kierowcę na resztę dnia. Za 14000 kyatów
    zawiezie nas do wszystkich obowiązkowych miejsc w Mandalay, a na
    imię ma Ciukciu Super, niech będzie, wyśpię się po śmierci.

    Na początek flagowa
    atrakcja, Maha Muni Paya, świątynia na górze. Mimo wczesnej pory
    luźno nie było. Intrygowało wykorzystanie najnowszych zdobyczy
    technologii, przy najświętszym Buddzie były dzikie tłumy, więc
    zapewne żeby wszyscy mieli swoją chwilę radości zamieszczono tam
    kamery, a w innych miejscach świątyni telewizory wyświetlające
    przystrojony posąg. Ludzie siedzieli i patrzyli na Buddę, tak jakby
    miał się ruszyć, wstać, coś powiedzieć, zatańczyć, wyraźnie
    się czegoś spodziewali. Posąg ma 3,8 metra wysokości, wersja
    oficjalna głosi, iż Budda przytulił go siedem razy, tym samym
    ożywiając. Co rano twarz Buddy jest obmywana, ale na to się nie
    załapaliśmy. Miejsce jest dość duże, zwiedzamy oczywiście boso,
    z racji paru niedoróbek podłogowych czystość nóg szybko obniżała
    się do poziomu gleby. Gdy schodziliśmy, oczom naszym ukazał się
    pan, który miał robić show z wężem. Jeżeli chodzi o budowanie
    nastroju to przeczytał o jedną książkę za dużo. Po dwudziestu
    minutach słuchania jego okrzyków o tym, że będzie tu z wężem
    występował on i jego kolega (trochę po angielsku mówił, a i mowa
    ciała jest w miarę ponadnarodowa), poszliśmy sobie. Już naprawdę
    kartkowałem rozmówki, żeby znaleźć jak będzie po ichniemu
    ‚zamknij dupę, pokaż węża!!!’. Sam wąż był zdegustowany taką
    ilością marketingu, początkowo wyrywał się z koszyka, by potem
    sobie w nim iść spać. A facet biegał, krzyczał, namawiał
    audytorium do wsparcia go i węża finansowo, ale po początkowych
    sukcesach ludzie poczęli odchodzić. Nie doczekaliśmy do finału,
    facet pewnie do dzisiaj tam skacze i krzyczy, a wąż zdechł ze
    starości i z nudów.

    Odwieczne azjatyckie
    prawo taksiarskie jest nieubłagane: za atrakcję musisz odpłacić
    wizytami w sklepach. Tu było umiarkowanie koszmarnie, najpierw
    fabryka posągów, nawet interesujące, pył obrabianego kamienia
    wznosił się, że panowie powinni dostać emeryturę jak górnicy.
    Niestety, w następnym punkcie – tartaku artystycznym – chcieli nam
    wcisnąć drewniane figurki w jakichś kosmicznych cenach, większość
    rozmów na ten temat spędziłem paląc peta przed zakładem,
    pozwoliło to zobaczyć, że kierowca pobiera niezły zwitek
    banknotów za dostarczenie nas. To przynajmniej nie będzie stratny
    na w miarę atrakcyjnej cenie przewozu, którą nam zaoferował.
    Potem była fabryka złotych liści – ludziom w tej części świata
    uwidziało się, że pozłacane liście są fajne. Złoto tłucze się
    na płaściutki płatek (grubość 0,000127 centymetra) i potem można
    go przykleić do Buddy, by zapewnić sobie pomyślność. Można
    sobie uderzyć parę razy i tym samym rozbawić pracujących, którzy
    mają tak wyrobione mięśnie rąk i ramion, że spokojnie mogliby
    się przerzucić na podnoszenie ciężarów.

    Nie sądziłem, że
    możliwe jest zaśnięcie w birmańskiej taksówce, czyli takim
    upośledzonym krewniaku tajlandzkich songhtaew, ale mnie się to
    udało. Gdy już wypadałem na pysk, chwycił mnie Lado. Po pierwsze
    byłem zmęczony, po drugie jechaliśmy do sekcji pamiątek
    sakralnych. Zaczynało mnie to wkurwiać, bo z atrakcji to póki co
    była jedna, a teraz jeździmy, oglądamy figurki, złoto, rubiny,
    piętrowe pierdoły trzecią godzinę, a jednak jesteśmy w mieście,
    gdzie lista atrakcji wcale nie jest krótka. Niestety, moi
    jednorazowi przyjaciele byli tym zachwyceni, więc spokojnie znosiłem
    swój los i liczyłem, że jednak coś się jeszcze uda zobaczyć.
    Nie myliłem się, dotarliśmy w końcu do pałacu, wstęp to 10$ dla
    kochanego rządu, bilet na szczęście uprawnia do jeszcze kilku
    atrakcji. Pałac nie wygląda źle, ale to rekonstrukcja i trudno
    było się pozbyć wrażenia, że jeżeli to wszystko na co było ich
    stać w roku 1876, to rewelacji nie ma i bardzo dziwić nie może, że
    Brytyjczycy się specjalnie nie napocili przy podbijaniu Birmy. Wieża
    widokowa pozwoliła nam nacieszyć się panoramą Mandalay, ale
    jednak kasku to nikomu nie zerwało. Pewnym plusem była możliwość
    oglądania tego samotnie, ale znowu nie tak dużym, żebym komuś
    polecał zostawiać tam dziesięć dolca. Dochodziło południe,
    mieliśmy trochę dosyć, nasz kierowca zabrał nas na piwo. Birma,
    kraj gdzie o godzinie 12 w południe pijecie po dwa piwa z kierowcą
    (sztuka całe 600 kyatów) i potem wsiadacie do pojazdu. Inna bajka,
    że choćby chciał to by nas nie zabił, prędkość oscylowała w
    okolicach 30km/h. Zabrał nas do żeńskiego klasztoru, no fajnie,
    kolejna atrakcja sakralna.

    Na zachód słońca
    pojechaliśmy do jednego obowiązkowego miejsca, wzgórza Mandalay,
    które oferuje widoki z wysokości 230 metrów. Na szczyt wiodą
    schody, podobno 1707 stopni, nie liczyłem, ale moje nogi mówiły,
    że możliwe, kawałek jest. Gdy czekałem na zachód, dosiadł się
    do mnie mnich i sobie pobredziliśmy. Nie chciałem go męczyć o
    buddyzm, bo pewnie ma to sto razy, on mówił, że przychodzi, żeby
    spotykać turystów, bo tak się uczy angielskiego, więcej ja
    mówiłem, on raczej słuchał. Świątynia jest de facto wielka, bo
    ciągnie się od podnóża na samą górę, ale piękna raczej nie
    jest, kolory dość żywe w negatywnym tego słowa znaczeniu, rzeźby
    wykładane lusterkami raczej wątpliwej urody. Zrobiłem sobie
    zdjęcia z posągami węży, z żywymi kotami i wróciliśmy do
    naszego przybytku zahaczając po drodze Orange Market. To był niemal
    Wal Mart, ale gdy Ciukciu dowiedział się, że chcą 1600 kyatów za
    whisky, zabronił nam kupować i zabrał nas do bardziej melinowatego
    miejsca, gdzie to samo kosztowało 1500. No dobrze, wielkiej
    oszczędności nie ma, ale sam chciałeś. Przepraszał, że tak
    drogo, ale jest święto i przez to wszystko zamknięte, a co
    otwarte, to drogo. No masakra, jakieś 5 PLN za pokaźną flaszkę,
    ale rozumiem, że tutaj to nie tak mało. Co zabawne, 1,25 litra coli
    kosztowało również 1500 kyatów.

    Poszedłem sobie na
    internet. Zapłaciłem jak za woły, 1000 kyatów i przez 40 minut
    udało mi się ledwo co zalogować do poczty, o napisaniu żadnych
    odpowiedzi nie było mowy. Próbowałem nawiązać kontakt z
    człowiekiem z CS, dziewczynką, która sama przyjąć mnie nie
    mogła, ale oferowała, że pokaże okolice. Prosiłem ją wcześniej
    o numer telefonu, ten co dała nie działał, więc chciałem update,
    ale spokojnie, panna się odezwała trzy tygodnie później, że
    chyba nam się nie uda spotkać. Uwielbiam takich użytkowników,
    marnują tylko człowiekowi czas i nic z tego nie wynika. A jeszcze
    tam… Logowanie oczywiście zajęło wieki. Próbowałem
    poinformować ojczyznę, że żyję, udało się połowiczne,
    działała bramka Orange, nie działała Plusa, ogólnie bardziej
    szło się wściec, załamać i przekląć wszystko niż coś zrobić.
    W końcu siadłem przed hotelem, popijałem whisky i Star Colę,
    czyli tryumf lokalnego przemysłu nad produktem korporacyjnym, i
    zastanawiałem się, co czym zapijam, by w pewnym momencie
    stwierdzić, że sama whisky wchodzi lepiej niż ze Star Colą. Do
    nastroju wieczoru dokładały się komary, każdy z potencjalną
    malarią, więc bywały chwile, gdy miałem głębokie przemyślenia,
    że może jednak należało sobie kupić ten Lariam mimo
    gwarantowanych koszmarnych skutków ubocznych. Tego dnia miało być
    święto ognia w Mandalay i celowałem w nie. Ba, według naszego
    kierowcy odbywało się, dlatego whisky taka droga. Nie licząc dwóch
    osób gotujących sobie na otwartym ogniu na krawężniku, święta
    nie stwierdziłem.

    O poranku zaczęła do
    mnie powoli docierać smutna prawda żywieniowa: orange juice w tym
    kraju to woda z sokiem pomarańczowym. Człowiek widzi w menu, napala
    się na dobry, cytrusowy napój, a dostaje zalewajkę, jakby ci
    napluli w twarz. Kawa zaś to rozpuszczalne 3w1, przy którym
    najpodlejsi przedstawiciele tego gatunku wydają się całkiem
    ciekawi. Niczego innego dostać do picia się właściwie nie da.
    Chwała niebiosom za owoce.

    Pojęcie moich towarzyszy
    o odwiedzanym kraju było dość nikłe, więc za radą kierowcy z
    dość długiej listy atrakcji w okolicy Mandalay wybraliśmy Mingun
    – nieukończoną świątynię, która miała być największa na
    świecie. Najpierw trzeba było dostać się na przystań, potem 45
    minut łódką po rzece Irawadi i jest się. Są dookoła pomniejsze
    pagody, więc w duchu ‚jak się już jest to trzeba zobaczyć’
    wszyscy wysypują się z łódek i ciągną tym samym szlakiem. Jest
    to koszmar turystyki masowej, dookoła ludzi krążą lokalni
    próbując coś sprzedać, niektórzy kupują, inni walczą, żeby im
    dano spokój. Ech, a liczyłem że będzie intymnie, że nie będzie
    stad, myliłem się. Przy wejściach ludzie się rzucają, żeby nam
    popilnować buty, oczywiście mówią, że nie chcą pieniędzy,
    potem jednak wyciągają po nie ręce. Pomyśleliśmy i poszliśmy
    ‚od końca’, pozwoliło to chociaż kilka obiektów mieć samemu.
    Jedną z głównych atrakcji jest Mingun Bell, dzwon czyli. Odlany w
    1808 roku miał służyć w największej świątyni świata, no i
    jest też największym dzwonem świata. Jak to, a Moskwa? Ano w
    Moskwie jest pęknięty, ten zaś nie, wchodzi się pod dzwon i można
    sobie podzwonić. Myśli: hm, jakby spadł to śmierć, zanim by się
    do nas dowiercili to powietrze dawno by się skończyło. Waży on 90
    ton, czyli 55555 viss, czyli numerologia po raz kolejny. W końcu
    poszliśmy i do głównej atrakcji, ktoś spadł z chuja: świątynia,
    która nigdy nie działała, która się cała sypie, ale buty musisz
    zdjąć. Można sobie wejść na jej dach, co też uczyniliśmy, ale
    idzie się po kamieniach, trawach, porostach, nie pocięcie nóg
    graniczy z cudem. Widok z góry jest w porządku, ale lepszy też
    każdy widział. Sam obiekt zaczęto budować w 1790 roku z pomysłu
    króla Bodawpaya. Po jego śmierci w 1819 prace zarzucono, a w 1838
    przyszło trzęsienie ziemi, które rozszczepiło budowlę na pół.
    I tak zamiast największej świątyni świata mają największe
    cegłowisko świata, do tego z wielkim pęknięciem w połowie. Robi
    to pewne wrażenie, ale jednak nie jest to atrakcja, którą bardzo
    bym polecał. Przewodnik głosi, że urokliwe jest samo dopłynięcie
    łódką, 45 minut wolnego spływu rzeką na leżaku, średni szał.

    Jednak o niezapomniane
    wrażenia zadbali towarzysze. Cała trójca była katolicka, Bałkańcy
    to nawet bardzo, rozpoczęli więc opowieści o tym, że buddyzm jest
    pogański, że to mordercza religia. Że po co budować taką
    świątynię skoro można za to było zbudować ludziom domy. Że tu
    w murach są zamurowane ciała, bo we wszystkich buddyjskich
    świątyniach są trupy w ścianach, taka część wyznania. Znosiłem
    to w miarę spokojnie, bo z głupim nie ma co się kłócić,
    najpierw sprowadzi cię do swojego poziomu, a potem pokona
    doświadczeniem, chociaż w którymś momencie spytałem, czy myślą,
    że budujący średniowieczne katedry w Europie mieli pełen pakiet
    socjalny i emeryturę. Nie no, w Europie to co innego, tam przecież
    budowali dla boga. Wiele więcej już nie mówiłem, bo i po co. Tacy
    ludzie nie wydają się szkodliwi, pojeździsz z nimi trochę, czasem
    cię zażenują, innym razem się wspólnie pośmiejecie, ale potem
    zdajesz sobie sprawę, że ich jest większość, że to właśnie
    oni decydują o tym jak chujowo wygląda wiele rzeczy. Tacy ludzie
    nigdy nie pomyślą, że ktoś w azjatyckiej fabryce szyje koszulki
    za dwa dolca dziennie i że można by kupić coś fair trade. Problem
    zasadza się w tym, że to oni w dużej mierze decydują o wynikach
    wyborów i kierunku działań politycznych krajów. Za wiele nie
    wiedzą, ale im to nie przeszkadza, nawet nie są świadomi własnych
    ograniczeń. Podróże niby kształcą, ale oni przybywają i wiedzą,
    że buddyzm jest zły i w żadnym stopniu nie przeszkadza im to, że
    nie mają o nim pojęcia. Żeby się czegoś dowiedzieć należałoby
    poczytać, ewentualnie coś oglądnąć czy iść na wykład, ale im
    się to nie przydarzy, bo wiedzą lepiej, w końcu przeżyli już
    tyle lat i nie mają potrzeby dowiadywania się niczego więcej. I
    tak sobie ich słuchając na łódce i pisząc kartki wróciłem do
    Mandalay.

    Jechaliśmy podziwiać
    zachód słońca w jednym z miejsc przeznaczonych do tego. Żeby nie
    było nudno, zatrzymała nas policja i coś tam zapłaciliśmy, potem
    pomagaliśmy jakimś kobietom odpalić samochód, oszalały z
    wrażenia, że kilku białych chłopa przy tym kombinuje – okazało
    się, że Lado zna się na mechanice dość dobrze i w trzy minuty
    mogły jechać dalej.

    Amarapura to kolejna
    dawna stolica, miejsce, gdzie znajduje się najdłuższy na świecie
    most tekowy. Lubię te statystyki i wynajdywanie rzeczy, w Kanadzie
    mają najdłuższy na świecie zadaszony most drewniany, tu tekowy.
    Ciekawe ile ostało się mostów tekowych na świecie, ale dobrze,
    jest naprawdę długi, 1200 metrów, 1060 podpór. Nie wydaje się za
    solidny, ale wystarczy zacząć iść i czuje się pod butami, że
    kawał dobrej roboty. Przejście chwilę zajmuje, ale najlepszym
    widokiem są lokalni, którzy się po nim przemieszczają. Większość
    nie chce nam sprzedać chały, tylko wraca do domu po dniu pracy,
    niektórzy na rowerach, inni piechotą. Między nimi jest wcale
    niemała liczba mnichów, niektórzy przechadzają się z fajnymi
    parasolkami, za które w Polsce dostaliby wpierdol, że pedały. Po
    drugiej stronie mostu jest wioska i świątynia. Większość
    turystów nie męczy się w łażenie tam, mnie się chciało i w
    nagrodę miałem parę figur Buddokotów, w życiu takich nie
    widziałem. Oczekiwanie na właściwy zachód słońca to trochę
    turystyczna chujówka, wszyscy szukają dogodnego miejsca, żeby
    zrobić to idealne zdjęcie, które potem wszystkim pokażą. Z
    drugiej strony ludzi nie było jakoś strasznie dużo, więc widok
    był całkiem ładny i przyjemny. Pewnym problemem są lokalne
    zwyczaje pozbywania się śmieci, prosto do jeziora. W efekcie
    przybrzeżne błoto pełne jest rzeczy, które gniją i cuchną, no i
    oczywiście siatek foliowych, zdecydowanych zwycięzców w globalnym
    świecie. Gdy wracałem spotkałem na moście Sheryl, która akurat
    poznała Lado. Gdy ten dowiedział się, że chciała zapłacić
    pierwszą podaną cenę za obrazki, popukał się w głowę i z 1500
    za jeden doszedł do trzech za 1500. Ona aż protestowała, że to
    chyba za mało, że nie wystarczy tym biednym ludziom. – Jak chce
    sprzedać za tyle, to z głodu nie umrze – rzucił filozoficznie.
    Okazało się, że była w Sagaing. Pytam jak tam, sam chciałem, bo
    w świątyni mieszka wąż, który uznawany jest inkarnację opata,
    codziennie o go 11 karmią. Zeznała, że dramat, że wąż wygląda
    na zdechłego, że stada dzieci żebrzą, że namierzyła staruszkę,
    która brała darmową wodę ze świątyni, a potem sprzedawała ją
    jako mineralną i że nie ma co. Aż mi się poprawił humor, że nie
    udało się odwiedzić opata. Jest to pewien problem z Mandalay,
    atrakcji jest niby w diabły, ale jest ich pełno rozrzuconych na
    dość dużym terenie. Jeżeli nie ma się zamiaru spędzenia kilku
    dni, trudno wszystko zobaczyć, więc należy dokonać selekcji.

    Wracaliśmy w absolutnych
    ciemnościach w sznurze aut, rowerów i motorowerów. Ilość pyłu
    wzbijana przez pojazdy sprawiła, że wszyscy zmieniliśmy kolor
    włosów. Poszliśmy jeść i pić, od dawna cieszą mnie azjatyckie
    edycje hitów z zachodu. Tamtego wieczora mogłem nacieszyć się
    ‚White flag’ Dido i Coco Jumbo, refren zostawili, brzmiało jakby
    ktoś sobie robił jaja. Zaczęły się jednak jaja mniej birmańskie:
    Vośko już wcześniej dość dużo opowiadał o tym, że odbył parę
    miesięcy wcześniej pieszą pielgrzymkę do Santiago de Compostella
    i że było to niesamowite, cudowne, bardzo ważne i jedyne w swoim
    rodzaju przeżycie uduchawiające. Kurtuazyjnie dopytywałem o
    detale, więc po godzinie sam mogłem służyć jako niezgorsze
    źródło informacji na temat turystyki religijnej w tamtej części
    świata. Jakoś nie przeszkadzała mu ta pielgrzymka w tym, że
    pewnego dnia wyszedł ze swej rezydencji na Puli i uznał, że jest
    cholernie dużo kotów, miauczą i brudzą, więc wykorzystał
    pamiątkę z czasów wojny i wystrzelał około dwudziestu sztuk.
    Takie są właśnie efekty katolickiej polityki opowiadania ludziom,
    że zwierzęta mają służyć i że nie należy przesadzać z dobrym
    ich traktowaniem. Dowiedziałem się też, że to co ja robię to
    jest straszne, bo jak można mieć 28 lat i nie mieć dzieci? Podałem
    z pięć racjonalnych argumentów, ale dowiedziałem się, że całe
    moje pokolenie wynajduje sobie takie bzdurne wytłumaczenia, jego
    babka urodziła w sumie piętnastkę dzieci, która przeżyła i
    piętnastkę, która zmarła. Jego dziadkowie musieli lubić ten
    sport, ale ciekaw jestem pewnych szczegółów anatomicznych, jak to
    wygląda po dwudziestym dziecku? Biorąc pod uwagę osiągnięcie
    odpowiedniego wieku, ówczesną średnią długość życia, babcia
    de facto była całe życie w ciąży lub w okresie laktacji. Mówił
    smutnym głosem:

    - Mam Mercedesa, mam dom
    w Słowenii pod Triglavem i dom w Puli, mam wysoką emeryturę, ale
    mam tylko jedną córkę. Co gorsza, jest wegetarianką jak ty.

    Chłopie, a gdybyś miał
    drugie dziecko i też byłoby wege? No nie daj boże homo i wege!
    Oczywiście nic nie mówiłem, chociaż kusiło poprosić o namiary
    na córę, taki fajny teściu, do tego z Mercedesem, domem w Puli i
    pod Triglavem. Podpuściłem ich trochę, żeby poopowiadali o
    wojnie, bo nie miałem specjalnych złudzeń do tego, co mi powiedzą,
    zaś nacjonalizm bałkański jest bardzo pocieszny jeżeli tam się
    nie mieszka. No i nie zawiodłem się, piękny, dorodny chorwacki
    nacjonalizm jasno określający winnych i ofiary wojny z lat
    dziewięćdziesiątych. Miałem niezły ubaw, bo przeczytali chyba
    trochę za dużo na temat bezpiecznej turystyki i nawet gdy
    wychodzili do kibla oddalonego o dwa metry, to zamykali pokój, mnie
    również polecali tak robić. Na pewno, uwielbiam sobie komplikować
    życie w kraju, gdzie przestępczość wobec turystów praktycznie
    nie istnieje.

    Kolejną cegiełkę do
    całości wieczoru dołożył Lado, były pilot helikoptera w
    strukturach ONZ. Oczywiście już na emeryturze, która wynosi
    skromne 1200 euro miesięcznie. Hobby? Golf. Mówił, że uwielbia i
    że w Birmie też by chciał zagrać, bo w Chorwacji to droga sprawa,
    przynależność do klubu to 1000 euro rocznie plus 200 za każdy
    miesiąc, ale to bardzo dobry i prestiżowy klub i się opłaca. Jego
    kariera w ONZ nie była długa, spędził bodajże dwa lata w Angoli,
    gdzie za jego pobytu nic wielkiego się nie działo, woził głównie
    jednych dyplomatów na spotkanie z drugimi, mówił że udało mu się
    pozwiedzać i parę sąsiednich krajów odwiedzić.

    Tu nastąpi dłuższy
    wywód nie związany z Birmą. Siedziałem tego wieczora, paliłem
    peta za petem, popijałem piwo, słuchałem ich i coraz bardziej nie
    mogłem niczego zrozumieć, by potem przejść na whisky i dalej
    zadawać sobie w kółko te same pytania. Dowiadujemy się coraz
    częściej z mediów, że obecne pokolenie jest po pierwsze
    roszczeniowe, po drugie niczego nie umie. Ja się pytam, co potrafią
    stada naszych ojców i matek? Bo znam niemało starszych osób i
    jakoś nie widzę szaleńczej różnicy w poziomie wiedzy i
    kompetencji, a często widzę ją na korzyść młodszych (pośród
    których idiotów i kaleków pracowych też nie brakuje). Jednak
    jakimś dziwnym trafem to starszym udało się dojść do etapu dwa
    domy, gigantyczne emerytury w wieku 40 paru lat, a nam się mówi, że
    mamy jebać do śmierci i jeden dzień dłużej. Nie chcę nikomu
    niczego odbierać, ale chcę żeby inni też mieli tak fajnie –
    mnie się humor nie poprawi jak Vośko i Lado będą rąbali do 70tki
    za 300 euro miesięcznie, ale bardzo mi się polepszy jeżeli mi ktoś
    da 1200 euro emerytury na 40 urodziny, przestanę też wówczas mieć
    chamską i roszczeniową postawę w stylu ‚zalegacie mi państwo 200
    PLN od czterech miesięcy’. Wówczas też chętnie oddam się
    członkostwu w elitarnych klubach golfowych i podróżom po świecie.
    Ba, żaden z nich nie mówił za dobrze po angielsku, często
    dopowiadali po chorwacku, a ja po rosyjsku, tymczasem od lat
    dowiaduję się, że jeden obcy język to za mało i że młodzież
    nie jest wykwalifikowana. To jest wszystko bardzo piękne, ale
    prędzej czy później człowiek zaczyna zadawać sobie pytanie: kto
    i jak bardzo robi mnie w chuja? Bo zaczyna to już przybierać
    groteskowe rozmiary. Inna sprawa, że 1200 euro to więcej niż
    pensja profesora na polskim uniwersytecie, a znowu w szklanych
    wieżowcach wielu ma dwa razy tyle miesięcznie. Że też człowieka
    pokarało za bycie pacyfistą i miganie się od wojska, by się
    poszło z dwoma wówczas językami i już za chwilę szło na
    emeryturę!

    Drugie spotkanie z
    internetem było nieco lepsze niż pierwsze, coś się nawet udało
    odpisać. Z naszych rozmów o necie w Birmie wyłonił się
    następujący obraz: net działa zależnie od tego jak wiatr wieje,
    jednego dnia da się, drugiego w tym samym miejscu już nie bardzo.

    Następnego poranka mimo
    wszystko postanowiłem jechać z nimi, bo mieli pomysł, który
    początkowo miałem, potem zarzuciłem, a teraz uznałem, że w sumie
    mogę się pobawić w to. Monywa. Drugi co do wielkości Budda
    świata. Da się zrobić to w jeden dzień z Mandalay, ale
    postanowiliśmy jechać tam i spędzić cały dzień na podziwianiu
    atrakcji. Nasz już bardzo zaprzyjaźniony kierowca zawiózł nas na
    autobus i pożegnaliśmy się. Wcześniej zabronił nam jechać lądem
    do Tachileik – moi towarzysze rozważali powrót do Tajlandii w ten
    sposób, zaraz tam jest przejście lądowe i w sumie wyjechać można
    próbować. – Wysadzą cię z autobusu i okradną, a niewykluczone,
    że zabiją. Rząd w ogóle nie kontroluje tej drogi i okolicy –
    ostrzegał. Można się dostać drogą powietrzną, ale raczej nie ma
    po co, miasteczko podobno takie sobie, atrakcji brak, a jak już ma
    się lecieć, to łatwiej do Bangkoku.

    Mandalay mnie nie
    powaliło. Miejsce wywołuje tyle skojarzeń, że człowiek spodziewa
    się niemal Kiplinga na żywo, a tu niestety nie. Może da się
    lepiej dobrać atrakcje (przy czym wiele osób wskazuje, że Mingun
    jest najciekawsze), ale rozmowy z innymi raczej potwierdzały, że
    nic tam nie zabija, nie zrywa kasku i nie odmienia życia. Z widoków
    do zapamiętania to na pewno most tekowy, choćby dlatego warto, a i
    ze wzgórza widoki są całkiem ładne. Ogólnie niezgorsze, bardzo
    buddyjskie miasto.

    Żeby było ciekawiej,
    busy do Monywa odchodzą z innego miejsca niż dworzec główny, na
    moje oko to ze środka ulicy, ale Ciukciu dokładnie wiedział skąd.
    Wsiedliśmy, ruszyli i zacząłem rozumieć dlaczego komuś wyszło,
    że średnia prędkość przemieszczania się po kraju to 40km/h. Po
    autostradzie Yangon-Mandalay wydawało mi się, że to już
    przeszłość, ale szybko odkryłem, że nie. Niestety dość
    boleśnie, bo na własnej skórze, głowie i uszach. Po pierwsze
    autobus był średnio czysty, co nie robi na mnie większego
    wrażenia. Po drugie droga była taka, że nawet nie plomby wypadały,
    to dziąsła nie dawały rady. Po trzecie tour operator wisiał w
    drzwiach i krzyczał do ludzi, że może ktoś chce wsiąść. Kusiło
    mnie sprzedać mu kopa, wtedy by wysiadł. Myślałem, że uspokoi
    się jak opuścimy miasto, ale nie, jechaliśmy przez totalne krzaki,
    a ten krzyczał, że MONYYYWAAA. Nikt oczywiście nie przychodził.
    Po czwarte kierowca klaksonił jak popierdolony, próbowałem mu
    złapać 30 sekund bez klaksonu i rzadko się udawało. Zrobiłem
    sobie krótką listę: operator i kierowca, któregoś zabiję. Do
    tego siedziałem z Portugalczykiem Bernardo, który nauczył się na
    pamięć Lonely Planet i cytował słowo w słowo odpowiednie
    fragmenty, dodatkowo zadając mi pytania, na które wszystkie miałem
    jedną odpowiedź: ja też tu jestem pierwszy raz w życiu. Widoki za
    oknem były średnio interesujące, dopiero wielka grupa ludzi
    tłukących kamień jakoś ożywiła krajobraz. Ech, tych to dopiero
    czeka emerytura i klub golfowy. Było to moje pierwsze spotkanie ze
    zjawiskiem, grupa obywateli siedzi w kucki i za pomocą zwykłego
    młotka tłucze kamień na mniejsze. Potem przyjeżdża walec
    (‚potem’ miewa różną definicję, panuje deficyt walców), ugniata
    to i mamy nową drogę. W wersji deluxe nawet asfaltem poleją, ale
    to rzadziej.

    Dotarliśmy w jakieś
    dwie godziny do Monywy i zanim się obejrzałem zatrudnili kierowcę
    imieniem Tandegu na cały dzień. W takiej grupie to sobie można,
    zabrał nas do hotelu, gdzie nastąpiła wielka walka, najpierw o
    nocleg, potem o ceny. Z wielką łaską pokazano nam pokoje i w końcu
    zgodzono się trochę zejść z ceny, 12 dolca za dwójkę. Byłem
    bliski wojny polsko-portugalskiej, a raczej spuszczenia chłopu
    wpierdolu na środku recepcji. Jemu nie przyjęli 50tki dolca, że
    zniszczona. Ja miałem taką nieco wytartą dwudziestką dolca,
    której nie chcieli mi przyjąć wcześniej i dałem ją tutaj. O
    dziwo chwyciło i facet zaczął wydawać resztę. Bernardo na to do
    niego: to mi nie przyjąłeś 50tki, a od niego tak samo zniszczoną
    dwudziestkę bierzesz? Na to facet powiedział, że ode mnie też nie
    weźmie. Gdy chwilę potem spytałem go, czy mu zajebać, tłumaczył
    się, że myślał, że jemu przyjmą te pięć dych jak wskaże, że
    przecież biorą też zniszczone dwudziestki. Facet ponad
    pięćdziesiąt lat, pracownik portugalskiego ministerstwa rolnictwa.
    Kolejna cegiełka do rozważań o nieporadnych i głupawych
    dwudziestolatkach w porównaniu z mądrością poprzednich pokoleń.

    Pierwsza atrakcja,
    Thanboddhay Paya, dokładne info głosi, że jest tam 582363 figurek
    Buddy. Pewnie więcej, bo nie sądzę, żeby ktoś to liczył
    ostatnio, a łatwo odnieść wrażenie, że przybywa. 3$ za wstęp,
    ale żegnaj osrana dwudziestko, obiekt rządowy to mniej patrzą.
    Intryguje mnie praca tych bileterów na zadupiach, nie wyglądało na
    to, żeby wiele osób tam docierało. Po wejściu do środka opad
    szczeny, gabinet luster Buddy, gdzie się nie popatrzy to Buddy,
    oczywiście większość malutka, kilka większych, ale dosłownie
    wszędzie, na sufitach, na ścianach. Obok jeszcze wieża, widok
    fajny, ale całość pewnego dnia się posypie i pierdolnie z hukiem
    na okolicę, wszystko się trzęsło i aż strach było wchodzić. Na
    cały teren świątyni wstęp jest oczywiście bez butów, również
    do świątynnej toalety należy wejść boso. Dałem pani 50 kyatów,
    popatrzyłem na podłogę i zacząłem myśleć, że może aż tak to
    mi się nie chce. Pani na to pożyczyła mi swoje klapki, oczywiście
    o dziesięć numerów za małe, ale przyjemniej stoi się nad dołem
    kloacznym nie na własnych stopach.

    Pojechaliśmy na wzgórza
    Po Khaung. Już z daleka było widać główną atrakcję: 116
    metrowy Budda na 13,5 metrowym cokole. Drugi co do wielkości,
    przegrywa z 128 metrowym z Leshan (też ma cokół). Birmański
    ukończony w 2008 roku, chiński w 2002. Zanim tam dojechaliśmy
    zatrzymaliśmy się jeszcze w gaju 1000 Budd (gdzie jest ich 8000) i
    1060 stup. Chryste nazareński, jakaś obsesja ilości i wielkości w
    tej okolicy. Ciekawie to wygląda, wszystkie identyczne, różnią
    się tylko stopniem zużycia, wszystko w urokliwym zagajniku. W końcu
    danie główne, okazało się, że obok wielkiego stojącego, jest
    też mniejszy reclining Budda, skromne 95 metrów. I jeden, i drugi
    są koszmarne, kolory jakby dziecko malowało. Leżący ma jakiś
    lubieżny wyraz twarzy i umalowane oczy, stojący trzyma dziwnie
    ręce. Zostawiliśmy buty i rozpoczęli wspinaczkę, bałkańscy
    bracia odpadli, więc we dwójkę człapaliśmy i wyszliśmy do 17
    piętra z 31 dostępnych, dalej się nie dało. Największą bajką
    były malowidła ścienne (zdecydowanie nie freski), najpierw była
    reprezentacja krajów buddyjskich, piętro Korei, piętro Japonii,
    piętro Kambodży itd. Potem zaświaty, ludzie płonący w ogniu,
    ludzie mordowani przez diabły. Wizje dość przerażające, ale
    namalowane tak nieudolnie, że raczej śmieszne niż straszne. Czyli
    istnieje buddyjski Licheń. Niestety w czasie mej wizyty okna były
    zamknięte folią, więc nie dało się w pełni nacieszyć widokiem,
    ale trochę poluzowaliśmy i popatrzyli sobie w dal, no ładnie.
    Powoli pracują nad windą, ale ichnie powoli to pewnie jeszcze trwa.
    Żadnej obsługi nie stwierdziliśmy, można było kraść na całego,
    tylko nie wiem co. Oni trochę pomstowali, że syf i można by za to
    tyle mieszkań wybudować, ja byłem zachwycony, absolutny kicz,
    przesada i brak wyczucia czegokolwiek – proporcji, kolorów.
    Zdecydowanie warto. Jest jeszcze siedzący Budda, ale to zaledwie
    kilkanaście metrów, przy gigancie nie robi takiego wrażenia, no i
    oczywiście też wpisuje się w panującą w okolicy estetykę.
    Dosłownie kilka dni przed wyjazdem do Birmy byłem w Świebodzinie i
    widziałem wspaniałego Chrystusa Króla. Tu jest minimalnie lepiej,
    może dlatego, że kolorowe, ale ta sama poetyka i kategoria piękna.

    Wracając zatrzymaliśmy
    się na życzenie naszych przyjaciół przy ludziach pracujących w
    polu, chcieli mieć ich zdjęcia. Ja bym w życiu tego nie zrobił,
    ale okazało się, że dobrze, ludzie byli zachwyceni, że tylu
    turystów się nimi interesuje, pokazywali co tam zbierają i
    uśmiechali się do fot. Gdy w końcu wróciliśmy do miasta,
    wiedziałem, że znalazłem kraj z drogami gorszymi niż w Polsce.
    Chuj mi prawie odpadł po tym dniu przejażdżek. Z listy spadły nam
    jaskinie, mieliśmy trochę dosyć, a to był jeszcze kawałek drogi.
    Podobno ładnie, 2588 Budd w kilkuset jaskiniach, jednak zaczęliśmy
    odczuwać zmęczenie materiału. No i widzieliśmy już taką ilość
    tego dnia, że nie należało przesadzać, i tak w życiu więcej nie
    zobaczę. Nasz kierowca odradzał jaskinie ze względu na mafię
    łódkową, która podobno lubi robić numer turystom, że do jaskiń
    dopłyniesz tanio, ale wrócisz już o wiele drożej – wyboru
    wielkiego nie masz.

    Postanowiłem zobaczyć,
    czy będę miał więcej szczęścia z netem. W jakimś sensie tak,
    po pierwsze najpierw chcący mi pokazać drogę lokals zabrał mnie
    do domu swojej chyba matki i pokazał, że ma białego kumpla. Super,
    minuta i dalej. Net był tani, 300 kyatów za godzinę. Działała
    jedna rzecz: bramka Orange. Ponieważ i tak nie masz jak otrzymać
    informacji zwrotnej, to pozostaje mieć nadzieję, że to naprawdę
    dochodzi. Cafe było pełne, tubylcy grali w Starcrafta po sieci
    lokalnej i aż zaczęło mnie kusić, żeby dołączyć, wziąć
    Zergów i pokazać im Zerg Raid, więcej miałoby to sensu niż próby
    wczytania czegokolwiek. Po tym podejściu złożyłem broń i radzę
    każdemu: jadąc do Birmy powiedz znajomym, że nic ci nie będzie i
    że wracasz za miesiąc i że nie będzie z tobą kontaktu. Po prostu
    próby zrobienia czegokolwiek są tak frustrujące, że idzie się
    wkurwić do łez. Niby i tak nie ma wiele do roboty wieczorami, ale
    po co się wściekać?

    Chciałem sobie kupić
    wodę do snu, ale w centrum miasta łatwiej zdobyć garnki, wiadra,
    żarówki i filmy na DVD niż coś do picia. W końcu mi wcisnęli
    colę i chipsy lokalne, całkiem dobre. Spacer zajął mi z pół
    godziny, odbywał się on w tempie pięciu Mingalabar! na minutę.
    Chyba nie dociera tam wiele osób skoro wszyscy patrzą jak na UFO,
    czasem nawet podają ręce. Jeden mi wywróżył z dotyku ręki, że
    w ciągu dwóch miesięcy stanę się posiadaczem wielkiej sumy
    pieniędzy, bałem się, że może zaraz zechce mi w tym pomóc (‚Mam
    takie dobrze oprocentowane akcje kopalni rubinów’), a mnie na to nie
    bardzo było stać, ale szczęśliwie nie. Jednak wróżba się nie
    spełniła, no był to dla mnie ciężki szok.

    Przy piwie z Jugolami w
    hotelu dowiedziałem się, że robienie zdjęć nie ma sensu. ‚Mam
    ponad 50 godzin filmów z Angoli i po co to komu?’ – zapytał
    retorycznie Lado. Zasugerowałem mu, żeby to jednak gdzieś
    spróbował przekazać, bo może mieć wartość archiwalną, no
    chyba że filmował się w kąpielówkach na plaży, to wtedy
    rzeczywiście, na co to komu?

    Śniadanie nie przyniosło
    rewolucji żywieniowej, o ile woda z sokiem cytrynowym była nieco
    lepsza, o tyle kawa była tradycyjnie syfna, omlet do przeżycia,
    owoce bardzo dobre. Nasz kierowca Tandegu już na nas czekał.
    Poprosił o wpisy do swojej książeczki rekomendacji i cieszył się,
    że tyle języków z jednej grupki ma. Woził uczciwie, kasowo nic
    nie kombinował, ile chcieliśmy tyle czekał, więc z czystym
    sumieniem poleciłem go następnym.

    Czekając na odjazd
    uległem staruszce i dałem oszałamiające 100 kyatów, co
    wystarczyło, żeby mieć stado dzieci przy sobie, które nie mogły
    pojąć, że starowince tak, im nie. Bus był w standardzie wybitnie
    azjatyckim: kolana pod brodą, tłok i ciągły hałas. Bagażnik tak
    brudny, że nie byłem pewien, czy chcę tam cokolwiek wsadzać. Było
    kurewsko gorąco, ale nie chciano otworzyć okien bo wiatr. Leczcie
    się na nogi! Miałem jednak problem innej natury, związany z
    trawieniem. Ledwo do postoju dałem radę, próbowałem dogadać się
    z panią z pobliskiego domu, że bardzo bym chciał i bardzo muszę,
    ale mnie nie rozumiała. Na to podszedł Lado, zaczął udawać
    rzyganie i od razu zrozumiała, zaprosiła mnie do domu.

    Wiele w życiu widziałem,
    także w temacie toalet, ale to był rekord. Dziura w ziemi, w niej
    tony gje i wijące się robactwo. Obok dzban na wodę, wody brak, ale
    za to żyjątka jakieś, nad tym słomiany daszek. Wysokość stropu:
    jakiś metr dwadzieścia. Wychodziłem z połową strzechy we
    włosach, nic nie pomogło, że paliłem (tak, wiem, ja też nigdy
    wcześniej ani nigdy później nie rzygałem paląc, ale ten zapach
    był tak inspirujący, że się nie dało). Szczęśliwie mi się
    poprawiło, ale ledwo wyruszyliśmy to wjechaliśmy w region, gdzie
    suszyli ryby na bambusowych matach. Oczywiście tuż przy drodze,
    więc pył i spaliny (chociaż wielkiego ruchu nie było) osadzały
    się na rybkach. Zapach… Zapach sprawił, że postanowiłem nie
    jeść ryb do końca pobytu. Szczęśliwie potem zrobiło się trochę
    luźniej i otworzyłem okno, co znacząco poprawiło komfort podróży.
    Niemniej zacząłem bardzo dobrze rozumieć, dlaczego wiele osób
    decyduje się na samoloty.

    O 12:20 dojechaliśmy do
    Pakokku, mafia taksiarska na początek, ceny z gwiazd. Dobraliśmy
    się w siedem osób, dogadali z jednym i trochę stargowali. Facet
    nieco przeszacował możliwości swojej maszyny i w efekcie
    jechaliśmy 20 km/h. Wygrałem miejsce koło jakiegoś Szwajcara,
    który miał wytatuowany krzyż żelazny na ręce. Kusiło mnie
    zapytać go o status oddawania nazistowskiego złota zgromadzonego w
    szwajcarskich bankach, co o tym myśli, czy wspiera ideę państwa
    Izrael. Potem jeszcze opowiedzieć o zwrotach kamienic na krakowskim
    Kazimierzu i poprosić o wypowiedź, co o tym sądzi. Chyba, że o
    czymś nie wiem i żelazny krzyż ma jakieś inne znaczenie, w końcu
    swastyka ma.

    Łódka kosztowała 4000
    kyatów i była oblężona przez sprzedawców. Tym razem panie
    chętnie dokonywały barteru, interesowały je zwłaszcza bawełniane
    koszulki. Oferowały w zamian szale, ja nieszczęśliwie miałem
    rzeczy, które dość lubię i mi było szkoda, ale Lado i Vośko to
    po kilka szali zdobyli. Fakt, że i ich ciuchy takie sobie, a i potem
    do Tajlandii mieli lecieć, tam sobie w 10 minut kupią. Potem jednak
    Lado przyznał mi się, że go poniosło i że mu zostały dwie
    koszulki, a ma cztery szale. Potem zaczęły prosić o kosmetyki,
    jakaś panna dała im próbkę szamponu i wzbudziło to dziką
    radość. Szczęśliwie ukradłem z hotelu parę rzeczy (które były
    ukradzione z innego hotelu, nazwa i adres z innego miasta), więc
    rozdałem to wzbudzając furorę. Wyszło tak, że wszystkie coś
    miały poza ostatnią. Stała smutna, jakby się zaraz miała
    rozpłakać i prosiła. No kurwa, no nie mam już, mogłem więcej
    ukraść, ale nie mam. W końcu poszukałem i znalazłem pomadkę do
    zmrożonych warg. Cholernie przydatne w Birmie, ale chciała, więc
    jej dałem. Trochę miałem opory wobec dawania nowych rzeczy, bo
    przy Mingun chciano mi sprzedać nowiutki krem Nivea z Polski (po
    uprzednim ustaleniu mego pochodzenia). Dać ludziom bo nie mają, a
    im się może przydać jedno, napędzać takie praktyki drugie. Z
    innej strony, może ktoś przyjedzie tam i będzie potrzebował, to
    jak znalazł. Szalu w zamian nie dostałem, ale mimo sugestii Lado
    nie nalegałem.

    Łódka stała i czekała
    na diabli wiedzą co, znalazłem łazienkę. O dziwo była czysta.
    Wcześniej na łodzi do Mingun też. Próbowałem jakoś zrozumieć,
    na lądzie mają szalet total, syf po kostki, natomiast na łodziach,
    czyli tam gdzie zazwyczaj jest gnój po pachy, jest czysto, ładnie i
    pachnie. W końcu popłynęliśmy w dół rzeki, a mnie naszły
    myśli, że chociaż Azja jest fajna na milion sposobów –
    świątynie, meczety, pagody – to jednak najfajniejsze w niej jest
    to, że zdarza się, że nieznajomi ludzie cieszą się z tego, że
    cię widzą. W Polsce jedyny nieznajomy, który ucieszy się na twój
    widok to policjant z drogówki, ty się jednak mniej ubawisz. Tam
    radość, pozdrawiają, często nawet nie chcą niczego sprzedać,
    tylko są zaciekawieni. Sami mieszkają w chatach z patyków, ale
    jakoś im to nie zakłóca radości życia. Pomyślałem sobie o tym,
    że mogę zrobić co chcę, jechać dokąd chcę, cały świat mam w
    70 litrach na plecach, nic nie muszę. Taka miła odmiana po
    miesiącach, gdy tyle musiałem i nie miałem żadnego wyboru.
    Zamiast bezrefleksyjnie wykonywać te same czynności, uczę się
    każdego dnia nowych rzeczy. Wyliczyłem, że musiałem przepracować
    229 dni, żeby na 28 się wyrwać. Wyszło mi, że to zły interes.
    Teraz te 28 dni będzie musiało mi wystarczyć na kolejne ponad 200
    marnowania życia. Nie opłaca się tak żyć.

    Pełen tych radosnych
    przemyśleń, obliczeń i statystyk, ledwo zauważyłem, że
    dotarliśmy do Bagan. Nie spodziewałem się cudów, ale skoro każdy
    odwiedzający Birmę musi zobaczyć, to znaczy, że nie ma wyboru.


    • RSS