Wszystkie prawa zastrzeżone. Bez zgody autora stron, właściciela prawa autorskich i zarazem ich wydawcy w Internecie żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana w systemach wyszukiwania lub przekazywana w żadnej formie i żadnymi środkami elektronicznymi, mechanicznymi, za pośrednictwem fotokopiarek czy w inny sposób.

Requiem for a Dream


2009
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec



The Devil Island

Kolejna wizyta w Pakse była na szczęście krótka i obejmowała tylko zmianę autobusów na dworcu. W kasie dowiedziałem się, że biletu do Si Phan Don u nich nie kupię i że mam pogadać z prywatnym przewoźnikiem, o tam. O tam pani powiedziała, że 40000, więc zająłem miejsce obok biuściastej Francuzki i po chwili ruszyliśmy. Ilość osób w pojeździe przekraczała jakiekolwiek normy, trzy ławki na pace, siedziało się sobie na kolanach. Dobrze, że przynajmniej nie fatygują się i nie montują szyb, pozostają przy kratach, więc jest czym oddychać. Pierwszy postój mieliśmy przy skręcie na znanym mi już 31-wszym kilometrze. Od razu rzuciły się stada. Oferowali wiele rzeczy, ryż w bambusie, kukurydze, wspomnianą rzodkiew, niezidentyfikowane mięso na patyku (mój typ: szczur albo wiewiórka) i PTAKI. Takie małe, patyk wchodził przez dziób, wychodził w okolicach podogonia (lub na odwrót, zależy jak patrzeć). Głodny byłem jak szlag, więc kupiłem dwie kukurydze. Okazało się, że pastewne, no ale dało się zjeść i oszukać nieco głód. Po kilku godzinach zbliżaliśmy się do celu (jeszcze tego brakowało, żebyśmy się oddalali), ale rozpoczęli odwożenie wszystkich do domów, więc jeździliśmy w kółko. Przyszło do płacenia, odkryliśmy, że lokalni dają po 30, więc też daliśmy 30. Najpierw bileterka nie chciała przyjąć, walka na całego, ale o dziwo, autochtoni nas wsparli i poszło za 30. Niemniej wkurwiało mnie już nieco, że co chwilę takie jaja z płaceniem. Francuzka chciała zobaczyć dupny wodospad, więc pojechała tam, ja powoli zbliżałem się do celu. Mogłem odwalić nieco ćwiczeń gimnastycznych, bo nie bardzo szło im zdejmowanie bagaży z dachu, więc pomagałem, co wzbudzało powszechną radość. Moją też, bo asortyment mieli szaleńczy, oczywiście kochane wory z ryżem, do tego garnki i toboły. Pewnie potem wracali do domów i „nie uwierzysz, taki wielki biały chuj mi zdejmował to barachło”.

Dotarłem nad Mekong. Na kukurydzy żyć się za bardzo nie da (chociaż dzieło „Usta pełne kamieni”, traktujące o północnokoreańskim obozie pracy, mówi, że można, tylko skóra nieco żółknie), więc poszukałem lokalu gastronomicznego (określenie „restauracja” nie przejdzie).
W pierwszym mieli ładną zupkę, ale nie dali sobie wyjaśnić, że są w stanie zrobić z niej opcję vege, wystarczy po prostu nie wrzucać tego cholernego mięsa. W drugiej udało się dostać kanapkę, chociaż nikomu nic się nie chciało i picie sam sobie musiałem podać, kanapkę też gdzieś tam postawili i łaziłem za nią. Znak zwiastujący sracz głosił, że skorzystanie kosztuje 1000 dla Laotańczyka, zaś dla innych nacji wydatek ten to 2000. Okolica wyglądała przeodlotowo, wszyscy albo spali, albo leżeli i byli zbyt leniwi, żeby zasnąć.

Poszedłem na przystań, gdzie odkryłem, że zawód Charona jest całkiem dochodowy. Krzyknęli 30, zacząłem walczyć, więc powiedział, że mam czekać aż będzie więcej osób. Wyglądało na to, że mogę posiedzieć, ale na szczęście po kilku minutach zjawiły się jeszcze dwie osoby i popłynęliśmy po 15 od głowy. Widzieliśmy, że przewoźnik cierpi nieprzeciętnie, biedny musiał się ruszyć i coś zrobić. Widoki piękne, nie wiem czy 4000, ale wysp u nich dostatek. Do wyboru są dwie (pewnie da się coś zakombinować więcej, ale mainstreamowo są dwie, no trzy): większa to Don Khong, wydawała się mniej spokojna. Wybrałem Don Det, które połączone jest mostem z Don Khon i ma opinię mniej popularnej. Jeszcze zanim dopłynęliśmy to widziałem, że mało popularne to nie jest – ilość knajp widoczna z wody była porównywalna z tym co mamy w Krakowie na Rynku. Wyskoczyłem, o dziwo tylko dwie osoby chciały mi zaoferować nocleg, i ruszyłem w jedyną możliwą stronę (w drugą stronę drogi nie było, więc dylematu też nie). Sprawdziłem ze cztery oferty, we wszystkich mówili 30000, więc wziąłem coś co wyglądało na w miarę solidną chatę, a pani była przemiła. Jej restauracja oferowała jedzenie w umiarkowanych cenach, pranie również, więc rzut okiem i dobra, biorę. Gdybym zobaczył łazienkę, to pewnie bym nie wziął, no ale co tam, shocking Asia miała być, shocking Asia jest. Zresztą czego chciałem, skarpetki, które miałem na sobie, miały dwa dni, koszulka trzy, o spodenkach nawet nie mówię, a i tak były to najczystsze ciuchy jakie miałem na stanie. Rzuciłem jej wszystko co miałem do wyprania i ruszyłem na zwiad. W knajpie z netem dowiedziałem się, że netu nie będzie, bo obsługa gra w bilard i nie ma nastroju, żeby włączyć sprzęt. Łaziłem po wyspie, nie bardzo wiedząc czego szukam – a i wielu opcji łażenia nie ma - aż nagle uszu mych dobiegła mowa ojczysta. Od mniej więcej trzech tygodni nie słyszałem polskiego (poza Kultem z mp3) więc aż chwilę zajęło zrozumieć co to. Patrzę, trzy osoby, padam w ramiona. Po kilku minutach siedzieliśmy razem w lokalu. Po kilku piwach poszliśmy po flaszkę. Doszło do sytuacji kuriozalnej, flaszka tańsza od przepity. Piliśmy na werandzie ich bungalowu, właścicielka podała nam lód, znalazły się jakieś jointy, idylla. Rodaków były trzy sztuki, para i spotkany dzień wcześniej chłop. Wszyscy przerobiliśmy Wyspy, każdy inne. Singiel Szkocję, oni poznali się w Londynie. Dość szybko mieliśmy jedyną możliwą refleksję: chcesz Laosów, to na pewno z poziomu polskiej średniej tego nie zrobisz. Plany były różne, on dogadał się fajnie, bo dostał pół roku bezpłatnego urlopu – w jego miejscu pracy uznano, że chwilowo go nie potrzebują, a on uznał, że pół roku w Azji to dobry pomysł. Oni zakończyli przygodę z UK i postanowili zrobić wielką podróż przedślubną. Tematów nie brakowało, a ja w końcu miałem ludzi, z którymi rozmawiało mi się naprawdę świetnie. Piliśmy chyba do 2. Jak potem się okazało, przyszły mąż obudził się koło 3 i go suszyło (ach ten jebany klimat), oczywiście wszystko zamknięte, więc przedrałował całą wyspę zanim znalazł butelkę z resztką wody. Potem udało mu się znaleźć ludzi, którzy jeszcze pili i byli łaskawi dać mu 1,5 litra H2O. Ja natomiast zasnąłem pod drzwiami do pokoju w okolicach pewnie 3 godziny.

Spotkanie z panią właścicielką o poranku zaczęło się od wyjaśnienia mi, że jeżeli chcę spać na zewnątrz to naprawdę nie ma sprawy, przecież są hamaki. Pokazuje mi je, wyjaśnia jak używać, ja kiwam głową i no tak, rzeczywiście, to już będę wiedział, właśnie chodziło mi o to, żeby poleżeć sobie na deskach na werandzie i oddychać świeżym powietrzem. Teraz już wiem, że tu jest hamak i mogę w tym, a nie na glebie.

Wyspy zwiedzać można na kilka sposobów. Najpopularniejszy jest rowerowy, ale wolałem pochodzić. Załapałem się za to na wspaniałą historię o rowerach, autorstwa Steve'a z Tad Lo. Idzie sobie, widzi wypożyczalnię, pyta po ile rower:
- Po dwa dolary, ale jak sobie pójdziesz tam dalej to po lewej masz po dolarze
Zgłupiał, potem zgłupł, aż absolutnie totalnie zdurniał, podziękował i próbował poukładać sobie świat na nowo po wydarzeniu, które zmieniło nieco kilka teorii ekonomicznych. Obstawiam, że pracownik miał pracodawcę kanalię i w ten sposób mścił się.

Połaziłem sobie po wyspach, wrażenia z różnych kategorii. Klimatycznie wygląda cmentarz pociągu, który jeździł tu w czasie kolonizacji. Jest to jedyny pociąg jaki Francuzi przywieźli do Laosu – przeprawa przez wodospady na Mekongu nie wchodziła w rachubę, a trzeba było jakoś przewozić złoto. Wyspy stanowiły ważny węzeł komunikacyjny między Sajgonem, a północą Laosu, chociaż dzisiaj wiele z widoków kolejowych nie zostało. Pociąg nie pojechał ani razu po II WW. Ponieważ nie wpadli na punkty skupu złomu, to lokalni tylko rozebrali tory i pobudowali sobie z nich co się dało, zaś pociąg został, stoi i rdzewieje. Polecam trzymać się lewej strony, wówczas droga prowadzi nad Mekongiem i jest względnie przyjemnie. Druga opcja prowadzi przez środek wypalonego pola, gdzie po pięciu minutach dostaje się ciężkiego pierdolca.

Nie wiem ile Mekong tu ma, ale być na wielkiej wyspie i odkryć, że jest na niej rzeka i to poważna, z mostem, to naprawdę wow. Odkrycie, że przejście kolonialnego mostu francuskiego kosztuje turystę 9000 (lokalnych teoretycznie 3000, praktycznie nic) to doświadczenie innego typu. Jeszcze innej kategorii miałem podczas wizyty w lokalu. Gorąco jak szlag, nauczony doświadczeniami proszę o menu, jest, że cola po 6. Biorę, piję, płacę, liczą 8.
Spokojnie wyjaśniam, że 6.
Nie, bo 8.
Jakie 8, w menu jest 6.
Nie, ale ta ma srebrną puszkę, te w czerwonych są po 6.
Nie, ogólnie nie macie tu rozróżnienia na diet i zwykłą, kupuję, to wiem. W Indiach mają, tu raczej nie, w menu nie ma nic takiego, tylko, że puszka 6.
Zawołali językoznawcę. Rozmawiam z nim, a ten mi, że 8. Mówię, że nie, bez jaj, to oszustwo i nie można tak robić. Na co ten się na mnie obraził i przestał odzywać. Jak pierdolnąłem krzesłem o ziemię, wydarłem się, że motherfucking thieves, to wiele nie zmieniło, ale poczułem się lepiej. Przez dobre dwa kilometry każdego napotkanego turystę informowałem, że w lokalu po lewej są skurwysyny i żeby tam nie iść. W sumie jakieś osiem osób. Nie wiem czy się tak bardzo opłaciło dymać na te 2000 kipów, bo nie sądzę, żeby ktokolwiek z nich tam poszedł. Na pociechę usłyszałem historię lepszego kalibru. Jedną z atrakcji regionu jest Irrawady Dolphin, po naszemu delfin krótkogłowy. Można popłynąć z lokalnymi na wycieczkę i pooglądać go sobie. Dlaczego niekoniecznie? Bo można nic nie zobaczyć, a maksimum tego co da się ujrzeć to kawałeczek delfina wypływający na ułamki sekund. Zresztą ten delfin jest brzydki jak chuj i tak też wygląda. (http://www.wwf.org.ph/_content/irrawaddy.jpg) No i właśnie jedni ze spotkanych popłynęli po 80 tysi od głowy oglądać delfiny. Bliżsi byli ujrzenia własnych potylic niż delfinów, ale po zrealizowaniu usługi pan powiedział, że jednak chce 120. W odpowiedzi usłyszał to, co każdy poważny człowiek odpowie w takiej sytuacji. Na co pan wziął ich rowery i wyrzucił je do Mekongu.

Może Laos był kiedyś miłym miejscem, a ludzie cudowni, ale te czasy minęły. Zdarza się trafić na szczątki zjawiska, ale większość osób, z którymi ma się kontakt podróżując to zachłanne chujki najgorszego gatunku. Turystyka to błogosławieństwo i przekleństwo Laosu. Pierwsze, bo dało im drogi, komunikację jakąś, tzw. zdobycze zachodu, poprawiło ogólny standard życia. Drugie, bo korzyści z tego czerpie niewielki procent populacji (taksiarze, hotelarze, restauratorzy, przynajmniej w połowie miernoty najgorszego pokroju), zwiększa panujące rozwarstwienie i, przynajmniej dla mnie, zabiło mit Laotańczyków jako ludzi wybitnie pogodnych i miłych. Podobno kiedyś Azja nie znała chciwości. Nauczyliśmy ich tego, a oni okazali się bardzo pojętnymi uczniami. Tak sobie prognozując, nieco z fusów, to się szybko skończy. Boom na Laos ruszył na poważnie w plus minus 2007 roku. Może jeszcze dwa lata, a potem koniec. To nie Tajlandia z plażami na południu i górami na północy, a Laotańczycy to nie Tajowie, którzy pojęli, że im lepsze wspomnienia wywieziesz, tym większa szansa, że podzielisz się nimi z ludźmi, a może i sam wrócisz. Rozumiem, że lekko im nie było, kolonizacja francuska, bombardowania, Wietnam niemal, ale jednak od ponad 30 lat jest to kraj wolny. Daleki jestem od tego, żeby wybudować im Bangkok w Vientiane i wprowadzić wszystkie dobrze nam znane korporacje i firmy, ale rany, poza papierosami i alkoholem to oni chyba nic nie produkują. Jak może być dobrze jeżeli wszystko wskazuje na to, że głównym źródłem dochodów są turyści i absurdalne opłaty, w stylu za most czy podwójna za sracz? Dolara za most? Strach pisać, żeby u nas ktoś sobie tak nie wymyślił. Gwiazdami rolnictwa też nie są, bo podobno jeszcze dziesięć lat temu był taki głód, że chodzili do Tajlandii jeść ich psy. Wyluzowana laotańska mentalność ma swój urok, ale są chwile, gdy zaczyna irytować. Zazdroszczę im nieco, że stadami potrafią leżeć i nic nie robić, fanem zachodniego zapierdalania szybciej niż się myśli na pewno nie jestem, ale to już przegięcie w drugą stronę. Tak, jest gorąco i wpływa to na poziom zapału do robienia czegokolwiek, ale jeżeli już idzie się w jakiś sektor usługowy to chyba chociaż trochę wysiłku można w to włożyć?

Udałem się nad pobliski wodospad, Li Phi Falls, co znaczy „spirit trap”. Według lokalnych wierzeń, złe duchy są uwięzione między skałami. Do kolekcji doszło im dwóch turystów, którzy kilka lat temu utopili się tam. Ach ten pęd po najlepsze zdjęcie! Mała Niagara, woda wali naprawdę potężnie, a ochotników do pójścia w ślady poprzednich ofiar nie brakuje.
Poszedłem popływać z rodakami w Mekongu. Tym razem portfel i buty zostawiłem na brzegu. Woda gorąca, prąd niby słaby, ale płynięcie w górę rzeki jest wyzwaniem. Wiem, że w okolicach Vientiane Mekong potrafi tak wylać, że ma 4000 metrów szerokości i 100 głębokości, tu? CZTERNAŚCIE KILOMETRÓW! Przepływ wody większy niż w Niagarze. Temperatura zupy, rosołu.

Analizując ofertę mniej więcej setki biur podróży znalazłem sobie najtańszy autobus do Siem Reap. 28 dolarów, no nie mało. Wcześniej bałem się jak to będzie, czy nie ma kłopotów z komunikacją. Najfajniej brzmi opcja rzeczna – płyniesz w dół Mekongu, przekraczasz granicę i wiozą cię dalej do Stung Treng. Niestety, krążą o tym legendy jak bardzo można zostać wychujanym przez łódkarzy i celników, więc zdecydowałem się na transport szosowy. Ofertę przejazdów ma chyba każdy, biuro obok biura, tylko łazić i porównywać. Nie da się nie znaleźć sobie transportu do niemal dowolnego miejsca w promieniu kilkuset kilometrów. Oczywiście pozostaje strach o jakość tego, oczywiście na zdjęciach to wyglądało, że przy nich Greyhound jest chujowy, oczywiście każdy wie, że będzie inaczej, pytanie jak bardzo inaczej. Kupiłem od jakiegoś pana, który miał najniższą ze spotykanych cen, a w nagrodę oferował 15 minut netu, co nieco ucieszyło parę znanych mi osób, które od kilku dni nie miały ode mnie ni pół newsa. Normalnie net jest drogi, youtube raczej nie pooglądasz, no ale i tak przeżywa się zdziwienie, że na środku Mekongu są cafe internet.

W miejscu zamieszkania wymieniłem myśli z Holenderką, która wyjaśniła mi, że przecież ludzie z Europy są bogaci, więc powinni płacić w Laosie więcej niż wszystko kosztuje. To wspaniale, a mogę przyjechać do Holandii i płacić jakieś 60% mniej niż wy, bo taka gdzieś jest różnica w zarobkach? Mam serce po lewej stronie, ale są pewne granice, gdzie trzeba sobie włączyć zdrowy rozsądek. Dzięki stadom turystów tego typu, takim parahumanitarnym idiotom, którzy czują się lepiej, bo myślą, że zajebiście komuś pomogli dając zarobić pół euro na oszustwie, kolejni mają przesrane i płacą jeszcze więcej.
Wieczorem Laos ponownie mnie zaskoczył, bo o ile okolice Si Phan Don są przepiękne, o tyle ludzie tam podobali mi się znacznie mniej. Poszedłem na hamburgery z dyni, nie bardzo będąc pewnym czy to dobry pomysł, ale był to świetny pomysł. Jedna z najlepszych rzeczy jaką w życiu jadłem. A gdy już zjadłem i wypiłem, to sam wypisywałem rachunek, nikt go nawet nie sprawdził. Nazwa miejsca: Mr B's Guest House & Bungalows.
Dzień wcześniej rodacy opowiadali jak to zabrakło im kasy w lokalu i powiedzieli, że przyniosą za chwilę. Nie było ich trzydzieści minut, przynieśli, spokój, dzięki, cześć. Tym razem rodacy byli wymęczeni upałem – dla przypomnienia, temperatury panujące w południowym Laosie sprawiają, że przeklina się swoje istnienie i jest się w stanie zrozumieć dlaczego nikomu się nie chce ruszyć. Koło 22 wyłączono całkiem prąd – elektryczności jeszcze nie ma, wszystko stoi na generatorach, ale już powoli stawiają słupy, więc prędzej czy później będzie. Posnułem się po okolicy, posłuchałem muzyki i w miarę wcześnie poszedłem spać.
O poranku zjadłem u mojej pani hotelowej kanapkę z cebulą (ciężkie życie wegetarianina) i ruszyłem w stronę przystani skąd miał mnie zdjąć przewoźnik. Na drogę dostałem w prezencie dwa białe sznurki, zaprawione słowami, że oby mi wszystko dobrze szło i ogólnie, live long and prosper. Podziękowałem serdecznie, jeden po powrocie zgodziłem się podarować (oczywiście obdarowana zgubiła niemal natychmiast), drugi mam na ręce pisząc te słowa, przepleciony z żółtym z Vientiane.

Na przystani nie było łódki, za to był pan, który zaprowadził na inną przystań. Przychodzę i co me piękne oczy widzą? Czółno, czy jaka tam laotańska piroga wypchana ludźmi i betami ponad zdrowy rozsądek. Pan bierze ode mnie bety i mówi, że mam sobie usiąść na dziobie. Siadam, nogi pod brodą, śliskie drewno pod tyłkiem, odbijamy. Wszystko się chyboce. Kurwa, portfel w kieszeni, telefon też, Mekong, nie ma się nawet czego chwycić, szarpie co chwilę, a jak skręca to dziób (w sensie łódkowym) mi się wysuwa spod tyłka. Będzie piękna klamra na początek i koniec Laosu, wjebać się do tej wspaniałej rzeki.
Na szczęście życie tym razem nie postanowiło być aż tak idiotyczne. Po wieczności trwającej kilkanaście minut jako pierwszy zeskoczyłem na nabrzeżny piasek. Zebrałem bagaż i byłem gotów do zmiany środka transportu i na to, by dać się ponieść do Kambodży. Niestety – niespodzianka – środek transportu nie był gotów na mnie. Stoję i gaworzę sobie z Kalifornijką, aż tu nagle słyszę:
- Szyszko shoes?
- Szyszko...buty od Szyszki – w końcu kto jak nie Polak może to kojarzyć?
No i okazało się, że Polak, a nawet dwóch. Jeszcze mieli na stanie koleżankę, ale ona pojechała wcześniejszym środkiem transportu i mieli się spotkać dopiero w Kambodży. Kalifornijka zeszła na plan drugi, a ja poznałem Małego i Piotrka, dwóch punków-weteranów ze Śląska, obecnie mieszkających w Holandii. Przemiło się wymieniało uwagi natury wszelakiej, na czym ich tu schujali? Ano na piciu. Wchodzą do lokalu i pytają po ile mojito na lao-lao.
- 2000 kipów
- Na pewno 2000?
- Tak, tak – odpowiedział młodzian zza baru
Wyciągnęli dwa banknoty po 2000, zamówili dwie sztuki i dostali. Cudo. No to jeszcze raz i jeszcze raz. W końcu zmaterializowała się starsza pani, mama młodocianego barmana. Złapała się za głowę i krzyczy, że on się pomylił, że po 10000 i że mają wyrównać. Jakoś im się udało w końcu dogadać na 5000 od sztuki, ale nie do końca wierzyli, że to była pomyłka. W sumie to dziwię się, że chciało im się gadać, naucz pani dziecko swoje liczyć, albo sama stań za barem, a nie sceny robić.

W końcu przyjechał bus, nawet całkiem niezły jak na standardy mi znane. Podjechaliśmy na granicę, którą oni witali z jeszcze mniejszą ekstazą niż ja. Nie mieli bowiem wiz kambodżańskich i byli ciekawi (w tym sensie w jakim jest się ciekawym czy bardzo boli dźgnąć się nożem w jądro) jak to będzie wyglądało, a przede wszystkim ile kosztowało.
Najpierw trzeba opuścić Laos. Zabawne są porady w stylu „nie trać bagażu z oczu”, bo inaczej trzeba byłoby go nie zdejmować z pleców, a przy tych temperaturach to bardzo mała atrakcyjna opcja. Bus sobie pojechał, a każdy został z tym co miał ochotę dźwigać. Dobra, pożegnajmy Laos. Stoimy w kolejce do pieczątek wyjazdowych, dobiega nas nagle dziewczęcy śmiech.
- Dolar za pieczątkę, no nie przeskoczysz.
W ten sposób poznałem koleżankę, Kamilę. Nawał Polaków zaskakiwał, najpierw zero, a ostatnie dni pełne rodaków.
Miałem drobne dolary, bo przewidywałem pewne kłopoty z wydawaniem reszty, chociaż widziałem, że niektórym udawało się płacić 20tkami i coś tam dostać z powrotem. Po chwili musieliśmy się rozstać; oni udali się do większej budy po wizę, a ja do mniejszej po pieczęć wjazdową. Kolejeczka mała, znalazłem Polkę i rozmawiamy o sprawach nas absorbujących, czyli jak tam się wjedzie i czy będą tu jaja, czy też nie. Schemat pobierania opłat był wspaniały, trzech chłopa. To chyba taka magiczna liczba biurokracji azjatyckiej. Pierwszy patrzył w paszport, sprawdzał wizę i zdjęcie, następnie wydawał z siebie pomruk i podawał do drugiego. Drugi wyciągał dłoń po dolara i wrzucał go do walizki pełnej takowych, ewentualnie wydawał resztę. Jednak polecam mieć tego dolca, bo inaczej trzeba czekać aż im się uzbiera (a pewnie może się nie uzbierać). Trzeci patrzył na dwóch pierwszych i gdy obaj mruknęli jakieś khmerskie ok, to wtedy walił pieczątkę, która pozwalała oddalić się z tego pięknego miejsca i powrócić do busa. Jakoś to nawet szło, chociaż chwilami powstawała zamota w stylu czyj to paszport, albo jak ten pierwszy ma podać trzeciemu - za plecami drugiego, czy też przed jego licem. Po uporaniu się z dolarami, resztą i pieczątkami, przeszliśmy do Kambodży.

juriusz 2009-11-13||| 17:57:28

skomentuj (1)


FanaTORIsm

Jeżeli ktoś nie wielbi Tori Amos, to chyba spokojnie sobie może darować.
I. Życiorys autora

Gdy 19 czerwca 2007 tłukłem się pociągiem zobaczyć Tori Amos, to nie sądziłem, że jest to jeden z dni życia. Jechałem sam, myśli miałem dalekie od radosnych, entuzjazm koncertowy na wartościach ujemnych. Nastawiony byłem raczej sceptycznie, ale w 140 minut zmieniłem zdanie. Od lat (dwóch właściwie) mówię, że nikt nigdy nie kupił mnie tak koncertem jak ona. Przysięgam, to co zobaczyłem i usłyszałem wywołało we mnie dziki zachwyt, podziw i porywy najszczerszej miłości. Efekty niemal natychmiastowe. Rzuciłem się zgłębiać monolit noszący imię Tori, nazwisko Amos i do dzisiaj klęczę przed nim. Studyjne oczywiście za mną, ale ilość bonusów, odpadów z płyt, wersji koncertowych i coverów sprawia, że zebrane dzieła Lenina to nowela przy dorobku Myry Ellen Amos.

Poza aspektem ilościowym jest też jakościowy. To, co Tori tworzyła od 1992 do 1999 to czasy królowej Midas. Opus magnum to dla mnie From the choirgirl hotel, od Spark po Pandora's Aquarium. Niewiele w tyle pozostaje Under the Pink, już dalej Little Earthquakes i To Venus and Back. Jeszcze Scarlet's Walk ma przebłyski, ale już tego mniej. Beekeeper to nadzieja na powrót do czasów wielkości, ale American Doll Posse jasno pokazało, że nie bardzo. Sytuację wyklarowało Abnormally Attracted to Sin. Nie jest źle, ale nie ma powodów do mruczenia.

Pozostaje aspekt osobisty. Koleje życia sprawiły, że czasy poznawania twórczości rudej córy Północnej Karoliny przypadły mi na średnio ekstatyczne momenty egzystencji. Gdyby wynaleźli skalę depresji, to ten czas mego życia osiągnąłby na niej dość wysokie (lub też niskie, zależy jak patrzeć) rejestry. Oczywiście całe każde życie ma takie rejestry, ale wtedy naprawdę zamykałem skalę i nieciekawie patrzyłem, co jest poza nią. Złożyło się, nieco paradoksalnie, że miałem przy duszy o kilka złotych więcej niż zazwyczaj. W efekcie everything Tori kupowałem oryginalne, nawet single i inne cuda. Najwspanialszą zdobyczą czasów jest The Piano Collection, box pięciu płyt w pudełku stylizowanym na kawałek klawiatury pianina. Zawartość muzyczna nie jest wielka (z tych pięciu płyt można spokojnie wywalić zawartość dwóch), ale wydanie tak. Wracając do aspektów duchowych: przez jakiś czas gdy zalegiwałem gdzieś zalany w belę winem i łzami to jakoś zawsze miałem ją w podkładzie. Nie wiem dlaczego, bo wybitnie radosny jej dorobek nie jest, ale mi jakoś wracało wiarę, że w życiu mogą trafić się ładne rzeczy.


II. Aspekt koncertowy.

Analizując setlisty, trochę można było odgadnąć co zagra, ale większości nie. Latało mi od „jaki piękny koncert, wszystko jest!” do „oj, słaby set”. Z tego powodu na kilka dni przed koncertem nerwicę miałem przednią, ale i tak budowałem się, że czego nie zagra, to będzie Tori.

Koncert wliczył się do projektu, który postanowiłem nazwać „tydzień życia”. Po pierwsze wymyśliłem sobie, że jedziemy wcześnie, bo może uda się ją dopaść podczas meet&greet. Tym razem jechałem z matką i Noth, a humor miałem jeden z lepszych, więc diametralna zmiana wobec roku 2007. Do tego wiedziałem kogo zobaczę, co dodatkowo podnosiło radość z życia. Droga przez Zabrze poszła całkiem dobrze i chwilę po 16 zaparkowałem koło Domu Pieśni i Tańca. Trochę śmiesznie, trochę strasznie, ale wyglądało to lepiej niż się spodziewałem. Po kilku minutach kluczenia trafiłem na tłumik ludzi. Patrzę co oni, a tu za barierką stoi Tori, daje autografy i pozwala sobie robić zdjęcia ze sobą. Jak stałem, tak umarłem. Ustawiliśmy się w kolejce, a ja przeklinałem się za to, że nie wziąłem aparatu. Nie wierzyłem, że się uda, byłem pewien, że zaraz sobie pójdzie. Niewiele się pomyliłem, byliśmy jednymi z ostatnich ludzi, których zgodziła się przyjąć. Do wyboru autograf lub zdjęcie. Zbliżając się dostałem niemal drgawek, ręce mi się trzęsły, a głos łamał. W końcu telefon dałem matce, a sam z biletem rzuciłem się do Tori.

- Hi, how are you? - zapytała jak pytała każdego

- Fine, thanks – rzuciłem automatem. Coś tam kleciłem w głowie, ale wiele z tego nie wyszło. Jakoś przy podpisywaniu biletu pozwoliłem sobie podejść do niej bliżej i tak jakoś niby mnie jedną ręką udała, że obejmuje, klepie po ramieniu, czy co. Zacząłem mówić, że to dla mnie wielki zaszczyt i jeden z najlepszych momentów mego życia, ale wyszły brednie, bo łzy poleciały mi po twarzy, głos się załamał, a ona skończyła podpisywać, więc ogon pod siebie i odszedłem.

Chwilę potem oddaliła się całkowicie. Ojebały ze szczęścia paliłem sobie i próbowałem zobaczyć jak to zdjęcie wyszło. Oczywiście, telefon się zawiesił, więc w ciężkiej panice czekałem, aż się odwiesi. Udało się, zobaczyłem i rozesłałem wspaniałe wieści najbliższym. Tętno do normy wracało mi następne dwa dni.

Kroki skierowaliśmy dość przyziemnie, do łazienki. Leję w ten pisuar i nagle słyszę, że zaczynają soundcheck, grają Caught a Lite Sneeze. Wywołałem pozostałe, stoimy przy drzwiach do sracza i słuchamy. Niestety, po chwili ochroniarz nas wyrzucił. Kawiarnia, ale bardzo słabo słychać. Przed wejściem za to rewelacyjnie, po Sneeze łapiemy Girl, Black Dove i Liquid Diamonds. Kończy się soundcheck, idziemy poszukać czegoś do jedzenia.

Po 40 minutach poszukiwań okazuje się, że w Zabrzu łatwiej spotkać Tori niż czynną restaurację. Co jest do wygrania, to wygrywa lokal Cactus, który reklamuje się jako lokal. Taaa...na pytanie co można zjeść, otrzymujemy odpowiedź, że oferują chipsy, paluszki i orzeszki. Skończyło się na pobliskim spożywczym.

Info na bilecie głosiło „wstęp od 18”. Niestety, nie głosiło, o której zacznie się koncert i czy będzie jakiś support. W necie udało znaleźć się info o supporcie, nie udało o starcie imprezy. Na wszelki wypadek weszliśmy o 18, tylko po to, żeby kolejne 90 minut snuć się po Domu Pieśni i Tańca w Zabrzu. Za 80 PLN nabyłem sobie Tori koszulkę, niestety, tak kolorystyka, jak i wzornictwo nie bardzo moje.

O 19:30 na scenie pojawił się Foy Vance – łysy Irlandczyk w kapeluszu i z gitarą. Przywitał się i rozpoczął. Najciekawsze momenty jego występu to zerwanie struny, śpiewanie do gitarowego pudła, ale przede wszystkim kreatywne wykorzystanie technologii. Grał chwilę na gitarze, zapętlił to, szło sobie. Podyszał, zapętlił to i dodał do gitary. Włączył jeszcze jakieś dźwięki, dodał je i dopiero zaczął grać i śpiewać. W kilka minut otrzymał niemal całą orkiestrę. Jak na support na siłę to wypadł świetnie.

Od 20 rozpoczęło się wielkie oczekiwanie. Według rozpiski wiszącej przy wejściu, jaśnie Tori miała pojawić się o 20:20. Minimalnie po 20:30 na scenę wszedł basista i perkusista, popłynął początek Give. Zaraz ona w obcisłej bieli wpłynęła na scenę, wszyscy dostali pierdolca, zgotowali jej minutową standing ovation i ponownie usiedli. Chwilę poprzeciągała się przy fortepianie, wykonała trochę dziwnych ruchów rękami i rozpoczęła występ. No cóż, Give to najlepszy utwór z ostatniego dzieła, a na żywo wypada fajnie, więc było miło, chociaż nie wiem czy konieczne jest ostentacyjne chwytanie się za krocze. Nie jestem chyba przesadnie konserwatywny, jednak tak średnio mi to pasuje, ale jeżeli musiała i sprawiło to, że czuła się lepiej, to jakoś przeżyję.

Drugi utwór i wielki strach – niedawno całkiem często jako drugie zaczęło lecieć Pancake, czyli nuda nad nudami, na szczęście było to Beauty of Speed, które na żywo wypada lepiej niż z płyty. Na szczęście Tori ma cudowną właściwość i nawet średnio powalające dzieła wypadają jej na żywo przynajmniej znośnie, a bywa, że i dobrze.

Ciekawe czy nie ma odruchu wymiotnego, gdy musi grać Cornflake Girl po raz setny. Pewnie ma i dlatego utwór zaczął lecieć zaraz na początku. Fajnie, jedziemy dalej i pierwsza większa perła-niespodzianka tego wieczoru, Little Earthquakes, ślicznie. Juarez na przejście i drugi wielki moment, Black Dove (January). Kto też wymyślił, że na jej koncertach trzeba siedzieć? Wybitnie niestosowne podczas tego utworu! Dalej, Girl, świetnie, świetnie, świetnie! Starling to opad formy, ale zaraz wielki powrót i TAKE TO THE SKY. Zapomniałem sobie, że to istnieje. Na początku trudno było się połapać, czy mamy klaskać, czy lepiej nie, ale ponieważ waliła w fortepian, to uznaliśmy, że mamy. Wersja nie wiem ilu minutowa, ze wstawką krzyczaną (wake the fuck up jeżeli dobrze pomnę), myślałem, że to coś innego gra, ale nie, zaraz wróciła do Take to the Sky, znowu większość zebranych powstała z miejsc i żywiołowo wspierała brawami i okrzykami.

Potem nieco siadło. Liquid Diamonds jeszcze ok, ale potem Carbon, całkiem nieźle zagrane, to już słabiej. Następnie Lizard Lounge i gdzie są te wszystkie fajne kawałki? Na pewno nie znalazły się w kolejnej Ophelii (poprzedzoną jakąś improwizacją, albo czymś czego nie znam). Na szczęście potem zagrała Mother i powróciliśmy do światowego standardu koncertu. Powrócił też zespół i niemal dramat, Purple People mnie nudzi, a The Power of Orange Knickers to jeden z najstraszniejszych utworów w Tori katalogu. Niekochany przesadnie przeze mnie Fast Horse z dzieła ostatniego wydał się przy tym cudownym ożywieniem. Inna sprawa, że na żywo gra to wspaniale, z taką pasją, jakby odgrywała najważniejszy kawałek życia.

Potem nastąpił stage rush, czyli wszyscy z miejsc i pod scenę na Precious Things. Prawie ręce połamałem tłucząc rytm do tego. Z minusów, Tori była cholernie głęboko osadzona i nawet będąc przy scenie miało się do niej dobre kilka metrów. Nietrudno pojąć dlaczego gra to na każdym koncercie, cudownie jej wychodzi, a moment NINE INCH NAILS...nie wiem czy koniecznie chce, żeby jej to krzyczeć spod sceny, ale huknęło potężnie, nie tylko z mych ust. Potem nówka, Strong Black Vine. No i na żywo to jest absolutna rewelacja, dłuższe chyba ze dwa razy, ze wspaniałą, rozbudowaną końcówką. Wyglądało na to, że świetnie się bawi wisząc między dwoma instrumentami, kolebiąc, grając i śpiewając. Pomachała, zbiegła i czekałem co dalej. Szanse szły na Raspberry Swirl lub Caught a Lite Sneeze. Potężnie narąbane wejście sprawiło, że było jasne, Raspberry Swirl. No i niestety, jak z płyty to jest cudowne, to na żywo nie wychodzi – za dużo dźwięku, absolutnie zagłusza wokal chwilami, gdzieś się gubi ten fajny rytm, niestety, może nie porażka, ale na pewno nie sukces.

Za to pożegnalne Big Wheel to wielki tryumf. Z taaaakim wykopem grane, na dzień dobry zasugerowała wszystkim udawanie bociana klaskaniem (kto nie widział, ten nie pojmie). Gra to, miota się na krzesełku, śmieje, pokłada po klawiaturze, tak się zapędziła, że pomyliła wersy, potem nawet w liczeniu. Z tej drugiej pomyłki to aż ataku śmiechu dostała, wyglądała jak jakaś obłąkana jednostka, po którą zaraz przyjdą z kaftanem. Skandowane na potęgę M-I-L-F, DON'T YOU FORGET dołożyło się do obrazu szczęścia, który uzupełniła podbiegając do zebranych i ściskając nam dłonie.

Wychodziłem niemal na kolanach. Lepiej niż sobie mogłem wymarzyć. Do tego cały czas wielka, piękna wizja: jutro ciąg dalszy programu.

 

Sobota, Wawa. Niestety, meet & greet tym razem się nie udało. Jak się potem dowiedziałem, było o 13. Co więcej, podobno można podejść do Mindy (ochroniarki Tori) i prosić o upgrade biletu – za ewentualną różnicę w cenie zamieni miejsce na lepsze, jeżeli takowe jest dostępne. Pierwszeństwo mają obywatele kraju koncertu, ale i tak w pierwszym rzędzie siedzieli obcokrajowcy.

Nauczony doświadczeniem, podzieliłem się nim i do Kongresowej wchodziliśmy po 19. I jak dzień wcześniej, 19:30 Foy Vance, tym raze z zespołem Tori. Ponieważ to ostatni koncert europejskiej części tournée, to zostali przydzieleni mu do towarzystwa. Nie zerwał struny, nie tworzył muzyki na żywo, ale całkiem znośnie. Oczekiwanie, 20:30 i Give. Tym razem inny strój, ciemniejszy, oczywiście obcisły (a czy kiedyś był inny?). Znowu to łapanie się za krocze, aż trochę zacząłem się bać, czy nie będę miał deconstructing Tori, czyli znajdź kilka różnic i czy robi dokładnie to samo. Już drugi utwór sprawił, że miałem worshipping Tori, bo to było Hotel, jeden z moich najulubieńszych, najwspanialszych, najśliczniejszych i co tam jeszcze. A dopiero zaczynamy...Cornflake Girl, ok, co teraz? Opowiedziała o tym, że to ostatni koncert w Europie i że po raz ostatni gra z tymi cudownymi ludźmi, więc jest jej w jakimś sensie smutno. Icicle, dobrze, zaraz Concertina, jeszcze lepiej! Flavor? No nie, ale Space Dog, zagrany z cudownym przyjebaniem. Zaraz potem kolejne Tori marzenie, Spark, super zmienione pianino w wolniejszej części, przyrąbanie takie, że to płytowe jest niczym wobec tego. Welcome to England na żywo na szczęście wypada o wiele lepiej niż z płyty (gdyby wypadało gorzej, to chyba trzeba by było się powiesić), chociaż po Spark to spaaaadek nastroju o trzy piętra. Girl, fajnie, mimo że powtórka z dnia wcześniej. Bells for her, ślicznie, dalej, dalej, dalej. Ech, zespół schodzi, Lizard Lounge, pewnie znowu wszystko siądzie. No i tak, coś o chodzeniu na Graveyard, nawet niezłe, ale siadamy, pewnie jaki Pancake zaraz.

Gdyby mnie ktoś pytał o dziesiątkę ulubionych, to pewnie bym podał wśród nich Upside Down. Gdyby mnie ktoś pytał co chcę, żeby zagrała, to bym nie podał, bo by mi nie przyszło do głowy. A tu nagle UPSIDE DOWN. Cudownieee! A potem przeplatanka: średnie Gold Dust, super Hey Jupiter, powrót na ziemię Jamaica Inn. A potem już tylko lepiej. Najpierw Talula, wygrana tak, że bałem się, że coś sobie rozwali w tym fortepianie. Jeszcze się nie skończyło i stage rush. Precious Things, powtórka, ale jaka powtórka, NINE INCH NAILS ponownie. Strong Black Vine chyba słabiej niż w piątek. Schodzi, obcokrajowcy dobyli łańcuszka serduszek na sznurku i rozciągnęli go wzdłuż sceny. Wróciła, zobaczyła to i zachwyciła się. Raspberry Swirl, którego chyba i tak było nieco więcej słychać niż w Zabrzu. Aha, to Big Wheel i się żegnamy? A nie, czyżby postanowiła skończyć Tear in Your Hand? No niezłe, ale przydałoby się przyjebanie na koniec, a temu daleko do przyjebania. Zeszła, ale nie ma świateł, wszyscy krzyczą, to jeszcze może ten Big Wheel? Jebut, jebut, jebut i Irlandczyk przede mną krzyczy: she's gonna make it, she's gonna make it! Ale co, nic się tak nie zaczyna chyba? Zaczyna, ale zrozumiałem, gdy zaśpiewała pierwszą linijkę. BLISS. JEZUSMARIAJAPIERDOLĘ. Nie marzyłem o tym, pogo na Tori niemal, Bliss mają wszyscy, ona chyba też całkiem niezły, bo nie pozwala nawet przebrzmieć końcówce i już robi pelikana i Big Wheel. O ile dzień wcześniej mogła sprawiać wrażenie obłąkanej, o tyle tu już beyond psychiatric help. Tarzała się po fotelu, śmiała, miny wariatki, biła łapami po głowie, jedną gramy, drugą sobie machamy wokół czółka, a teraz nogi wyżej niż głowa i trzymamy rytm, akrobatyka pełna. I oczywiście, M-I-L-F, Don't you forget! Na koniec wyrzucono w jej stronę trochę serduszek, jednak tym razem zbiegła bez żegnania się. Inna sprawa, że tłum pod sceną był taki, że chyba by jej wyrwali rękę.

Podsumowania, refleksje, dygresje, komentarze? Mógłbym napisać, że nie jestem zaskoczony, bo od 2007 wiem, że koncertowo zabija, zamiata i jest w absolutnej czołówce światowej. Ale i tak jestem zaskoczony, zachwycony i rzucony na kolana. Dwa koncerty, niemal całkiem różne setlisty, oba zagrane z taką pasją i zaangażowaniem, jakby coś wielkiego od tego zależało, a to przecież dwa z bardzo wielu w długiej karierze. Co chwilę wymachy nogami, obcasami, włosami (nawet mikrofon głową ustawiała), miny, uśmiechy, wspaniała mimika. Nawet momenty mniej porywające były całkiem w porządku, a gdy już szło w cuda, to nie mam słów w jak wspaniałe cuda. Mój podziw i uwielbienie wyszły poza niemal wszystkie możliwe skale. Żadnego wpieprzania na siłę nowych utworów, tylko granie tego, co się lubi, zabawa własnymi piosenkami, sobą i instrumentem. Pełen kontakt z publiką i absolutna perfekcja w każdej sekundzie występu.

Tak naprawdę, to wyglądało, że ze wszystkich zebranych najlepszą zabawę ma Tori Amos.


 
Próbowałem trochę pamiątkowo nagrać, ale połączenie żałosny aparat+żałosny kamerzysta+niestabilne ręce, spowodowało, że efekty dalekie są od cudów. Wrzucę, bo coś tam można usłyszeć. Na razie Hotel, a gdy będę miał chwilę, to dojdzie reszta. http://www.youtube.com/watch?v=N5wqpOWeMfM&feature=player_profilepage
i Precious Things: http://www.youtube.com/watch?v=U1760q1NQnc&feature=player_embedded#


No i oczywiście: http://img35.imageshack.us/img35/7581/zdjcie0030z.jpg

juriusz 2009-10-12||| 10:15:40

skomentuj (5)


Happy Together

Jak byłem łaskaw wspomnieć, atrakcji w Pakse nie stwierdziliśmy i byłbym bardzo zdziwiony, gdyby komuś udało się znaleźć tam coś interesującego, ale obawiam się, że chyba nawet najwięksi entuzjaści Laosu nie podołają. Większość (nie „wszyscy”, bo „wszyscy”, to co najwyżej muszą umrzeć) zatrzymuje się tam, żeby pojechać na wycieczkę do ruin Wat Phu Champasak. Oddalone o jakieś 50 kilometrów od miasta, wycieczki zorganizowane są w cenach pisowskich, czyli porażających, więc albo jesteśmy skazani na pana taksiarza i tanio nie będzie, albo trzeba wynająć skuter, motor albo jeszcze coś innego.

Początkowo Sven chciał, żeby każdy z nas jechał sam, bo wygodniej, ale ponieważ konkurencja w mieście ustawiła ceny na poziomie 80 tysięcy za sztukę, zdecydowaliśmy się znowu pomęczyć we dwójkę. Wyjechaliśmy skoro świt. Laos to nie jest kraj, gdzie wynalazek drogowskazu spotkał się z większym oddźwiękiem, więc trzeba nawigować na przydrożne kamienie z wypisanymi kilometrami. Wiedzieliśmy, że gdzieś koło 31-wszego kilometra musimy skręcić. Skręciliśmy, a po chwili droga z takiej sobie asfaltówki, stała się dramatyczną pyłówką, oczywiście ze wszystkimi możliwymi udogodnieniami, takimi jak dziury i koleiny. Dość szybko trafiliśmy na drewnianą strzałkę, która wskazywała na obecność Wat Thou. Może być i to, Champasak potem. W przewodniku nie było ani słowa o tym obiekcie, więc podekscytowani wizją znalezienia czegoś nieznanego, kupiliśmy bilety, wypalili z panem peta i poszli oglądać. Nie byliśmy pewni, czy kamienie, które oglądamy to pozostałości sprzed wieków, czy też dopiero co naniesione w ostatniej porze mokrej, ale udało się znaleźć ścianę, która na pewno była szalenie stara i zabytkowa. Uśmialiśmy się, podzielili refleksją, że z 500 lat temu to na pewno było super i ruszyli z powrotem. Po drodze zahaczyliśmy wioskę, w której patrzyli na nas jak na kosmitów. Nas z kolei zdziwiło, że standard jak z filmów o Wietnamie, ale boisko do siatkówki i kilka anten satelitarnych mają. Ponieważ wracaliśmy nieco inną drogą, namierzyliśmy dzieci taplające się w rowie z wodą. Nie były najmłodsze, ale nie kąpały się w strojach kąpielowych. Cieszyły się, że robimy im zdjęcia (nie bardzo było jak zapytać czy nie mają nic przeciwko) i żywiołowo chlapały i taplały się w wodzie. Po powrocie na główną drogę cofnęliśmy się kawałek i dzięki informacjom od pana biletera skręcili, tym razem dobrze. Czas mieliśmy świetny, a byli bez śniadania, więc zatrzymaliśmy się w przydrożnej restauracji. Mnogość opcji wegetariańskich do wymyślenia, cola ciepła, ale po chwili okazało się, że to ważne skrzyżowanie, zatrzymują się tu pojazdy jadące na południe. Podjechała ciężarówka pełna ludzi. Gdyby naziści zdecydowali się na wożenie ludzi ciężarówkami, a nie pociągami, to byłoby mniej więcej to. Jeszcze koła nie stanęły, a z okolicznych bud, domów i lokali wypadły stada kobiet z towarem. Rzuciły się niczym szarańcza, niczym sępy, niczym wszystko co najgorsze i próbowały sprzedać dobra pasażerom. Jazgot niesamowity, machają swym dobytkiem, ludzie średnio skorzy do kupowania, ale wola walki sprzedających wielka. Zgłupieliśmy i zamarli, połowy asortymentu nawet nie poznawaliśmy, ale zaintrygowało nas, że próbują sprzedać tak typową przekąskę podróżną jaką jest biała rzodkiew w wielkich pękach. Ruszyliśmy dalej, po kilkunastu kilometrach przeszkoda wodna, moja ukochana rzeka, mój śliczny Mekong. Lokalni nie są głupi, pobudowali tratwy i za odpowiednią opłatą bawią się w Charona. Tu rzeka jest naprawdę wielka, przepłynięcie trwa dobre kilkanaście minut, widok malowniczy, wysepki z krzakami dookoła. Po drugiej stronie wyjechaliśmy przez świątynię (tak prowadzi droga) i dotarli do traktu. Asfaltu brak, więc sprawa jest niezwykle bolesna dla rzyci. Po kilku kilometrach złapaliśmy gumę. Na szczęście co kilkaset metrów jest punkt naprawy opon. Oddaliśmy pojazd i zanim zdążyłem wypalić było zrobione. Nie wiem, jakim cudem to akurat idzie im szybko. Dotarliśmy w końcu do upragnionego celu podróży. Przelecieliśmy (w sensie transportowym) parking ze smutnym budynkiem i zatrzymali dopiero przy wejściu na tereny świątynne. Siedziało tam za stolikiem trzech panów. Krótka interakcja z nimi pozwoliła zrozumieć, że smutny budynek na parkingu, to muzeum i tylko tam można kupić bilety, broń Buddo od nich. Wróciliśmy, bilety są, a w środku okazuje się, że jest muzeum. OK, jak już tu jesteśmy...i skoro zatrudniają jakieś dziesięć osób obsługi.

Na dzień dobry najbardziej urzekła mnie darmowa, lodowata woda. Szklanki oczywiście dla wszystkich, ale nie ruszało mnie to. O wiele smutniejszy był fakt, że wejść można było tylko bez butów. Do toalety oczywiście też! Po ścianach, dosłownie po ścianach chodziłem, wyczyny bohaterki z Mirror's Edge są przy tym niczym. Samo muzeum jest świetne, chyba najlepsze jakie widziałem w Laosie. Podpisy po angielsku, wyczerpujące i całkiem interesujące, wiele rzeczy w stylu legenda lu(d)towa. Dobre czterdzieści minut łażenia, zakończone uzyskaniem pozwolenia na nabranie wody na dalszą drogę. Powrót do trzech panów ze stolikiem nieco zmienił nam percepcję świata i sprawił, że wszystkie znane koncepcje ekonomiczne się załamały. Pierwszy pan sprawdził czy mamy bilety. Drugi je przedarł. Trzeci sprawdził, czy mamy przedarte bilety.

Pytanie jakie nasuwa się na usta jest oczywiste: CO ZA JAJA?

Odpowiedź już nieco trudniejsza, ale wykombinowałem, że chodzi o to, żeby nie było bezrobocia. To nie jest wcale głupie, wiadomo, że człowiek bezrobotny jest sfrustrowany i bardziej podatny na depresje czy popadnięcie w nałogi. Wymyśla się więc takie idiotyczne etaty, panowie sobie posiedzą i pogadają, czasem na kilka sekund przerwą, żeby przerwać bilety. U nas można zaobserwować podobną tendencję jeżeli chodzi o stocznie i kopalnie. Jednak bileterzy są mniej deficytowi, związku nie założą, a potem nie spalą opon w centrum Vientiane.

Przeszliśmy do atrakcji dnia. Pierwsza świątynia stała tam już w V wieku, ale to co oglądamy to pozostałości z XI-XIII wieku. Początkowo była khmersko-hinduistyczna, ale potem przerobiono ją i jest Theravada. Fajne jest to ich podejście użytkowe: mamy świątynię to co burzyć, dostawimy nasze i będzie. Tu nawet zostawiono rzeźby hinduistyczne. Jeszcze mniej dziwi, gdy widziało się w Indiach, to jak buddyzm przenika się z hinduizmem. Trzy piętra połączone schodami. Ruiny rozciągają się na 1,4 kilometra. Kiedyś były połączone drogą z Angkor Wat. Również kiedyś były akwedukty, które dystrybuowały wodę z pobliskiego, według wierzeń świętego, źródła. Niestety, źródło albo wysycha na czas pory suchej, albo źle szukaliśmy. Cały czas kołacze się myśl, że gdy to wybudowano, to zapewne było piękniejsze niż większość rzeczy, które uważa się atrakcje europejskie. Wiele nie zostało, trochę ścian, kolumn, płaskorzeźb. Świątynia zajmowała niezły kawałek terenu, wchodzi się pod górę dobre kilka minut. Najlepszy jest widok z samego szczytu schodów, panorama okolicy przepiękna, warto zasiąść i zadumać się. Nie wiem nad czym, ale gwarantuję, że temperatura zachęca do siedzenia.

Co do atrakcji obiektu: jeżeli ktoś dopiero co przyjechał z Kambodży, albo tam też się wybiera, to może sobie przeskoczyć Champasak. Wiem, że fanowstwo świątynne mam o wiele bardziej wyjebane niż większość turystów, więc jeżeli ktoś chce korzystać z moich doświadczeń to uważam, że można sobie odpuścić. Oczywiście nie jest to złe, ale kosztuje dwa dni i trochę kipów.

Przy jednej z rzeźb spotkaliśmy panią z Holandii. Zaczęliśmy coś gadać i nie byłoby źle, gdyby Sven nie zapałał do niej dziką miłością. Oczywiście od razu opowiedział o tym jak bardzo gorszy go zachowanie większości turystów. Ona się zgodziła, a jej zgoda była wodą na jego młyn. Właściwie nie musiałem się odzywać, on tokował i opowiadał wszystkie okropności turystyki jakie widział. Ja mogłem dorzucić chłopców bez koszulek wychodzących ze świątyni. On niestety nie mógł pojąć, że jej poziom bulwersacji jest może głębszy niż mój, ale jednak mniejszy niż jego. Gdy doszedł do potępiania alkoholu (oczywiście patrząc oskarżycielsko na mnie) to przeżył zawód, bo wyznała, że czasem uwielbia się napierdolić do poziomu gleby. Również jego koncepcja, że każdy turysta powinien nauczyć się języka lokalnego, a nie mówić do miejscowych po angielsku, nie wzbudziła zrozumienia i furory. Tu już nie wytrzymałem i po pierwsze wyraziłem poważne wątpliwości, czy to jest w ogóle możliwe, a po drugie, że tu jest tyle dialektów, że życia nie starczy (przypomnę: w samym Laosie lekko licząc 65, nawet jeżeli są podobne, to jednak). Gdzie tam, jechał dalej o tym, że każdy jest ambasadorem swego kraju i powinien zachowywać się jak dyplomata. Przypomniało mi się, jak polski konsul w Vancouver wjechał w wóz strażacki mając dwa i pół promila, a potem uciekł z miejsca zdarzenia. Albo wyjazd ekipy z Gdańska do Petersburga, gdzie obrazili absolutnie wszystkich, padli pijani na płycie lotniska, a kobietom sugerowali, co oni by najchętniej z nimi. Czy też cykliczne napady grypy filipińskiej, które dotykały naszego byłego prezydenta. Gdyby tak ich przysłali do Laosu, to dopiero miałby na co narzekać.

Powrót do Pakse był dość ciężki, głównie przez to, że Sven uparł się imponować Holenderce. Ona nie jeździła za dobrze, więc co chwilę odwalał jakiś popis na szosie. Nie mówiła po tajsku (niespodzianka), więc gdy tylko mógł to wrzucał słowa w tym języku. Szło dostać pierdolca, najchętniej bym się wypisał z tej imprezy, ale nie było jak. Zdarzały się jednak ciekawsze momenty. Po przeprawie przez Mekong usiedliśmy na chwilę w przydrożnej knajpie. Ona rozbawiła mnie pytaniem dlaczego tutejsze dzieci nie są w szkole, tylko dorabiają zbieraniem puszek i butelek. Powiedziałem, że jest niedziela, chociaż pewnie i w inne dni tygodnia można spotkać je raczej przy butelkach, a nie zatopionych w książkach (jaki ładnie w kontekście Mekongu). A zbierają to, bo pewnie mają dużo pieniędzy i bogatych rodziców. Do tego dokłada się narodowa mentalność, nie bardzo są w stanie rozwinąć taką perspektywę, że: teraz się pouczę, za kilka lat mi się przyda i sobie zarobię. Zresztą widać to w ich działaniach, w ogóle nie myślą o tym, że może pójść jakaś opinia o miejscu. Że może lepiej być miłym, bo białe jak widzi białe to biegnie do niego i pyta np. o namiary na dobry nocleg, więc fajnie jeżeli ktoś cię poleci i zarobisz za nocowanie pięciu osób przez trzy dni. Niestety, u nich bardziej dominuje podejście: to ja go wychujam na 2000 kipów i będę miał od razu do przodu i co tam, że opowie dziesięciu osobom, żeby broń Buddo u mnie nie spali.

Na drodze były wspomniane popisy, wyprzedzanie Holenderki, zatrzymywanie się za nią, robienie stu zdjęć (czytaj: mam wrażliwą i artystyczną duszę). Gdy wróciliśmy do miasta i poszli na obiad to Sven odmówił oddania motoru, ponieważ zadeklarował, że chce jeszcze pojeździć na tylnym kole przy pełnej prędkości. Nie ma chyba nic smutniejszego niż modelowy informatyk próbujący poderwać dziewczynę. Oczywiście popełniłem w życiu niemałą liczbę idiotyzmów w celu zaimponowania jakiejś pani, np. wypiłem piwo z setką wódki na raz... o jak okrutnie się porzygałem na jej oczach w pół godziny później, ale miałem wtedy 18 lat, a i tak od tego poziomu byłem daleko. Okres godowy mu się rozwijał, zamówił coś zajebiście ostrego (wcześniej raczej nie szalał w tym temacie) i zjedli na pół. Mnie tam dziewoja ni grzała, ni ziębiła. Uwielbiam kobiety koło 30tki, które potrzebują dwóch lat, żeby podjąć decyzję o rzuceniu pracy, której nienawidzą i które za diabła nie wiedzą czego w życiu chcą, ale angażują się w każdą akcję charytatywną, bo to sprawia, że czują się potrzebne. Przyznam, że plusowała tym, że była świadoma swoich wad, no ale jakoś moje serce nie przeplotło się z jej. Gdy ten już odwalił spektakl „to ja za wszystkich zapłacę, stać mnie” (a płać se), a ona „nie ma mowy, każdy płaci za siebie”, to skoncentrowali się na potępianiu Niemca, który stolik obok łotał piwo w tempie olimpijskim. Średnio mnie to bawiło, więc poszedłem na net, a potem wróciłem do hotelu. I gdy myślałem, że już nic ciekawego z tej imprezy nie będzie, że czeka mnie kilka dni ze Svenem, z którym nawzajem mieliśmy się serdecznie dosyć, to nadeszło zbawienie.

Zbawienie siedziało sobie w ogródku naszego hotelu, piło piwo i próbowało nawiązać jakiś kontakt z Niemcem, którego wcześniej duet niemiecko-holenderski potępił. Niestety, angielski krajana Goethego był wielce ograniczony, postawiony na akcencie takim, że ja więcej rozumiałem niż Bryt, a głębia przemyśleń raczej bliższa Rudawie niż Mekongowi. Dołączyłem i od razu impreza się ożywiła, a raczej chłopaczek, któremu dano Steve, zaczął na całego ze mną gadać. Pierwszy raz od dłuższego czasu czerpałem przyjemność z rozmowy. Najwspanialsze były jego zdolności aktorskie, ilekroć coś opowiadał to wcielał się we wszystkie postacie swej opowieści, podrabiał azjatyckie akcenty, podkolorowywał postacie i teksty. Szczerze wyłem ze śmiechu. Potem dołączył do nas Sven, który jednak postanowił pogodzić się z Niemcem. Chodziło o opcję: z Pakse do Si Phan Don łódką. Si Phan Don to odcinek Mekongu, zwany krainą 4000 wysp, słynący z piękna i spokoju. Rno mieliśmy tam jechać. Niestety i nie wiedzieć czemu opcja przepłynięcia Mekongiem z Pakse tamże umarła. Obecnie można tylko wynająć prywatnie łódkę i zapłacić w kurwę, albo trzeba jechać asfaltem. Niemiec wynajął już łódź, dał za nią bodajże 150 dolarów, a teraz pojawiła się opcja dołączenia do niego. Chciał 20$ od osoby, czyli z jednej strony tanio, z drugiej to niemal mój dzienny budżet był. Naprawdę trudno wykrzesać jakiś zajebisty entuzjazm wobec Mekongu, który zna się tak dobrze.

Steve zaś przyjechał z Kambodży i w planach miał ciągnięcie się w górę Laosu, by potem pojechać na południe Tajlandii, wkroczyć do Malezji i być w Kuala Lumpur na początek kwietnia. Jego rodzice wybrali sobie na emeryturę Malezję, a teraz Steve wspólnie z matką wymyślili niespodziankę dla taty: w jego urodziny matka weźmie starego niby nic do centrum, a tam „przypadkiem” spotkają syna. Jego podróż była wielka, wyjechał pociągiem z Londynu, przeciągnął całą Europę i Rosję, wjechał przez Mongolię do Chin, a potem do Wietnamu. W odróżnieniu od 90% spotkanych Brytyjczyków rozumiał co się dzieje wokół niego, cechowała go też rzadko spotykana zdolność interpretacji rzeczywistości i pełen sceptycyzm do świata zachodu. Nie ma słów na to, jak przyjemnie mi się z nim gadało. Problem polegał na tym, że on chciał jechać na północ, do Tad Lo, a ja do Si Phan Don. Pił ślicznie, piwo za piwem. Niemcy poszli spać, a my rozmawialiśmy o Azji, Europie, ludziach i języku angielskim. Skończył ekonomię i nie wiedział, że w angielskim istnieje taki present perfect czy conditionale. Opowiadałam mu więc jak wygląda nauka angielskiego dla Polaka i jakie są największe różnice w naszych językach, a jego to naprawdę interesowało. Idyllę zburzył, a raczej podbudował locals z recepcji. Popijaliśmy ostatnie piwa, a na scenę wtoczył się pijany Laotaniec. Zaczął idealnie, od wylania piwa Steve'a na Steve'a. Ten zareagował spokojnie, niemniej stanowczo. Widząc sytuację podymałem do sklepu po kolejne piwa, a jego zostawiłem w objęciach miejscowego. Przy okazji kupiłem lao-lao (no nie zmarnuje się) tylko po to, żeby odkryć, że locals sobie nie poszedł. Bredził do nas na całego. Zaczął klasycznie: Chcecie dziewczynki to załatwię.

Nie, dzięki.

A, to pewnie chcecie małe dziewczynki?

Nie, naprawdę dzięki

Aaa, wy pedały, to chłopców?

Nie, nie pedały, chłopców też nie chcemy

Narkotyki? Marijuana, kokaina, LSD?

Trochę mi serce drgnęło na to LSD, ale Steve na szczęście był mniej łatwowierny: nie, tego też nie.

Jesteśmy beznadziejni

Wiemy, możemy sobie powrócić do rozmowy? We really do appreciate your efforts, but just wanna relax here.

Chuja, nie pójdzie, on nam załatwi co chcemy.

Nic nie chcemy.

W efekcie chwycił Steve'a za przyrodzenie i zaczął jęczeć:

Ooooh, so good, so big, so hard, wanna fuck? Wanna fuck?

NO! - odpowiedział stanowczo

Mmmm, good cock, good fucking!

Możesz mnie przestać trzymać za jaja?

Mmmm, girls like it, mmm so big!

Odpierdol się od mojego ptaka!

Mmmm, no girls, you gay? Boy, wanna boy?

Kurwa, już to raz przerabialiśmy. Nie, nie chcemy dymać, nie chcemy dziewczynki, chłopca ani pangolina. Wyjeb się sam.

Po dobrych nastu minutach poszedł i obiecał wrócić z kokainą. Skoncentrowaliśmy się na lao-lao, a gdy już poza śmiechem nic nie wydobywało się z naszych ust, postanowiliśmy iść spać.

Sven obudził mnie o 7 rano. Że idziemy na łódkę i płyniemy do Si Phan Don z jego rodakiem.

Byłem w stanie między pijaństwem, a rzeczywistością. Miałem do wyboru trzymanie się planu i zaplanowaną podróż z Niemcami, którzy gadają po swojemu; albo trochę w złą stronę, ale za to z chłopem, z którym mam ubaw po pachy. Krótko myślałem: podziękowałem Svenowi i powiedziałem, że jadę ze Stevem do Tad Lo. Poczekałem aż pójdzie i wsunąłem Brytowi kartkę, że zdecydowałem się jechać z nim i żeby nie odjeżdżał beze mnie.

O 9 już nie spałem, zjawił się Steve. Uśmiechnięty, że chcę z nim walić do Tad Lo, wioski, gdzie jedyną atrakcją jest rzeka i wodospady na niej. Wyznaczyliśmy godzinę wyjazdu, zapłacili za hotel i ruszyli w stronę dworca. Tu miałem problem: kończyły mi się kipy, karty jak wiadomo nie miałem, więc potrzebny był bank. Poniedziałek, poranek, w czym problem?

W tym, że to Laos.

Bank numer jeden był zamknięty.

Bank numer dwa miał strażnika, który informował, że jest przerwa, niestety nie wiadomo do kiedy.

Bank numer trzy poinformował mnie, że na dziś już są zamknięci.

Chuj mnie strzelił, kurwa trafiła i krew zalała. Skończyłem w hotelu, gdzie za euro dostałem żałosne 10000 kipów, czyli jakieś 10% mniej niż dostać chciałem. Wymieniłem trochę i pojechaliśmy na dworzec. Taksa w modelu siedzisz na pace, jedziemy, jakiś koleś z motoru krzyczy do nas:

Where you from, where you from?

ENGLAND! - skłamałem, bo wiadomo co oni o Polsce.

- MANCHESTER UNITED! - i wyciąga do nas rękę. Trochę zdurniali uścisnęliśmy, po czym pozdrowił nas i oddalił się.

Dotarliśmy na dworzec. Autobus dopiero za dwie godziny. OK, to ja jestem głodny i chodźmy coś zjeść. W drodze musieliśmy przekonać wiele lokalnych pań, że nie chcemy kupić jedzenia, torby, owoców, kapelusza, piszczałki ani picia. Restauracja, Steve chce kawę, ja jakiekolwiek śniadanie. Mówimy obsłudze i widzimy zero reakcji. Walę do kuchni, pokazuję w przewodniku, że jestem wegetarianinem. Pani się uśmiechnęła. Wróciłem, a ten do mnie żartuje:

- Pewnie pomyślała: „a, jesteś wegetarianinem, chciałeś się tym podzielić, to miło z twojej strony”

Po mniej więcej czterdziestu minutach dowcip ten okazał się rzeczywistością. Na szczęście córka właścicielki przyszła ze szkoły i w śladowym angielskim zapytała czy coś chcę. Po kolejnych dwudziestu minutach mogłem cieszyć się wspaniałą zupą. Rachunek nas zaskoczył, dwie kawy, zupa i 8000 kipów, jednak istnieje tani Laos.

Dwie godziny jazdy, pan wysadził diabli wiedzą gdzie. Oprócz nas była jeszcze dwójka turystów, a czekał na nas taksiarz. Krótkie negocjacje i zawiózł wszystkich do Tad Lo. Droga oczywiście pylista, dość fajnie się upieprzyliśmy chociaż to tylko kilka kilometrów. Rozpoczęliśmy poszukiwanie noclegu. Oczywiście podwiózł nas do jakiegoś...hotelu...schroniska...o, rozwalającej się budy, która wynajmowała pokoje, ale kusił nas wielki, drewniany dom tuż przy rzece. Osada podzielona jest na pół dość pokaźną rzeką, zaś rozmiary sprawiają, że zawsze będziemy jej blisko. Próby wynajęcia pokoju trwały. Oczywiście nikt nie był w stanie udzielić informacji, więc łaziliśmy dookoła domu i próbowali znaleźć recepcję. Po dwudziestu minutach zabawy rozważaliśmy wprowadzenie się, bo i tak pewnie nikt nie zauważy. W końcu znalazł się pan, krzyknął 80000 za noc od głowy, więc mu podziękowaliśmy. Znaleźliśmy sobie pokój za 20000 za noc, więc po 10 na twarz, czyli taniej niż się spodziewałem. Z atrakcji jest rzeka, więc stroje kąpielowe i dawaj. Jemu poszło gorzej, bo nie chciał zostawić rzeczy na brzegu i postanowił przenieść je na wysepkę na środku rzeki. Gdy w mniej więcej połowie drogi się wypieprzył i wszystko zamoczył, postanowiłem zaryzykować zostawienie rzeczy na brzegu, wszystko przywiązałem do jakiejś metalowej rury. Woda to było błogosławieństwo, cholerny upał i pył z drogi zszedł z nas w sekundę. Stado lokalnych dzieci pluskało się z nami, białych trochę też się trafiło, ale bez przesady i byli daleko. Największe zdziwienie, że prąd rzeki dość mocny, do tego stopnia, że idzie upaść i zostać poniesionym. A potem z uśmiechem na ustach „ale fajnie, zjeżdżalnia niemal” i, z moim szczęściem, pierdolnąć się boleśnie kolanem o kamień. Jeszcze tylko odkryć, że zaraz tu jest dość wysoki wodospad i jak z niego spadnę to znacząco może to skrócić nie tylko wycieczkę, a egzystencję w ogóle. Ledwo byłem w stanie płynąć pod prąd, na szczęście dzieci wciągnęły mnie na kamień. Laotańskie dzieci są jak Czerwone i Zielone Berety w jednym, potrafią chyba wszystko, a przynajmniej mała, niepozorna dziewczynka radziła sobie z pływaniem lepiej niż ja.

Gdy już pozabawialiśmy się w chaotyczne czołganie w rzece, postanowiliśmy przejść się w jej górę, gdzie miał być wodospad. No i był, jednak większe wrażenie zrobił na nas pan wędkarz. Stanął sobie na krawędzi, w dół dobre dziesięć metrów, ewentualne lądowanie na kamieniach, a on spokojnie łowił, oczywiście na kijek z żyłką. Na nogach japonki, prąd taki, że nie mieliśmy odwagi nawet ręki wsadzić, a ten bez problemu zarzucał co chwilę wędkę i nie wyglądało na to, że przychodzi mu do głowy, że może spaść i tym samym zepsuć statystykę dotyczącą długości życia mieszkańców południowego Laosu.

Kolejny wodospad jest ileś tam kilometrów w górę rzeki, więc odpuściliśmy. Wracamy, a tam w miejscu, gdzie wcześniej pływaliśmy siedzi wielka ekipa lokalnych i mają imprezę. Gdy tylko nas zobaczyli to zawołali w międzynarodowym języku ciała. Siadamy niepewnie z nimi, jeden mówił w bardzo śladowym angielskim. Po dłuższych obradach ustaliliśmy, że panowie są urzędnikami państwowymi, a tłum dzieci to ich, zaledwie dwie rodziny. Zabawa była w dechę, przeprosili nas, że nie mają dla nas jedzenia, bo już zjedli, ale czy zechcemy się z nimi napić. Zechcieliśmy, ale picie po laotańsku, czyli jedna szklanka i każdy toastuje do następnego. Mieliśmy tyle radości, że siedzieliśmy koło siebie, więc jeden toast mniej, ale za to ja ciągle z prawej szklankę to miałem prawie wkładaną do oka, bo tak bardzo się cieszyli, że z nimi siedzimy. Po chwili picia i ustalenia rzeczy w stylu imiona zebranych i nasze kraje pochodzenia (znaczy my się ichniego domyślaliśmy) zaproponowano pływanie. A raczej nakazano pływać, a właściwie to skakać. Stajemy i ni chuja, nie skoczę z dobrych pięciu metrów do wody, której głębokości nie znam, dookoła są wielkie kamienie, wizja kończenia życia na wózku nie jest mi specjalnie bliska. Problem, że nikt nie pytał nas o zdanie, po prostu chwycili nas za ręce i skoczyli. Woda, dno, nie jest głęboko, ale ok, kręgosłup cały. No i się zaczęło.

Każdy chciał sobie skoczyć z białym. Marzeniem było skoczyć z dwójką białych jednocześnie, oczywiście trzymając się za ręce. Ja przestałem liczyć po szóstym skoku, Steve po dwunastym. Dobre trzydzieści było na pewno. Najwspanialszy był ojciec jednej z rodzin, który po każdym skoku prowadził coś na kształt rozmowy-monologu. Wypływał na powierzchnię i krzyczał:

- You Happy? - raczej nie czekał na odpowiedź - Me Happy, you happy, we all happy, happy, happy

Gdzieś do zabawy włączył się szampon, jego córa przyszła do mnie nieco przerażona, kazała się pochylić i umyła mi głowę odżywką. Oczywiście śmieci wrzucali do rzeki, ale czynili to tak naturalnie, że wydawało się jak najbardziej na miejscu. Po dobrych dwóch godzinach zabawy zaczęło robić się chłodno, więc wykonaliśmy pamiątkowe zdjęcia. Uparli się, że chcą nasze numery komórek i maile. Daliśmy, chociaż próbowałem wyjaśnić, że niekoniecznie będę gadał z kimś w Laosie. Chcieli żebyśmy z nimi jechali do Salavan, ale podziękowaliśmy. No to czy przyjedziemy jutro. No nie bardzo, ja już wypadam z Laosu, ten do Vientiane, więc Salavan nam nie bardzo po drodze. Gdyby się coś dało z nimi pogadać, a tu w kółko happy, happy, happy. Salavan to zadupie na sześć tysięcy osób, pewnie autobus raz na czas, więc ryzykownie. Przewodnik nie oferował zbyt wielu informacji o Salavan, więc podziękowaliśmy i obiecali jeszcze to przemyśleć. Tak, na pewno przyjedziemy, dziękujemy za wszystko. Oczywiście do dzisiaj mi żal, że nie pojechałem, ale od tego happy to chyba bym w końcu umarł.

Przebraliśmy ciuchy (pływanie oczywiście w ubraniach było) i poszli coś zjeść. Do wyboru były ze trzy lokale, wybór padł na największy. W żadnym nikt się nie stołował, więc trudno było odkryć, gdzie ludzie jedzą. Siadamy.

- Piwo! - podano wspomniane piwo.

Dobra, może być, ale menu też poprosimy. Obsługa przewijała się raczej niż była obecna, więc wszystko trwało. Nie spieszyło się nam nigdzie, ale nabierało to dość groteskowego wymiaru. Chciałem sałatkę z papaji, pani coś krzyknęła do kuchni, stamtąd zbolały głos odpowiedział i okazało się, że no papaya. Zrezygnowany wybrałem coś tam innego, ale dokonaliśmy rekonstrukcji dialogu, mówię:

- Ona tam krzyknęła „ej, biały chce sałatkę z papai, zrobisz?”

Steve podchwycił:

- W odpowiedzi padło „nie, nie mam za bardzo nastroju na szatkowanie papai, poza tym jest raczej późno, niech zamówi coś innego”

Siedzimy, gadamy, drugie piwo sami sobie wzięliśmy, bo nikogo nie było. Steve poszedł do łazienki, wraca załamany.

- Co się było stało?

- Niby nic takiego, ale wchodzę do kibla, a tam kelnerka kuca na dziurą, a w ręku ma nasze zamówienie, więc jeszcze pewnie nie przekazała go do kuchni

- Może się wyleje i zaniesie.

- Problem, że she is taking a shit

- O kurwa...no tak, wiadomo, że w kiblu świetnie się czyta, więc sobie zapisała zamówienie i dopiero z nim tam poszła, żeby mieć jakąś lekturę.

Po dobrej godzinie dostaliśmy coś tam. Skończyła się telenowela i zebrani odkleili się od telewizora. Serial był lotów najwyższych, zgadywaliśmy fabułę i odkryli nowy fach, właściwy tylko dla pewnych azjatyckich stacji TV: stanie z wentylatorem. Jak inaczej uzyskać efekt, że kobieta w zamkniętym biurze dostaje jakiś szokujący news i z tej okazji nagle jej włosy zaczynają latać dookoła twarzy jakby jechała na motorze? Oczyma wyobraźni widzieliśmy jak jakiś biedny stażysta stoi z wiatrakiem i ją owiewa.

Na deser rzuciłem banany płonące z lao-lao, polecam, tu kosztowały jakoś śmiesznie mało. Koło 22 lokal chciał się zamknąć, więc trzeba było zapłacić. Okazało się, że połowę rachunku ma jedna kelnerka, drugą połowę pan, a piw nam nikt nie zapisywał. English zerowy, więc wzięliśmy od pana bloczek, sami odtworzyli wszystko co jedli i wypili [„te, myślał, że wypiliśmy po trzy na twarz, a nie po pięć, jesteśmy uczciwi? A cholera, jesteśmy, zabawni są tutaj”] i zapłacili dokładnie wyliczoną kwotą. Zmieniliśmy lokal, w drugim siedziało białe stado. Zaoferowali jointa, ja skoczyłem po flaszkę. Siedzimy, gadamy i ubaw po pachy. Dali nam kartkę, którą określili mianem listy zakupów. Były tam jakieś pokraczne rysunki zwierząt. Wpadli na pomysł, że skoro są w Laosie to zjedzą jak lokalni. Następnego dnia chcieli jechać na targ, kupić wiewiórki, ptaszki i wszystko co tylko tam znajdą, a wieczorem właścicielka ich „hotelu” miała im pomóc z grillem. Absolutnym hitem był pomysł kupienia wielkiego kota, niestety Austriak nie wiedział jak to będzie po angielsku, ale powtarzał, że wielkie kocisko. Nie ryś, nie puma. Najwspanialsza była jego artykulacja, mniej więcej: hjuuuuuuuuudż keeeeeet, miaaaaaaauuuu! W takich chwilach człowiek żałuje, że nie je mięsa. Austriak budował hotel w Laosie i kursował między Tajlandią, Malezją, a Laosem, ponieważ jakieś wspaniałe przepisy wizowe zmuszały go do tego. Pokochał jednak ten kraj na tyle, że postanowił walczyć z idiotyzmami. Opowiadał, co tu już jadł, mnie urzekł nietoperz, szczury też niezłe, oczywiście wiewiórki, jaszczurki i węże. Zabawa była wspaniała, pani właścicielka sprzedawała im jointy, nie miała problemu, że pijemy swoje, więc w nagrodę kupowaliśmy od niej zapoję. Z ciekawszych historii to jest sobie w Laosie coś takiego, co się zwie gibbon experience.

Pomysł jest odlotowy, zasuwa się po jungli na poziomie nastu metrów, sznurki z karabinkami, drabinki, kładki. Trwa to chyba trzy dni, śpi się w domkach na drzewach, ogólnie zabawa przednia. Bólem jest cena: przynajmniej sto dolców, a nawet bardziej 120. Chłopaczek pecha miał wybitnego, bo ledwo zaczął udawanie gibona, to zaczął go strasznie boleć brzuch. Musiał się męczyć do końca dnia zanim dane mu było zejść na ziemię. W szpitalu w Laosie powiedzieli, że nie wiedzą, co to, więc Tajlandia. Okazało się, że to bardzo skomplikowany przypadek medyczny, wyrostek robaczkowy. Oczywiście organizator gibbona nie oddał mu kasy, a jako bonus mógł sobie kupić nową wizę do Laosu. W takich chwilach człowiek myśli, że nie idzie mu wcale źle. A biedny gibon jak ma zapalenie wyrostka to do Tajlandii nie pojedzie. Problem polega też na tym, że ze względu na popularność rozrywki, to podobno z większych zwierząt można tam zobaczyć raczej komary, gibony dały w długą jakiś czas temu.

Przedsiębiorcza pani zaoferowała nam nocleg po 10000. Aż żal, że następnego dnia wyjeżdżałem,bo warunki to były na miarę obozów internowania, a zapach łóżka zdejmował kask. Steve zostawał jeszcze dzień, ale również się nie zdecydował.

Rano właściciel chaty wziął mnie na motor i za odpowiednią opłatą podwiózł do głównej drogi. Po chwili nadjechał autobus do Pakse. Najciekawszy moment przejazdu to bez wątpienia ten, w którym kierowca postanowił się odlać. Zatrzymał bus na środku drogi, stanął na stopniach, wyjął ptaka i się odlał. Zero obcinki, zero podejścia, że może blokuję komuś drogę, że może nie wszyscy muszą oglądać moje (jego w sensie) przyrodzenie. Ludzie przyjęli to spokojnie, widocznie taka norma. Wkrótce miało się okazać, że to dopiero początek atrakcji komunikacyjnych na ten dzień.


Steve również realizuje się pisząc. Jego wersja wydarzeń z Tad Lo:

http://www.travelpod.com/travel-blog-entries/stevehopkins/1/1236755640/tpod.html

juriusz 2009-10-06||| 20:29:33

skomentuj (3)


V for Vientiane

Było gorąco. Postanowiłem zobaczyć komu zaszkodziła panująca aura. Okazało się, że słowa te padły z ust Niemca o imieniu Sven. Nie było wiele do roboty, więc rozpoczęliśmy rozmowę. Już po chwili nie mógł uwierzyć w swoje szczęście, że mnie spotkał. Najbardziej zachwyciło go, gdy powiedziałem, że Vang Vieng jest takie se, da się przeżyć, ale ogólnie nie jestem zachwycony. On jako niepijący buddysta wybrał się wybitnie idiotycznie, bo musiałby być bardzo zdeterminowanym speleologiem, żeby ucieszyć się z wizyty w tamtejszych jaskiniach. Poza tym to nie wiem co można robić w VV poza tubingiem i chlaniem. Znaczy opcje kajakowania, czy zwiedzania wielu innych jaskiń są ciekawe, ale umówmy się.

W autobusie było fajnie, bo oczywiście dość szybko zajebał się ludźmi po sam dach. Kocham ich za te wszystkie toboły, zawiniątka, paczki, skrzynki i tendencję do pakowania absolutnie niewiarygodnych ilości osób do pojazdu jeżeli tylko zajdzie taka potrzeba. Rozmowa ze Svenem była całkiem przyjemna, ku memu zaskoczeniu też nie był zachwycony Luang Prabang i uznawał, że turystyka zamordowała to miasto. Po mniej więcej trzech godzinach byliśmy w Vientiane (nazwa polska Wientian...nie, nie ma mowy, że będę jej używał). Na szczęście przemówiła do nas lokalna dziewczynka, wskazała centrum i poleciła wysiąść zanim autobus wystrzeli na jakiś zadupiasty dworzec, z którego trzeba będzie brać taksówkę. Szybko udało się ustalić gdzie jesteśmy i ruszyliśmy na poszukiwania hotelu. Po drodze spotkałem znajomego Brytopolaka, który dał popis swoich możliwości jeżeli chodzi o określenia personalne nacechowane negatywnie. Adresatami ich była ludność Laosu, z którą to postanowił rozstać się i zobaczyć jak jest w Wietnamie. Do tego etapu podróży nasłuchałem się już tyle o Wietnamie, że z całego serca życzyłem mu powodzenia. Udało nam się dostać niezgorszy pokój w samym centrum miasta, hotel Joe's Guesthouse. Łazienka na korytarzu, ale jest okno i fajny balkon, czyli jest gdzie palić. Sven nie mógł zdecydować się czy pali, kiedyś palił, teraz w miarę potrzeby postanowił korzystać z moich papierosów.

Nastał wieczór, przerobiliśmy lokalną restaurację i połazili trochę po okolicy. Szło dostać kurwy, bo absolutnie każdy taksiarz myślał, że potrzebujemy tuktuka, a jeżeli nie taksówki to dziewczynki i jarania. Najbardziej to by nas widzieli jadących taksówką, palących jointy i posuwających dziewczynki. Po dwóch godzinach odzywaliśmy się pierwsi: no thanks, no tuk tuk, no girl, no marijuana. Zbijało ich to nieco z tropu, ale naprawdę można mieć dosyć.

W 1994 przez Mekong rzucono most przyjaźni, który połączył Vientiane z Nong Khai w Tajlandii. Budowali to Australijczycy w ramach współpracy z Laosem. Obstawiam, że ludność Laosu wybudowałaby wzdłuż, a prawdopodobnie jeszcze nie zaczęłaby prac. Zabawny jest ruch, na moście lewostronny jak w Tajlandii, w Laosie zmienia się na prawo. Dzięki połączeniu można tu płacić absolutnie wszystkim - bahtami, dolarami, euro i rzecz jasna kipami, chociaż odnosiłem wrażenie, że tę walutę ludność lubi najmniej. Spędziliśmy w Vientiane trzy dni, pisanie wszystkiego minuta po minucie raczej nie ma sensu, bo było tak sobie. Stolica Laosu jest raczej rozczarowaniem. Najbardziej urzekł mnie Buddha Park – położony jakieś 25 kilometrów od miasta park z najróżniejszymi rzeźbami Buddy. Dotarliśmy tam na wypożyczonym motorze – Sven był szczęśliwym posiadaczem prawa jazdy kategorii A, ale nie ma to większego znaczenia, nie są przesadnymi formalistami, jeżeli tylko zapłacisz i dasz dokument (tylko nie paszport!) w zastaw to z radością wypożyczą ci motor. Słyszałem kilka groźnych historii o tym, jak to bywają kredki przy oddawaniu, nagle właściciel mówi, że jest jakaś rysa i krzyczy sobie, że masz za to zapłacić. Oczywiście zrobiłem to, co musi zrobić każdy początkujący pasażer jednośladu, czyli oparzyłem nogę o rurę wydechową. Boli jak szlag, przez kolejne trzy dni jest się w stanie bez patrzenia dokładnie wskazać miejsce, w którym nasza noga miała kontakt z rozgrzanym metalem. Jeżdżenie po Laosie jest...ciekawe. A to wyskoczy pies, a to krowa, czasem jakieś dziecko, czasem ciężarówka obsypie piaskiem czy przepchnie w stronę rowu, ogólnie średnio raz na dziesięć minut idzie się sfajdać ze strachu. Co do Buddha Park, w 1958 pan Luang Pu wpadł na pomysł, by pozbierać wszystko co związane z buddyzmem i hinduizmem i przekuć to w rzeźby. Efekt oszałamiający, ponad 200 sztuk sztuki stłoczonych na malutkim terenie. W 1975 uciekł do Tajlandii (jakoś nie patrzył z nadzieją w socjalistyczną przyszłość Laosu), gdzie zbudował coś podobnego w Nong Khai, czyli właściwie po drugiej stronie Mekongu. Co do dzieła na obrzeżach Vientiane: na dzień dobry mamy wielką dynię, która ma trzy piętra (piekło, ziemię, niebo). Przedzieranie się po wąskich i stromych schodach jest nieco karkołomne, ale w nagrodę ma się widok na cały park, z dachu niebios. Największe „kurwa” mieliśmy gdy wyczołgaliśmy się z dyni, upieprzeni niewąsko i spotkali tam grupę, która powiedziała, że jesteśmy wow, bo w środku to jest ciężka droga, a oni wyszli normalnymi schodami. Mogli to jakoś oznakować...na pociechę, w środku są rzeźby, odpowiednie dla każdego poziomu, chociaż klimatów z Dantego czy Pietera Brueghela raczej nie należy się spodziewać. Widok dominuje leżący po lewej czterdziestometrowy reclining Buddha, tak zrywa kask, że trudno patrzeć na coś innego. Wielki potwór (raczej hinduistyczny), który porwał żonę Buddy, zajął drugie miejsce, głównie za żarówki w ramach oczu. Absolutny kicz, ale jakże ciekawy do podziwiania. Nagroda specjalna dla posłańców Buddy, białych królików, coś pięknego. Poza tym wieże, wychudzony Budda, tłusty Budda, Nagi, wszystko po prostu. Miejsce pomaga uświadomić sobie, że chuja się wie o buddyzmie. Chodziłem na kursy w trakcie studiów, opowiadali, czytaliśmy, nic z tego. On buddysta, doktrynę zna, zresztą obaj dharma, dukkha, sansara jak najbardziej, ale wysiada się przy lokalnych wierzeniach, przedstawieniach, czy obrządkach. Jakie kurwa kadzidełka, wróżby, dachówki, jak to mnisi palą pety i jedzą mięso? Trochę jakby ktoś przyjechał do Polski i myślał sobie, że nasz katolicyzm to Tischner, Boniecki i Kołakowski, a tu nagle ma Rydzyka, Głodzia i Jankowskiego, no i nie, pisma intelektualistów katolickich nie bardzo przekładają się na to, co jest i jakie ludzie mają podejście. Na jakim kursie w Polsce opowiedzą ci, że z buddyjskiej wiary o nietrwałości ciała i jego rozdziale od duszy, buddystki wymyślają, że można prostytuować się bez bólu - skoro ciało takie beznadziejne, to czemu go nie puścić za kilkanaście dolarów, które wspomogą przy okazji duszę?

Korzystając z dobrodziejstwa motoru odnaleźliśmy ambasadę Kambodży i wystąpili o wizy. Stan na 5 marca 2009: kosztowała dwadzieścia dolarów, dwa zdjęcia (zrobienie czterech odbitek stało 25 tysięcy), dwa kretyńskie formularze. Jako zawód wpisałem sobie „canadist”. Najlepszy dowód na to, że tego nie czytają, to fakt, że nie spytali co to. Wniosek złożyliśmy rano, popołudniu były wizy, więc miło. No, mogłyby być ładniejsze, ale średnia zielona naklejka Kambodży za 20 wobec chujowej niebieskiej pieczątki Laosu za 35 to i tak świetny interes.

Odwiedziliśmy dumę narodu, czyli Pha That Luang. Najpierw mija się łuk tryumfalny (Patuxai, established 1969 przez Amerykanów), większy niż ten z Paryża, ale co z tego, skoro nie pasuje? Przed wejściem pola elizejskie Laosu, czyli wielki asfaltowy parking. Przydał się o tyle, że Sven pouczył mnie jak się jeździ na motorze. Szło nieźle, ale byłoby lepiej gdybym miał nogę mniejszą o kilka numerów. Niemniej udało się pokręcić, nie zabić siebie ani nikogo, ogarnąć przyspieszanie i hamowanie. Przy zmianie biegów musiałem kombinować, żeby jednocześnie nie wcisnąć przekładni w dół i w górę – chyba nie projektowali tego dla ludzi z rozmiarem buta 45.

Duma narodowa kosztuje 5000, Laotanina zaledwie 2000. Wkurwia mnie to zawsze i wszędzie, powinni pozabraniać, rasizm w najczystszej postaci i nieważne, że za śmieszne pieniądze. Sam obiekt też raczej dowcipny; chcą wierzyć, że pierwszy zbudowano w III wieku p.n.e. i zawierał kawałek klatki piersiowej Buddy. Potem była wersja z 1566, którą Tajowie zrównali z ziemią w 1828. Francuzi odbudowali w 1900, ale było tak brzydkie, że w 1931 zbudowano jeszcze raz. Jeżeli to, co jest teraz, jest lepsze od wersji francuskiej, to chcę ją zobaczyć. To, co jest, jest straszne. Złote, wysokie i absolutnie bez sensu. Taki obelisk, odmalowany na ohydny złoty kolor. Dookoła zbiór... nie wiem czego, jakieś kawałki figurek Buddy, jakieś kamienie, zero podpisów, nawet po ichniemu. Ogólne wrażenie: „o chuj w tym chodzi i co ja tu robię?”

Zaliczyliśmy dworzec i kupili bilet na następny dzień do Pakse. Oczywiście to nie jest tak, że idziesz i kupujesz, tylko ciekawiej.

Wyglądało mniej więcej tak:

okienko numer 27 miało podpis Pakse. Niestety, odmówili sprzedaży, nakazali iść do 42.

Tamci, że chętnie, ale nie i że w 11 kupimy.

W 11, że nie, nie, tu nie, to jest w 22.

Z 22 przekierowali nas znowu do 27, a ci chcieli ponownie do 42, ale powiedzieliśmy, że mają nam sprzedać ten bilet i chuja, nigdzie się nie ruszymy bez tego. No i sprzedali. Oczywiście on będąc Niemcem nie mógł zrozumieć, że godziny odjazdów w kasie są inne niż na rozkładzie, bo jak to możliwe, że rozkład jazdy nie koresponduje z rzeczywistością? Wyjaśniłem mu, że nie tylko w Laosie zdarzają się takie jaja.

Poszliśmy na obiadokolację do restauracji indyjskiej. Tanio nie było, ale kręciła nas wizja, że po zjedzeniu skorzystamy sobie z darmowego wifi, jak głosił napis przed lokalem. Może poszukiwanie wifi wygląda na nieco obsesyjne, ale jeżeli ma się do kupowania bilety lotnicze to woli się to robić z laptopa niż z cafe o standardzie średnim. Poza tym można wysłać newsy, dostać newsy, no raz na dwa dni lubię zobaczyć co i jak. Zjedliśmy, włączam i zamknięta sieć. Pytam się o co chodzi, a właściciel, że dostęp kosztuje 6000 za 30 minut.

Przepraszam, ale tu jest znak, że „free wifi”.

Ale to tylko znak taki, trzeba płacić.

Zapisałem adres, może ktoś dzięki temu uniknie indyjskiego chuja w środku Laosu: Ali Restaurant, 52 Pangkham Road, Vientiane.

Ciąg dalszy mieliśmy przy odbieraniu jego prania. Umówił się rano na 8000 za kilo, a tu liczą po 12000. Dwadzieścia minut telefonów, kombinowania i wyczekiwania nas. Wygraliśmy, zapłacił 8000. Chyba uznali, że wariaci i lepiej odpuścić. Większość płaci bez mrugnięcia okiem, no i takie są efekty.

Powróciły klimaty znane z Tajlandii: miłość jest wielka, potrafi połączyć amerykańskiego emeryta z laotańską nastolatką. Co tam bariera językowa, uczucie przemawia przez nich gdy tak wieczorową porą spacerują przez centrum Vientiane trzymając się za dłonie.

Niestety na relację ze Svenem dość poważnie zaczęła wpływać różnica charakterów i priorytetów. Słuchanie w kółko o tym, że turyści to zło zaczyna w końcu męczyć, my też przecież lokalnymi nie jesteśmy. Tak, wszystko się skomercjalizowało, ludzie się skurwili, ale nie mam wielu pomysłów, co można z tym zrobić. Oni już nie chcą jeść i ubierać się jak przez wieki, chcą tak jak my, bo widzą wspaniałe filmy (telewizory są wszędzie, Orwell to małe miki) i tak im się kształtuje wyobrażenie o zachodzie. Dla niego dziwne było też to, że ciągle piję i nie mógł zrozumieć, że skoro litr whisky kosztuje 10 000 kipów, to grzechem byłoby nie korzystać. Już nie mówiąc, że raz jaśminowa, raz taka, potem owaka, festiwal smaków i nowości. Mnie w sumie nie przeszkadzała jego abstynencja, ale jednak słuchanie pierdół o tym, że „o rany, ty sam tyle wypiłeś i mówisz?” bywa męczące. Analiza trunków: banderol nie wynaleźli. Raz miałem wrażenie, że mi rozrobili whisky na czymś, innym razem byłem tego pewien – nie jestem takim gierojem, żeby wypić litr 40% alkoholu i spokojnie iść spać. Co gorsza, miał do opowiedzenia jakieś dwadzieścia historii, gdy mu się skończyły, zrobiło się nudnawo. Jedna urzekła mnie więcej niż bardzo: mówię mu co mnie spotkało na szlaku, ile idiotyzmów i że dobrze mu, bo wszyscy wiedzą, że jest taki kraj Niemcy. Na to on:

- Mnie Amerykanie pytali, czy Hitler nadal jest u władzy.

Zabrakło mi słów.

Nasz hotel miał pewne minusy. Położenie w centrum miasta ma oczywiste plusy, ale gdy o 6 rano zaczęły jeździć ciężarówki z piaskiem do budowy drogi, to jednak minusy przesłoniły plusy. Przy wejściu pasło się stado prostytutek pod okiem pasterzy w tuk tukach. Mini krótsze niż moje bokserki, bimbały na wierzchu, raczej nieposunięte w latach, chociaż trafiały się i bardziej wiekowe. Co jakiś czas bardziej shemale niż pani.

Ostatni dzień w Vientiane spędziliśmy świątynnie. Najpierw nieco się wkurwiliśmy z okazji śniadania, bo nie dość, że było niedobre, to jeszcze drogie. Sven wziął sałatkę z owoców, część popsuta. Shake niedobry i przesadnie rozwodniony. Obrazu wkurwienia dopełniła nam żebrząca pani. Poprosiła o coś do jedzenia, zaoferował jej sałatkę. Nie chciała, powiedziała, że chce się jej pić. Miałem pełną, nieotwartą jeszcze wodę, zaoferowałem jej.

Nie, ona woli pepsi, a najlepiej pieniądze.

A my wolimy, żebyś spierdalała.

Chyba najważniejsze świątynie Vientiane, Wat Si Saket i Haw Pha Kaew, obie niezłe, 5000 sztuka, ale znowu bez rewelacji. W pierwszej odkryliśmy niesamowitą ilość pociętych figurek Buddy. Okazało się, że panuje miły zwyczaj: gdy Buddyści podbijają drugi kraj to dekapitują ichnie wizerunki Buddy. Nie bardzo to rozumiem, Sven też tego nie rozumiał, ale gdzieś mu tak wyłożono. Wygląda to przerażająco, setki Budd bez głów, równiutko obcięte, rzucone na stertę. Świątynia zaś jest jedyną, która przeżyła wizytę Tajów w 1828 roku. W bramce numer dwa pierwszy raz zobaczyłem typowo laotańskiego Buddę – pozycja stojąca, ręce wzdłuż ciała, dłonie wydłużone. Szukałem takiego na pamiątkę, ale niestety, ichni handlarze nie wpadli na to, żeby robić repliki, a przynajmniej nie znalazłem. Haw Pha Kaew to także miejsce, gdzie przechowywano Emerald Buddhę, gdy pożyczono go z Tajlandii.

Obiad nad Mekongiem był nieco depresyjny. Szybkość obsługi wiadomo, zresztą dania przynosili z restauracji obok, w pobliżu siedzieli Amerykanie z lokalnymi dziewczynkami. One angielski rozumiały tak sobie, więc jeden snuł opowieść o tym, jak to uwielbia ją rżnąć i jaka jest ciasna. Siedzimy, na siebie, na nich, super po prostu. W końcu ona coś zrozumiała, rozpłakała się i uciekła.

- I tak będzie na mnie czekała w pokoju! - rzucił dumnie.

Wiele jest cudów, ale największym pośród nich sam człowiek.

Gdy poprosiłem o popielniczkę to pan powiedział, że mam kiepować do Mekongu. Prawie się na mnie obraził, gdy powiedziałem, że jestem dość zżyty z tą rzeką i niekoniecznie chce dokładać się do jej zaśmiecania. Obrażony poszedł gdzieś, po chwili przyniósł to, co uważał za modelową popielniczkę – ścięte denko od butelki wody mineralnej. Amerykanie zapłacili dolarami, zaproponował im kurs na poziomie 6000 kipów za dolca (8000 przynajmniej powinien dać). Nie zgłosili sprzeciwu. Z nami poszło gorzej, rachunek zamiast na 18 wypisał na 23. Odwołaliśmy się do autorytetu menu i jezus maria, no pomyliło mu się.

Nie ma sprawy, ale czy moglibyście czasem mylić się na naszą korzyść? Tak dla zachowania pozorów, że jednak mylicie się, a nie próbujecie robić nas w chuja. Na pożegnanie restauracji podbił do nas pan i bardzo chciał nam sprzedać nóż.

Nie, naprawdę dziękujemy, chwilowo nam się nie przyda.

Niezrażony porażką przystąpił do kontrataku. Wyciągnął viagrę. Załamaliśmy się.

Autobus mieliśmy dopiero o 19, check-in o 18, więc snuliśmy się po mieście, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. Weszliśmy do jakiejś raczej mniej znanej świątyni. Powitał nas mnich. Baliśmy się trochę, że będzie chciał datek, ale ten do nas w nienajgorszej angielszczyźnie, że chciałby porozmawiać i poćwiczyć angielski. My, że nie jesteśmy nativami, ale dobrze, możemy mówić. Następne trzy godziny spędziliśmy rozmawiając z nim. Na imię miał Sai (25 l.) (jakby napisano w Fakcie). Pochodził z wioski koło Savannakhet. Prosił, żeby opowiadać mu o naszych krajach, o świecie, o sobie. Nie interesowały go żadne oficjalne bzdury w stylu „pracuję, kocham moją rodzinę i chcę mieć samochód” tylko np. jakie jest twoje największe marzenie (kiedy ktoś na zachodzie pytał mnie o coś takiego?), czy lubisz swoje życie, co sprawia ci przyjemność. Sven był niemal niepocieszony tym, że ma pracę, bo zdobyłem więcej punktów za odpowiedź, że absolutnie ni chuja nie wiem, co będę robił w życiu i że według klasyfikacji zachodnich to do niczego się nie nadaję. Cieszył się, że przyjechaliśmy do Laosu, powtarzał, że to zaszczyt. Co chwilę dziękował nam za to, że z nim rozmawiamy, pytał czy na pewno nam się nie spieszy, czy nie męczy nas rozmowa i to, że dopytuje się o słowa. Zapewnialiśmy, zgodnie z prawdą, że nie i podkreślaliśmy, że również dla nas jest to przewspaniale spędzony czas. Dowiedzieliśmy się, że w Laosie nie obchodzą urodzin. Zapytaliśmy o zdobienie świecznika, okazało się, że jest cała legenda, ale niestety, zrozumieliśmy z niej tyle, że ludzie zamieniali się w smoki i węże, a potem wracali do formy wyjściowej. Przewinęli się lokalsi, którzy poprosili, żeby odprawił im rytuał. Nie do końca zrozumieliśmy, po co, ale znając Azjatów to żeby zapewnić szczęście. Mówił coś melodyjnym głosem, palił długą, cienką świecę, a wosk wlewał do wody. Próbowaliśmy dopytać się o co chodzi i czy to jakieś wróżby czy co innego, próbował nam wyjaśnić, aż w końcu machnął ręką i powiedział, że to bzdury, w które ludzie chcą wierzyć. W związku z tym przyszło mu do głowy, że nam powróży, przyniósł patyczki i kazał losować. Wygrałem numer cztery: kobieta, która mnie zostawiła była dla mnie zła i dobrze, że mnie zostawiła. Czeka mnie świetlana przyszłość i już wkrótce wspaniała kobieta u mego boku. Spytał czy zgadza się i czy to możliwe. Nie chciałem mu psuć humoru, więc powiedziałem, że tak. Niesamowicie się ucieszył. Ja tam bez buddyjskich patyczków wiedziałem, że ona jest zła, chociaż wróżby czynione są na takim poziomie ogólności, że pasują chyba do 95% ludzkości – komu się w życiu nie trafiła zła kobieta?

Svenowi wyszło, że ma zmienić pracę i niesamowicie się zajawił, bo faktycznie, wspominał wcześniej, że rozważa to. Jeszcze wyszlibyśmy przeświadczeni o potędze wróż buddyjskich, ale przewinęła się para, pan wylosował, że wkrótce spotka kobietę swego życia. Ta, która z nim już była poważnie się ubawiła, bo datę ślubu mieli zaklepaną na kilka miesięcy po powrocie i śmiała się, że pewnie na boku ją puszcza. Gdy zapytali, czy mogą zrobić mu zdjęcie, to powiedział, że jasne, ale wcześniej się ogarnie. Przewinął całą szatę i pokazał nam kieszenie wewnętrzne, podkreślał, że bardzo wygodne. Potem każde z nas zrobiło sobie z nim zdjęcie, niestety moje wyszło nieostre, ale wartość sentymentalną ma przeogromną. Dowiedzieliśmy się, że być mnichem w Luang Prabang to jedno, zaś w Vientiane jest ciężko; z porannego walk of alms zbierają bardzo mało i często jest głodny, ale na szczęście dostał kiedyś paczkę cukierków i ratuje się nimi. Zazdrościł nam Polski i Niemiec – że przynajmniej bywa chłodno, a nie zajebisty gorąc większość czasu. Rzuciliśmy się wyjaśniać jeden przez drugiego, że ma się nie wygłupiać i siedzieć w Laosie, bo temperatura jedno, a spokój łysej głowy to drugie. Zazdrościł nam też wizyty w Luang Prabang, nigdy nie był, a to jedno z jego marzeń. Zastanawiał się cały czas co może nam pokazać i opowiedzieć, niektóre odkrycia były cudowne – głowę goli raz na miesiąc podczas pełni księżyca, twarz raz na tydzień. Wcześniej uczył matematyki, ale cztery lata temu postanowił rzucić to w diabły i został full time mnichem. Wyznał jednak, że tęskni za matematyką i nie wyklucza, że kiedyś powróci do wyuczonego zawodu. Po trzech godzinach musieliśmy iść po rzeczy i jechać na dworzec, dziękowaliśmy sobie wzajemnie za spędzony czas. Podkreślał, że jesteśmy wspaniali i że to najszczęśliwszy dzień od bardzo dawna, bo nauczył się tak wielu słów dzięki nam, że będzie teraz je powtarzał, aż zapamięta. Nauczył nas w zamian jednego słowa, które polecił mówić do pań: namlai – piękna. Na pożegnanie dostaliśmy żółte sznurki na ręce – błogosławieństwa mające pomóc i przynieść pomyślność. Błogosławił tak szczerze, że nie śmiem w to wątpić i noszę do dzisiaj. W pale nam się nie mieściło, że nie mają książek do angielskiego i nie ma kto ich uczyć. Uskarżał się, że turyści wchodzą, widzą, że jego świątynia nie jest jakaś przewspaniała i wychodzą, nie chcą z nim rozmawiać, bo zawsze gdzieś się spieszą. Dzięki temu spotkaniu miałem kilka rzeczy do przemyślenia, powróciła refleksja na temat tego jak niektórzy mają ciężko, ale nie ogranicza ich to w dążeniach do zdobywania wiedzy, podczas gdy inni mają wszystko w zasięgu ręki, a interesuje ich głównie materialny wymiar rzeczywistości. Pytanie o marzenie zaś weszło podobno do stałego repertuaru rozmów kwalifikacyjnych we wszystkich wspaniałych korporacjach. Zapewne za odpowiedź, że podróżować i pisać dostaje się zero punktów, więc wszyscy opowiadają, że zostać team leaderem i kupić sobie terenówkę do jazdy po mieście.

O ile przy wjeździe do miasta miła Laotanka oszczędziła nam kłopotu odwiedzania dworca, za drugim razem udało się własnym motorem, o tyle teraz nie było wyboru. Wiedzieliśmy jaki dystans mamy do pokonania, spacer nie wchodził w rachubę, więc po ustaleniu u miłej recepcjonistki ile powinniśmy zapłacić (40), ruszyliśmy do targowania. Szło kiepsko, wszyscy zdawali się być umówieni na jedną cenę i nie chcieli z niej zejść. Traf chciał, że przejeżdżał pan, który gdy tylko nas zobaczył zgodził się jechać po local price, czyli 45. Niewykluczone, że potem go zabili, bo wściekli na niego byli okrutnie, krzyczeli i wygrażali mu na całego. Nie nasz problem, nasz koncentrował się wokół spędzenia godziny na dworcu. Wcześniej jeszcze na wyjaśnieniu mu, że skoro zgodził się na 45 to nie dostanie 50, ani tym bardziej 60. Na 50 minut przed odjazdem miejsc za wielu nie było, ja skończyłem z pijanym nastolatkiem, Sven z emerytem. Spacery po dworcu nie doprowadziły do wielkich odkryć, poza tym, że jest to smutne miejsce, zaś kanapka wegetariańska w ich interpretacji, to goła bagietka. Da się żyć, ale mimo wszystko wolałbym coś w niej mieć, niestety nie byłem w stanie im tego wyjaśnić. Z umiarkowanym ogniem w oczach zajęliśmy miejsca w autobusie i przygotowali się psychicznie na noc. Autobus był całkiem niezły, w końcu VIP za 130, ale poczyniono wszystko, aby podróż uczynić koszmarem. Klimatyzacja to klasyka, żałowałem, że nie wyjąłem kocyka z głównego plecaka. Gdy pani siedząca przede mną ją wyłączyła to okazało się, że jednak jest błogosławieństwem, bo wtedy mniej czuć. Upchanie ludzi na plastikowych krzesełkach od początku do końca autobusu również mieści się w lokalnych standardach przewozu ludności. Wyprzedanie miejsc stojących między krzesełkami to już ciekawsze zjawisko. W wypadku jakiekolwiek ostrego hamowania poszkodowane byłoby dobre czterdzieści osób. Miałem złudzenia, że ludzie z klasycznymi tobołami nie jeżdżą VIP busem, ale myliłem się, paczki, zawiniątka, oczywiście wielkie wory. Bilety sprawdzono PIĘĆ razy, oczywiście było TRZECH bileterów, jeden przecież by nie ogarnął. Wszyscy bardzo zaangażowani w usadzanie ludzi, co potęgowało panujący burdel. Później udało zdobyć się wyjaśnienie, że dbają o to, żeby każdy miał pracę, co prowadzi do takich ciekawostek, temat jeszcze powróci. Mojej sytuacji nie poprawiało miejsce koło nastolatka. Chłopaczek był krańcowo pijany (luz), okrutnie cuchnął (rozumiem sytuację) i co chwilę wrzeszczał w telefon komórkowy, dostawał ataku histerii, płakał i miotał się, niespecjalnie zwracając uwagę na to, że może mi przeszkadza, gdy ktoś wali mnie na odlew w pysk, bo ma spazmatyczny atak złości na swoją dziewczynę (wydedukowałem po zdjęciu, które wyświetlało się ilekroć dzwonił telefon). Co do telefonów to kilka osób było więcej niż pewnych, że pozostali chcą posłuchać sobie muzyki z ich komórek. Nie mogło się też obyć bez płaczącego dziecka. Oczywiście uszczęśliwiono nas filmami. Najpierw kabaret, żenujące, ale oni zalewali jak na „Nagiej broni”. Dowcipy znane od czasów Chaplina, chłop przebrany za kobietę, odsuwanie krzesła, kopanie się w tyłek, śpiewanie krańcowo fałszując, cios kijem w przyrodzenie. Prawdopodobnie autobus przewoził wycieczkę głuchych, bo chociaż słuch mam taki sobie to jednak było za głośno, więc było ciężko. Czytać się nie dało, bo ciemno. Po kabarecie było karaoke, na szczęście nie podchwycili i nie śpiewali. Potem trafił się film akcji, który sprawił, że musiałem przedefiniować swoje pojęcie absurdu. Nie było to przypadkowe dzieło, a produkcja z 1986 roku i Hong Kongu. „Born to Defend”, po naszemu „Krwawy ring”. Występuje: JET LI! Reżyser? JET LI! Kilka innych fuch? JET LI!

Najwspanialsze było zdubbingowanie tego na laotański: po co się przejmować oryginalną ścieżką dźwiękową? Nagrano na chama usuwając przy tym cały dźwięk. Coś tam wybucha, ale nie słyszysz nic, bo główny bohater właśnie krzyczy. Aż ciekawe, podobnie jak fabuła dzieła: po wojnie chińsko-japońskiej ci pierwsi wracają do domów. Okazuje się, że osadę ciemiężą Amerykanie. Na szczęście jest...JET LI! Przez resztę filmu leje skretyniałych, brutalnych i chamskich obywateli kraju Jerzego Waszyngtona. Walki są niesamowite, ciosy mijają adresatów, kaskaderzy niepodobni, jaja na całego. Niestety nie było dane poznać zakończenia tego moralitetu, ponieważ koło północy film wyłączono. Jest to jedyny film jaki...JET LI wyreżyserował. Porzucenie przez niego ścieżki reżysera pozwala nawet ateiście uwierzyć, że Bóg jednak istnieje.

Koło północy zatrzymaliśmy się w Savannakhet, mieście, które początkowo chciałem odwiedzić, ale ostatecznie uznałem, że sobie odpuszczę. Zwiedzanie dworca (lepszego niż w stolicy) zakończyło się zakupem lokalnej flaszki – miałem serdecznie dosyć filmów, muzyki, tłoku, smrodu i gnoja obok mnie, więc postanowiłem przechytrzyć rzeczywistość i rozstać się z nią do rana. Germański towarzysz podróży był tym nieco zszokowany („jak to flaszkę w autobusie???”), ale nie bardzo mnie to interesowało. Jest taki trikus w tych krajach, że wiele alkoholi sprzedają w butelkach, które gdy już otworzysz to musisz skończyć albo wylać. Zadrinkowałem sobie lao lao (duma narodowa i słusznie) z ice tea i w ciągu pół godziny spałem. Dziewczynka obok kupiła sobie RYBĘ i oprawiała ją kilkanaście centymetrów ode mnie, dodatkowo motywowało to do zalania się. Ponieważ nieco ubyło ludzi to chciałem położyć się na glebie w przejściu. Pan bileter jednak powiedział mi, że jest to absolutnie niedozwolone i bardzo niebezpieczne. Pewnie jeszcze bardziej niż wcześniejsza jazda z nadwyżką trzydziestu osób.

O poranku osiągnęliśmy Pakse. Byliśmy tak wymęczeni i ledwo żywi, że zasypialiśmy na stojąco. Udało się wyjaśnić kierowcy, że nie musi wywozić nas na dworzec, ale i tak musieliśmy łapać tuk tuka do centrum. Pan nam zrobił pakiet z hotelem, a ponieważ hotel wydawał się niezły i był dość tani (50 za dwie osoby), to zgodziliśmy się, za co tamten wziął pewnie niezłą prowizję. Niestety na pokój trzeba było poczekać dwie godziny, więc użyłem mojej niesamowitej zdolności do zasypiania w miejscach przedziwnych i padłem na kanapę przy recepcji.

Gdy się obudziłem wszystko było mokre – przeszedł dwudziestominutowy deszcz. Buty, które stały przed wejściem niestety też były mokre, no ale nie takie trudności już pokonywałem. Pokój dostarczył nam prysznica, a lektura regulaminu niesamowitej radości. Wyjątki z tego dzieła:

1. To forbid things that illegal within hotels and guesthouse

2. In the hotel-guesthouse do not play gamble or doing others

Teraz hit największy. Tak, HOLEL.

3. IN THE HOLEL GUESTHOUSE DO NOT HAVE MAN AND WOMAN SLEEP TOGETHER IN THE ROOM IF THEY HAVE NOT HUSBAND AND WIFE, FATHER, MOTHER, DAUGHTER AND SON

11. To go and coming of you at night only permit for 23 hours


Spacer po Pakse nastroił nas depresyjnie. Trzecie co do wielkości miasto Laosu jest raczej koszmarne. Niektóre budynki rozwalone, ludzi mało, ci, co są, siedzą i nic nie robią. Widoki w stylu trzy zakłady fryzjerskie obok siebie to standard, zresztą nierzadko tak nazywane są burdele. Jednak nie sądzę, żeby burdel w Pakse to był dobry interes, chociaż może ludzie idą się popieprzyć z nudów. Była sobota, co dodatkowo wykluczyło z życia parę instytucji. Czas oczekiwania na posiłek wynosił dobre trzydzieści minut, chociaż akurat nigdzie nam się nie spieszyło. Zamówiliśmy motor na następny dzień i właściwie na tym skończyły się nasze pomysły. Atrakcji w Pakse nie stwierdzono, z desperacji poszliśmy do klasztoru. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, oczywiście sam obiekt chujowaty, ale zagadała nas dwójka młodych mnichów. Zasiedliśmy pod drzewem i rozpoczęli rozmowę. Jeden uczył się niemieckiego (naprawdę nie wiem po co komu niemiecki w środku Laosu), drugi zaś angielskiego, tak więc praca w oczywistych grupach. Mój miał 19 lat i wzorem Saja z Vientiane żądzę wiedzy znacznie przekreślającą skromne możliwości edukacyjne ich przybytku. Siedzenie na zewnątrz było o tyle wdzięczne, że nie brakowało rzeczy inspirujących do zadawania pytań o słówka. Trochę nawet z gramatyką powalczyliśmy, ale w końcu powiedziałem, że warunki ma robić na czuja, bo zdurnieje jak mu wszystkie jednocześnie przybliżę, chociaż jeżeli da radę to niech nie daje will po if. W zamian dowiedziałem się, że na wieczorny koncert owadów jest słowo w laotańskim, nawet mnie go nauczył, oczywiście nie pamiętam. Jest też słowo na popołudniową drzemkę, nie dziwne, być musi, bo jak określić co robi większość narodu każdego dnia? Chwilami rozmowa była dla mnie nieco depresyjna, chłopiec pochodził z rolniczej rodziny mieszkającej niecałe 100 kilometrów od Pakse. Ojciec umarł, gdy miał osiem lat (mnich, nie ojciec), a od ponad roku nie widział swojej matki i siostry, bo nie stać go na bilet. Nie mógł uwierzyć, że byłem w Luang Prabang, wyznał, że trafienie tam to jedno z marzeń jego życia. Inne to Korea i Japonia. Wypytywał mnie strasznie dużo o świat i jaki jest mój ulubiony kraj. Oczywiście Kanada, po chwili zorientowałem się, że geografia nie jest na szaleńczym poziomie, ale na szczęście na ostatniej stronie Lonely Planet jest zawsze mapa świata, więc pokazałem mu co to i gdzie to. Zdziwił się, że Laos jest taki mały wobec całej kuli ziemskiej. Największe jebut miałem, gdy powiedział, że Polska to jego ulubiony kraj skoro pochodzą stamtąd tak wspaniali ludzie jak ja, którzy nie mają nic przeciwko spędzeniu czterech godzin na nauce angielskiego mnicha w Laosie. Postanowiłem nie rujnować jego pozytywnego obrazu mej ojczyzny i nie opowiedziałem mu jacy wspaniali są tu ludzie. Największy ból stanowiły owady – głównie mrówki i komary – które nam towarzyszyły. Siedzieliśmy chyba w mrowisku, ale mnich nie może nic zabić, więc strącał je spokojnie z siebie. Głupio byłoby utłuc komara, który przecież w jego oczach może być inkarnacją ojca, więc też strzepywałem z siebie owady, ale jakoś nie potrafię wykrzesać sympatii dla komarów, czyją inkarnacją by nie były. Przyniósł swoje notatki, oczywiście wiele z nich rozumiałem, ale mieli coś o Związku Radzieckim w 1944 (co wtedy miało ZSRR do Laosu pojęcia nie mam). Lepiej szło z chemią, program mniej więcej nasz z tego co widziałem, jakieś typowe reakcje w stylu co będzie jak dodamy wodór do Cl i jak otrzymać H2SO4. Czekał go egzamin na zakończenie etapu początkującego mnicha (dość zaskoczyło mnie, że robią im to trybem naszej sesji, dziewiętnaście egzaminów w tydzień), a potem nie wiedział, co będzie robił. Podobnie jak kolega po fachu z Vientiane, on też nie dojadał i zaznaczył (nawet nie narzekał, po prostu powiedział), że ludzie w Laosie nie bardzo już bawią się w walk of alms, ci biedni jeszcze bardziej, ale jak już ktoś jest bogaty to cudownie zapomina o innych. Znamy. Jego koledzy z czasem otoczyli nas i nasłuchiwali, ale kiepsko mówili po angielsku. Jeden za to co chwilę prosił mnie o papierosy i nie mógł uwierzyć, że gdy mi się skończyły to pobiegłem kupić nowe, a na koniec nawet mu kilka zostawiłem. Mówimy o wydatku rzędu złotówki za paczkę, więc wielka dobroczynność to nie była.

Koło 20 zrobiło się ciemno, oni mieli iść na wieczorne modły, pożegnaliśmy się. Mój spytał czy jeszcze przyjdę, powiedziałem, że nie wiem, ale się postaram. Powiedział, że jeżeli będę o 6 rano to podzieli się ze mną tym co zbierze w czasie walk of alms i zjemy wspólnie śniadanie. Umarłem jak siedziałem na tym mrowisku, nie miał NIC poza kapotą na grzbiecie, sam wiele nie jadł, ale i tak chciał się podzielić jakimiś skromnymi kawałkami jedzenia, które być może, jeżeli będzie miał szczęście, pozbiera. Wracałem dość rozdarty, z jednej strony śniadanie z mnichami w klasztorze brzmiało jak z innego świata, z drugiej strony bałem się, że odejmą sobie od ust, żeby dać mnie. Myśleliśmy czy może rano nie stanąć na trasie przemarszu i dać im w cholerę jedzenia, w tym słodyczy, ale baliśmy się, że może ich to urazić i poczują się upokorzeni.

W drodze powrotnej Sven spotkał jakąś poznaną wcześniej Australijkę. Siedziała w ulicznej restauracji, więc dołączyliśmy. Rozmowa standard, aż do momentu, gdy dziewczyna przyznała się, że słabo u nich uczą historii, bo ona dopiero w czasie tej podróży odkryła kim był Hitler. Za chwilę okazało się, że nie wie kim był Stalin. Mordujesz miliony ludzi, wysiedlasz narody, a ledwo w 50 lat później potrafią nie pamiętać. Kto nie pamięta historii skazany jest na jej powtórzenie mawiał taki jeden, ale kogo by obchodził intelektualista i to jeszcze starszy niż Stalin. Już spokojnie przyjęliśmy do wiadomości, że nie bardzo zna chrześcijaństwo, ani buddyzm, więc tylko zrobiliśmy wykład podstaw jednego i drugiego. Wiedziała w zarysie kim był Jezus, co mile nas zaskoczyło, bo przecież nie musiała tego wiedzieć. Gdy byłem w środku wywodu na temat nauk wyżej wymienionego zadała pytania z górnej półki:

- Ale tak nauczał Jezus czy Stalin?

Pozwolę sobie zainspirować się tym do przeprowadzenia pewnego wywodu, niezwiązanego raczej z Laosem. Podobne treści przez lata wypisywał Terzani, oczywiście nic to nie zmieniło, chociaż mnie przyjemnie poczytać, że ktoś o takim potencjale intelektualnym też nie był zachwycony kierunkiem, w którym zmierza świat. Dziewczyna była po studiach, ekonomia. Uważam, że jest pewien poziom tak zwanej wiedzy ogólnej, którą każdy powinien mieć przyswojoną, oczywiście tak nie jest. Na studiach też nie miałem samych orłów i widywałem kłopoty z tabliczką mnożenia. Nie wiem ilu humanistów umie sobie rozpisać proporcję – dość przydatne przy liczeniu co bardziej opłaca się wymienić – ale obawiam się, że niewielu. Zresztą koleżanka wyłożyła się na zadaniu o treści: ludność Francji wynosi tyle, posiadają tyle samochodów, ile osób przypada na jedno auto? Uważam to za równie żenujące jak mylenie Jezusa ze Stalinem. Gdyby to było w jakimś filmie to krytycy pisaliby, że dowcip jest przegięty i że to niemożliwe. Rzeczywistość jednak przegoniła najśmielsze fantazje i ciągle mogę odkrywać, że świat zasłany jest ludźmi, których poziom ignorancji sprawia, że wciąż trzeba przesuwać granice absurdu, by w końcu stwierdzić, że wytyczyć takowych się nie da. W skali Polscki to polecam zapytać rodaków kim był Tojo, Hirohito albo o położenie jakiegoś kraju spoza Europy. Jedna polska absolwentka ekonomii bez zażenowania wyznała mi, że nie wie, gdzie są Indie. Cóż, taki mały, nieważny kraj. Kiedyś niemal przegrałem kłótnię o to, że Montreal jest we Francji - studentka rosjoznawstwa. Interlokutorka uparła się i nie mogłem jej przekonać, że jednak trochę gdzie indziej. Nie tak dawno trafiłem na wywiad z panem rekrutującym (HR, bo przecież human resources po polsku brzmi niegodnie) do jednej z krakowskich korporacji. Pan narzekał, że ludziom po studiach humanistycznych wydaje się, że coś wiedzą i są coś warci, a to nieprawda, ich trzeba wszystkiego uczyć. Z opowieści wiem, że jeżeli są i po czymś ekonomicznym, to też zazwyczaj zaczynają pracę od nauki. Kierunku studiów „wiedza o pracy w korporacji” jeszcze nie ma, ale pewnie wkrótce i taki zostanie stworzony, będzie przeżywał oblężenie jako najbardziej życiowy i perspektywiczny. Dzięki temu uda się wyeliminować już całkiem strzępy geografii i historii, które niektórzy wynoszą z uniwersytetów (z liceum wynieść za wiele się nie da, chyba, że ktoś jest pasjonatem i poświęca czas wolny na naukę, bo sam program jest żałosny). Miejsce tej wiedzy zajmą wiadomości o tym, jak wydajnie sprzedawać przez telefon albo jak fakturować przychody dla amerykańskiej firmy-matki. Dotknęło mnie to nieszczęście, że związałem swój rozwój z wiedzą, której na pieniądze przekuć się nie da, niemniej mam ochotę iść palić Buddzie kadzidła, gdy trafiam na ludzi, którzy nie są w stanie odróżnić ateisty od agnostyka (Holandia, czwarty rok ekonomii, przy Jezusie/Stalinie to jest to drobiazg). Jestem bardzo szczęśliwy, że wiem te kilka rzeczy związanych, z nazwijmy to, historią ludzkości. Jeszcze bardziej cieszy mnie, że jestem w stanie dzielić się tym poprzez pisanie, które spotyka się z dość pozytywnym odbiorem (albo jak wiemy z „House'a” – EVERYBODY LIES). Trochę jednak nuży mnie już wmawianie mi na każdym kroku jak bardzo nieżyciowe są studia pokroju kulturoznawstwa, historii sztuki, filozofii czy filologii klasycznej. Każdy jest tego świadom, ale na szczęście trafiają się ludzie, którzy swą drogę po papier „wyższe wykształcenie” lubią zbrukać zabawą z dziedziną, która nie przyniesie im pieniędzy, a pozwoli na odkrycie w sobie czegoś, lub też lepsze zrozumienie otaczającego ich świata. Gdybym nie studiował kulturoznawstwa to zapewne moja wiedza o buddyzmie byłaby taka jak wiedza ogółu, czytaj żadna. Miałem jednak to szczęście, że trafiłem tam na zajęcia o religiach świata i przedstawiono mi esencję nauk Siddharthy, którą sobie potem we własnym zakresie poszerzyłem. I gdyby nie te wykłady to prawdopodobnie nigdy nie pojechałbym do Laosu, ani w ogóle do Azji, tylko siedział w smutnym boksie, dookoła miał karteczki dotyczące zysku, wpływów i amortyzacji kosztów, a na wakacje jeździł do Kołobrzegu. Nie mam złudzeń co do tego, że pieniądz rządzi światem. Nie mam najmniejszych złudzeń, że absolutny upadek edukacji jest na rękę politykom i pracodawcom, wszak od dawna wiadomo, że najłatwiej rządzi się idiotami. Jeżeli idioci są przy tym przekonani, że papier „wyższe wykształcenie” czyni ich mędrcami, to tym gorzej dla nich. Jednak nie bardzo lubię wysłuchiwać tego, że poznawanie świata poprzez jego humanistyczne zdobycze to marnowanie czasu. Refleksja końcowa, oczywiście jest to pewne uproszczenie, bo niemało osób wykracza swą wiedzą znacznie poza przedmiot studiów. Jednak większość nie, albo ja mam pecha do ludzi. Gdy ostatnio koleżanka pytała mnie, czy znajdzie pracę po historii sztuki, to powiedziałem, że nie, nie ma na to szans. Ale stojąc przed gotycką katedrą przeżyje coś, czego nigdy nie dostąpi informatyk ani prawnik. Niezależnie od tego, ile będzie miał na koncie.

juriusz 2009-09-14||| 20:25:21

skomentuj (2)


Opiate

Hagioterapia (leczenie świętością) to pomoc duchowa w usuwaniu problemów duszy, często określana jako uzdrowienie wewnętrzne jest w dzisiejszym świecie coraz bardziej dostrzegalna i doceniana, jako źródło uzdrowienia również fizycznego. Ze względu na to, że hagioterapia nie jest przeznaczona wyłącznie dla wiernych, lecz także dla niechrześcijan i ateistów, można mówić o pracy nie tylko duszpasterskiej, ale i ewangelizacyjnej.
Jest ona równocześnie rodzajem dialogu i działalności ekumenicznej w Kościele i w świecie. Jezus jest Zbawicielem każdego człowieka, całej historii ludzkości i wszystkich ludzi. Tak więc również i Kościół posłany został do wszystkich ludzi. Podstawy hagioterapii to zarys najważniejszych założeń metody oraz zapis świadectw jej skuteczności w leczeniu chorób ducha i uzależnień. Mamy nadzieję, że opisany sposób modlitwy, zaczerpnięty z Pisma Świętego i praktyki Kościoła, umożliwi wielu osobom otwarcie się na zbawczą moc Chrystusa.

Pewna rodzina przez trzydzieści lat modliła się o uwolnienie męża i ojca od alkoholizmu. Wówczas pewien ksiądz pouczył ich, że lepiej jest dziękować Bogu, że pozwolił na takie uzależnienie tego człowieka. Nie mogli tego pojąć. Nawet nie chcieli. Ich pierwsze pytanie brzmiało: „Czyż Bóg może czynić zło?” Ksiądz odpowiedział im pytaniem: „A jak wy sądzicie, czy Bóg może czynić zło?” Oni odrzekli: „Nie, tylko dobro”. Wtedy spytał ich: „A czy Bóg sprawuje nad wszystkim kontrolę?” Opowiedzieli: „Tak, Bóg panuje nad wszystkim w naszym życiu i nic nie dzieje się bez Niego”. Ksiądz powiedział wtedy: „A więc Bóg sprawuje kontrolę i pozwala, i daje właśnie to uzależnienie od alkoholu waszemu ojcu. Ale z całą pewnością On to daje dla dobra, a nie dla zła. Więc za to dobro dziękujcie Bogu”. Odparli, że nie rozumieją nadal, ale ponieważ nie pozostaje im nic innego, spróbują. Całe niedzielne popołudnie dziękowali Bogu, że dał im takiego ojca, który pije, który znęca się nad nimi, który ich nie rozumie, który zniszczył rodzinę swoim alkoholizmem, agresją i przemocą. Nie minął nawet tydzień i ojciec zupełnie przestał pić.

Hagioterapią można leczyć również raka!

Jaja jajami, ale historię powyższą podano dziewczynce jako odpowiedź na problem "mama pije jak chuj i mnie leje".

juriusz 2009-09-07||| 21:34:47

skomentuj (3)


A New High in Low

W samym Vang Vieng nie ma właściwie nic, jednak tłumy turystów przyjeżdżają tam bynajmniej nie w celu zwiedzania czegokolwiek. Miejsce stało się legendarne ze względu na panującą atmosferę, którą albo się kocha, albo jej nienawidzi, ludzi z opinią pośrodku jest mało. Wypytywani po drodze zachęcali, żeby chociaż zobaczyć – do Vientiane jest blisko, więc w wypadku znienawidzenia VV da się dość szybko uciec. Rozchodzi się o atmosferę, która definiowana najczęściej jest jako jedna wielka impreza, postawiona na alkoholu i narkotykach. Grzechem byłoby nie sprawdzić. Oczywiście wszystko zaczyna się od dworca, jakieś trzy kilometry od właściwego centrum. Jedynym obcokrajowcem w autobusie był Japończyk, który po angielsku mówił niewiele, ale udało się ustalić, że chcemy połączyć siły w sprawie dostania się do miasta. Pan rzucił 20, więc oczywiście chciałem zrobić z tego 10, ale zanim dane było mi się odezwać, Japończyk rzucił, że ok no i wyszło po 10 na twarz. Miałem upatrzone miejsce:

- Chilllao Hostel

- Hospital? OK!

- HOSTEL!

- Hospital?

- CHILLLAO HOSTEL!!!

- Oh yes, hospital!

- Gdziekolwiek do centrum, byle nie do szpitala, już znajdę sam

Wiedziałem, że centrum w wypadku Vang Vieng to właściwie dwie ulice, jedna odchodzi od drugiej pod kątem prostym, więc, mimo kompletnego braku orientacji w terenie, wierzyłem, że jakoś podołam. Nie musiałem nawet się aż tak męczyć ponieważ zanim wjechaliśmy do centrum wypatrzyłem Chilllao Hostel. Nie wymagało to sokolego oka, szyld jaki wyjebali porównywalny z tablicami na autostradach. Wyskoczyłem, Japończyk za mną i wbijamy. Cena? Tak, dokładnie tyle miało być, 20000 kipów za dormę, wifi działa. Japończyk, że nie bardzo mu pasuje, pan go na pokoje prowadzi. Te też tak sobie, nie mają klimatyzacji. Po tym podziękowałem mu za współpracę i dostałem łóżko w czteroosobowym pokoju. Dupna szafka zamykana na kłódkę (przydała się ta ukradziona przez pomyłkę w Tajlandii...trochę jak w grach przygodowych) i czegoż więcej do szczęścia potrzeba? W miasto, a raczej na ulicę. Pierwsze wrażenie raczej takie sobie, wszystko nieco martwe, ale jest dopiero 13. W knajpach pusto, trochę młodzieży kręci się po mieście. Poszedłem za znakami, które głosiły, że za 500 metrów jest wspaniała jaskinia, gdzie można popływać. Szybko skończyły się zabudowania, a zaczęły pola. Znaki za chwilę zaczęły pokazywać dość dziwne dystanse (po 400 chyba powinno być 300, a nie 600?), ale nie przeszkadzało mi to, było przepięknie. Pola, nikogo w zasięgu wzroku, za to góry, błogosławiona cisza. Kozy, byki, krowy. Robactwo ucieka na dźwięk kroków, znaki co jakiś czas pomagają wierzyć, że idzie się w dobrą stronę. Po dobrych dziesięciu minutach spaceru po czymś, co wyglądało jak rolnicza Azja, o której się marzy, dobiegły mnie dźwięki radia. Podążyłem za nimi, chociaż chwilami bałem się, że wyskoczy wkurwiony rolnik i ostrzela mnie albo czym innym przypierdoli - na szlak turystyczny ani często uczęszczaną drogę to nie wyglądało. Dźwięki dobiegały z bambusowej platformy, gdzie siedziało trzech panów. Ogłosili się dyspozytorami jaskini, za wstęp życzyli sobie dziesięć tysięcy, nawet jakiś bilet dostałem. Idę w stronę jaskini, a tu jeden z nich rusza za mną. Myślę sobie „no to pięknie, jak mi tu dadzą w łeb to nawet BONGO (Biuro Opieki Nad Grobami Obcokrajowców – jak zginiesz za granicą to działają) nie pomoże, skończę jako nawóz do grządek w środkowym Laosie. Szedł i szedł za mną, aż w końcu ujawnił się, że jest tam w celu pokazania mi jaskini. Zaczął fantastycznie, wskazuje jaskinię, mówi coś, ja nie rozumiem, mówi w inny sposób, przykro mi, nadal nie rozumiem laotańskiego. W końcu doszło do tego, że zaczął machać rękami i krzyczeć BATMAN, BATMAN. Od razu trzeba tak było, natychmiast pojąłem, że w jaskini żyją nietoperze. Miał latarkę, po angielsku znał może pięć słów, ale starał się. Jaskinia cudo, wspinaczka, przedzieranie się, po chwili byłem kompletnie zagubiony. Gdyby zgasił światło i mi przypierdolił to nigdy by mnie nie znaleźli, przyznam, że miałem ciężkie schizy. On jednak pokazał formy naskalne, oczywiście wszystko co sterczało kojarzyło mu się przyrodzeniem i niesamowicie bawiło. Jaskinie ogromne, w środku jednej nagle dno zaczęło mówić, po czym wyłoniły się z niego dzieci i małoletni mnich buddyjski. Dla mnie droga pionowa w dół, nie odważyłbym się tam zejść, a dzieci na boso, bez problemu, ze śmiechem na twarzy. Jedna z nich, zdecydowanie poniżej osiemnastu, zalotnie pokazała mi kawałek stanika i się uśmiechnęła. Ja się załamałem, bo nie sądziłem, że zapałała do mnie wielka miłością od pierwszego wejrzenia, a raczej miała pewien pomysł na poprawienie swej sytuacji materialnej. W drodze powrotnej pan oferował mi trawę i był bardzo smutny, że nie chcę kupić. Potem całą ekipą namawiali, żeby z nimi posiedzieć i popić sobie piwo, ale raczej trudno byłoby znaleźć wspólny język, więc podziękowałem i wróciłem przez pola do tak zwanego centrum. Przy okazji obiadu wychujali mnie na 2000 ( jeżeli danie w karcie zwie się „ryż z warzywami” to przecież oczywiste, że doliczą osobno za ryż). Obserwacja pozwoliła zdiagnozować nową jednostkę chorobową, której epidemia opadła odwiedzających Vang Vieng: jakieś 80% młodzieży płci męskiej nie może nosić koszulek. Chodzą bez nich, chociaż naprawdę nie trudno się dowiedzieć, że ogólnie dla Azjatów to nie jest szczyt dobrych manier. Zresztą i u nas mało kto popada w ekstazę, gdy spotka w środku miasta turystę w samych kąpielówkach. Powoli zaczęła też zjeżdżać młodzież, większość w ciężkim stanie, wszyscy wrzaskliwi. Podpada do mnie jakiś Duńczyk, pokazuje zdjęcia i krzyczy, że najlepsza impreza na świecie. Dobra, przyjmuję do wiadomości, jak was widzę to jestem więcej niż pewien, że mamy taką samą wizję udanej imprezy. Również to, że próbujesz ściągnąć z roweru lokalną to świetny pomysł. Pozbierali się i dawaj na inną imprezę, też oczywiście najlepszą na świecie. Ludzi z jointami nie brak, jakiś lokals chciał mi w sklepie sprzedać. Z cenami trzeba uważać, walczyć i liczyć, bo kombinują na całego. Zapewne z niezłymi rezultatami, bo nawet na trzeźwo większość ludzi zachodu wychodzi z założenia, że nie ma co liczyć, bo jest tanio. Efekt taki, że gdy zagadałem chłopca, że chyba mi troszkę za dużo liczy to się niesamowicie zdziwił, najpierw kombinował, ale mój przenikliwy wzrok sprawił, że w końcu znaleźliśmy wspólne rozwiązanie problemu.

Łażenie po centrum miasta przynosiło rozczarowanie za rozczarowaniem. Wszędzie były wypisane imprezy, pokazy, promocje i zniżki, tylko brakowało ludzi. Tak wiele osób pootwierało knajpy, że nie starcza turystów, dość kuriozalny widok. Same lokale też takie sobie, legendarne stały się za sprawą emitowania całych sezonów Friends. Podczas mej bytności hitem był Family Guy, ale można było bez problemu znaleźć Simpsonów, Weeds, Friends czy inne dzieła. Łaziłem bez celu i w końcu wróciłem do swego hotelu. Siedział tam starszy Francuz i gadał z panem z recepcji. Początkowo widziałem, że recepcjonista średnio mi ufa, ale gdy zobaczył, że jestem trzeźwy, nie wybieram się na wspaniałą imprezę na wyspie i gdy podzieliłem się kilkoma refleksjami na temat Laosu to zdobyłem punkty i zaczęliśmy rozmawiać. W młodości był mnichem, czyli standard, właściwie jedyna możliwa ścieżka edukacji i dzisiaj - idziesz na kilka lat do klasztoru, koło 18tki-19tki zdajesz coś na kształt matury i albo w świat, albo full time mnich buddyjski. Panie mają trudniej, chociaż jego proces edukacji doprowadził go do stanowiska recepcjonisty. Po angielsku wymiatał tak, że spokojnie mógłby tłumaczyć konferencje międzynarodowe głów państw. Do tego znał tajski (podobno podobny do laotańskiego, dla mnie niestety wszystkie są podobne) i, z czego był najbardziej dumny, pali, czyli język Buddy. Polecał nam naukę pali, że nie ma większej przyjemności jak poznawać nauki Buddy poprzez jego słowa. Ubolewał, że jest tylko na siódmym stopniu wtajemniczenia (z jedenastu w tym systemie jego), ale podobno im dalej tym trudniej i wielu osobom życia nie starcza na dojście do proficiency z pali. Siedziałem tam i nie mogłem uwierzyć, ani nic z tego wszystkiego zrozumieć, jakim cudem hotelarz wymiata w takiej ilości języków, podczas gdy sto metrów dalej jego rodacy mają kłopoty z liczeniem do dziesięciu. Głębia refleksji niesamowita, za główny problem Laosu uważał telewizję. Nie ma narodowej i wszystko co oglądają pochodzi z Tajlandii. Oczywiście są to produkcje na poziomie Bergmana i Felliniego, dlatego cały naród, gdzie tylko mógł, postawił satelity, telewizory i napieprza od rana do nocy tajskie telenowele. Trwa od całkiem niedawna, ale efekty podobno już są i młodzież miesza tajski z laotańskim, w jego pesymistycznej wizji za kilkanaście lat język praktycznie wymrze. Zresztą z tym też nie jest różowo, bo w Laos jest 65 mniejszości, wyodrębnić można co najmniej trzy języki. Podniosłem problematykę chujania i darcia kasy z turystów, opowiedział jak to będąc mnichem przyjechał do Vientiane i wziął taksówkę. Jechał w cholerę długo, zapłacił jak za woły, by potem odkryć, że kierowca przewiózł go trzy razy dłużej niż było trzeba. Innym razem chciał kupić bilet w autobusie, prowadzący powiedział, że ma kupić na całą trasę. On, że przecież to jest mniej więcej połowa drogi i że dlaczego. Ten na to, że jak nie kupi to on zna ludzi i mu załatwi, że nie będzie mógł w ogóle jeździć autobusami. Po Tajlandii, gdzie mnich jest święty, nie płaci za przejazdy, dostaje najlepsze miejsca, a wszyscy traktują go z wielkim szacunkiem to mi się pod czaszką nie mieściło.

- Znam język i jestem stąd, a i tak wiele razy miałem takie problemy, więc nie wyobrażam sobie co musicie przeżywać wy, bez znajomości języka i tak bardzo się wyróżniający z tłumu. Pewnie połowy oszustw nawet nie zauważacie.

Potem zapytał ile za co płacimy, rzeczywiście okazało się, że zazwyczaj walą nam ze 20% więcej.

Przeżyłem dramat, gdy wpadła ekipa pijanych Duńczyków. Znaczy, że byli pijani to miałem w dupie, ale byli hałaśliwi i dosiedli się do nas. Jeden z nich mówił trochę po polsku, rodzina sobie kupiła dom na emeryturę na Mazurach, więc przeżyłem lekkie zaskoczenie. Także z tej okazji, że myśląc o Danii nie widzisz raczej Murzyna z wielkim afro. Jego rodaczka przebiła wszystko. Po ustaleniu skąd jestem, powiedziała, że wie, że Polska to taki mały kraj koło Rosji. Oczywiście wszystko jest relatywne, ale jakoś nie widzę, żeby ktoś z Danii opowiadał mi, że Polska jest taka mała. Dobyłem więc kalendarza, otworzyłem na mapie Europy, na co ona od razu wskazała na Łotwę i poinformowała mnie, że to jest Polska.

Co sobie pomyślałem to moje, ale spokojnie powiedziałem co to i wskazałem Polskę.

Pyta czy jestem pewien, bo ona myśli, że jednak tam.

Zastanawiałem się i w sumie nadal się zastanawiam jak można być tak zidiociałą debilką. Kompletna nieznajomość geografii to jedno, ale pytanie mnie czy jestem pewien gdzie jest mój kraj to naprawdę poziom, przy którym trudno cokolwiek powiedzieć, bo chciałoby się pierdolnąć w skretyniały pysk i patrzeć czy równo puchnie. Na szczęście jej czarnoskóry rodak wsparł moją wersję geografii, bo jeszcze by się zaczęła ze mną kłócić i przekonała, że Polska jest na Łotwie, Ukraina w Szwajcarii, a Rosja w Andorze. Obok siedzi może trzydziestoletni koleś z Laosu, który do szkoły miał zajebiście pod górkę, ale jednak udało mu się osiągnąć poziom intelektualny, o którym większość skretyniałej młodzieży zachodu nawet nie może marzyć. Na szczęście poszli sobie szybko na dyskotekę, a my mogliśmy powrócić do rozmowy na tematy nieco ciekawsze niż duński wariant geografii świata. Zapytałem o niewypały, opowiedział jak podczas nauk w Luang Prabang jego kolega znalazł bombę i postanowił zobaczyć czy wybuchnie gdy nią rzuci o ziemię. Do końca życia może teraz sobie sprawdzać do woli jak żyje się bez prawej ręki. Opowiadając to zaśmiewał się i mówił, że idioci sami się ukarzą. Mnie to mniej rozbawiło, ale też wykrzesałem jakiś chichot i dowiedziałem się, że może nie bardzo ciężko, ale Luang Prabang też nieco zbombardowali. Temat bombardowań dość go rozkręcił, ale opowiadał w sposób typowy dla buddystów, czyli śmiejąc się w miejscach, które z naszego punktu widzenia są umiarkowanie rozrywkowe. Mniej więcej:

- Zrzucili pięć milionów bomb <hehe> mówiliśmy, że policzyli, że po jednej na każdego mieszkańca Laosu i pół miliona więcej, żeby mieć pewność, że nas wszystkich zabiją <hehehe> Nie wyszło im, wcale tak wiele osób nie zabili jak na tyle bomb <hehehehe>. Ale ja nic nie mam do Amerykanów, traktuje jak każdą inną nację, nawet chcę, żeby tu przyjeżdżali, bo zostawiają dużo pieniędzy, a to nam potrzebne, nie rozpatrywanie historii po raz kolejny. Poza tym to przecież nie ich wina, nawet ich nie było wtedy na świecie.

Recepcjonista w Laosie jest w stanie zrozumieć takie coś. Szesnastoletni punk zazwyczaj też. Niestety przywódcy wielu krajów (np. takiego ze stolicą w Warszawie) nie doszli jeszcze do tego poziomu.

Vang Vieng wyszło mi dość ironicznie. Miejsce, gdzie wszyscy chleją było dla mnie wybitnie trzeźwe, wiedziałem, że współrozmówca stosunek do chlania ma raczej negatywny, więc sobie odpuściłem. Po dobrych dwóch godzinach pochwalił moją ścieżkę postępowania i powiedział, że to niesamowite i bardzo rzadkie, że ktoś tu nie pije. Isn't that ironic?

W następny dzień postanowiłem rzucić się na główną atrakcję Vang Vieng, czyli tubing. Bierzesz oponę od traktora, jedziesz z panem w górę rzeki, siadasz i leniwie spływasz. Po drodze możesz zatrzymywać się w kolejnych barach. Wersja standardowa polega na wzięciu całego pakietu z centrum miasta, ale postanowiłem podejść na butach. Dobre cztery kilometry, słońce dramatyczne, ale okolice nawet ładne, więc jakoś się idzie. Znalazłem, zgodnie z sugestią z przewodnika poszedłem się napić coli w Organic Mulberry Farm Cafe (przez to, że eko, to cola kosztowała 8, a nie 5. Wszędzie było wypisane, że jedząc i pijąc u nich sprzyjam rozwojowi szkolnictwa w okolicy, także co już im się udało zdobyć, a co jeszcze muszą kupić) i nad rzekę, w miejsce, gdzie cała impreza się zaczyna. Najpierw oczywiście miejsce usłyszałem, bo muzyka waliła lepiej niż w większości naszych dyskotek. W środku stało set osób, wszyscy w strojach kąpielowych, wszyscy z piwem w dłoni, wszyscy super się bawili, wszyscy się wydzierali. Z gałęzi zwisała lina, na której huśtał się chłopiec, w końcu skoczył do rzeki i dostał wielką owację. Po kilku minutach wskoczyli do opon i spłynęli w dół rzeki. Jakieś trzydzieści metrów, bo tam była kolejna knajpa, z taką samą muzyką, parkietem i piwem. Ponieważ już mi się jeden zachwycał, że caaaaała droga jest pełna knajp, to domyślałem się jak to dalej wygląda. Recepcjonista mówił, że w zeszłym roku zabiło się pięć osób, dwóch jeszcze nie wyłowili. Po tym co zobaczyłem to dziwiłem się, że tylko pięć, spokojnie tyle mogło się zabić kiedy tam stałem. Podziękowałem, wróciłem sobie i nabyłem bilet na dzień następny do Vientiane. Kusiła opcja kajakowania, ale dość drogo wychodzi.

Z atrakcji miasta została mi jaskinia. Tu się można nieco poirytować, bo żeby do niej wejść należy zapłacić 2000 za przejście przez teren hotelu. Potem 15000 za bilet wstępu. Jestem w Laosie, kraju, w którym ludzie ryzykują życiem dla 2000 kipów, a wstęp do najdurniejszej atrakcji turystycznej kosztuje fortunę. Rozumem nie ogarniesz. Sama jaskinia jest kiepska, wyfroterowana, z położonymi PŁYTKAMI i kiczowatym oświetleniem. Widok sprzed wejścia jest niezły, zasiadłem tam z panem bileterem, poczęstowałem go petem w zamian za ogień i siedzieliśmy w kapliczce buddyjskiej paląc sobie, nic nie mówiąc i podziwiając panoramę. O 16 powiedział, że kończymy i wróciłem, po drodze szczerze odpowiadając na pytanie dwóch Niemek czy warto tam wchodzić (nie warto). One w zamian powiedziały, żeby sobie odpuścić Savannakhet. Nie miałem żywcem nic do roboty. Odebrałem pranie (5000 za kilo, tylko nie wpadłem na to, żeby wyjaśnić pani, że czarne rzeczy na takim słońcu powinno się suszyć wywracając na lewą stronę) i snułem się od jednego końca miasta do drugiego, mijając lokale, gdzie nadawano tak fascynujące dzieła jak Defiance, Taken i Slumdog Millionaire. Recepcjonista był cały szczęśliwy, bo przyszedł pocztą nowy numer jakiegoś czasopisma dla buddystów, a w nim rozbudowany artykuł o tym, że człowiek to nic fajnego z punktu widzenia ciała. Że ludzie się zachwycają, że ktoś niby taki śliczny i piękny, a przecież jakie to ma znaczenie skoro w środku ma takie organy jak jelita czy żołądek, które wyglądają tak sobie. Na dowód tego zamieszczono dość poważną ilość zdjęć różnych wnętrzności, umierał ze śmiechu, bo pokazywał to każdemu i większość robiła „ojezusmaria”. Mnie tam byle kiszka stolcowa nie wzruszy, jest nawet taki kanadyjski reżyser, którego cielesność również dość interesuje.

Z nudów poszedłem jeść. Gdy czekałem na pizzę to wpadła grupa młodzieży, jeden z nich oczywiście widział jak wpadłem do Mekongu i opowiedział to chyba trzy razy, po czym zapytał mnie czy to happy pizza. Mówię, że nie, a ten dlaczegóż to nie, że przecież grzech jeść zwykłą. Zawołał panią i poprosił ją o Special Menu. Dostaliśmy i tak sobie patrzę, że wszystko happy, czyli z trawą, a mnie to średnio bawi. Ale jest też kilka dań O. Pytam co za O, a ten, że jak to, przecież opium.

Hmmm...tego nie znam, w końcu podróże kształcą. Patrzę, zastanawiam się. Jest opcja do palenia (50), ale bałem się, że nie będę tego umiał dobrze wypalić. Jest też O coffee, wypić chyba dam radę. Ile? 80. Dużo. Ale cholera, raz się żyje, biorę. Oni też pozamawiali różne cuda. Śmiać mi się chciało, bo szefowa lokalu miała przynajmniej siedemdziesiąt lat. Najstarszy dealer w moim życiu. Oni dostali szybko, ja musiałem trochę poczekać, a przyznam, że odkąd zdecydowałem się to chciałem JUŻ, TU, TERAZ! W końcu podali, trochę kawy jest, łyka upiłem i prawie umarłem. Czegoś tak obrzydliwego nie piłem chyba nigdy, przegorzki syf ziołowy. Od lat niczego nie posłodziłem, ale natychmiast nawrzucałem cukru i nieco pomogło, ale dobre to na pewno nie było. Wypiłem, uznałem, że nie chcę mieć nic wspólnego z młodzieżą, pożegnałem się i wróciłem do hostelu.

Przez dobre 50 minut wszystko w normie. Siedziałem i korzystałem sobie z wifi, powoli godziłem się z tym, że mnie oszukali, po czym zaczęło robić się fajniej. Słuchałem jednego utworu w kółko i ogólnie było mi z tym fantastycznie. Pełna jedność ze światem, pełen spokój, absolutny brak problemów, przecudowne uczucie w żołądku, wyostrzony smak. Poszedłem do sklepu po coś do picia i jak nie lubię dzieci to nie mogłem nadziwić się jaka fajna dziewczynka chwyciła mnie za nogę i nie chce puścić. Gdy rodzic zapytał co chcę, to odpowiedź wcale nie była taka prosta. Sklep był dwadzieścia metrów od hotelu, ale droga powrotna zajęła bardzo długo i byłem niemal pewien, że się zgubiłem. Usiadłem sobie przy recepcji, słuchawki i papieros za papierosem. Przerwa na rozmowę z Chińczykami, miałem taki słowotok, że zagadałem wszystkich. To akurat dość szybko mi przeszło. Koło północy skończyły mi się papierosy, sklep zamknięty, co robić? Ulicą szedł pan ze straganem, podbiegłem zapytać czy nie sprzedaje może papierosów. Nie sprzedawał, ale zaoferował, że odsprzeda mi swoje, jakieś ¾ paczki za cenę nowej. Wchodzę w to. Najsmutniejsze były momenty, gdy ktoś chciał ze mną porozmawiać, absolutnie mnie to wściekało i próbowałem każdego spławić. Problem pojawił się koło 1 w nocy, miałem wrażenie, że nadal dość mocno mnie trzyma i za nic nie zejdzie, więc zwiększyłem tempo popijania whisky z mirindą, a gdy nie widziałem efektów to włączyłem do zabawy jeszcze piwo. Wiele nie pomogło, dopiero po 3 udało się pójść spać.

Poranek był taki średnio zły, średnio dobry. Pewnie bardziej przez whisky niż opium, ale wiem jakiego kaca mam po whisky, wiem jak się czułem i obstawiam, że bez whisky też by pięknie nie było. Nie mogłem nic znaleźć, odkryłem, że paranoicznie pochowałem swoje rzeczy w szafce, pod poduszką, za łóżkiem. Najbardziej mnie rozbawiło, gdy przyszedł do mnie jakiś chłopiec i dziękował wylewnie, że odprowadziłem jego koleżankę do pokoju, bo ona sama nie była w stanie wejść. Nie przypominam sobie. Tradycyjna bagietka, a koło 11 wyruszyłem na dworzec. Taksiarze rzucali ceny średnio atrakcyjne, trochę spaceru mnie nie zabije. Na dworcu byłem oczywiście ustawowe trzydzieści minut wcześniej, co zaowocowało przynajmniej tym, że sobie uzupełniłem zapasy wody mineralnej – jakimś cudem stała wielka butla i każdy mógł sobie ile tylko chciał. Nagle dobiegły mnie słowa:

- O, Nine Inch Nails, świetna koszulka, świetny zespół, a ty wyglądasz jak sam Reznor.

juriusz 2009-09-05||| 19:44:58

skomentuj (0)


New Skin for the Old Ceremony

Dla ewentualnych entuzjastów komparatystyki, jak było 15 czerwca 2008 w Dublinie http://juriusz.blog.pl/archiwum/index.php?nid=13644423

Wiedziałem, że nie będę miał drugiego Dublina, bo nawet w skali niesamowitości towarzyszącej działaniom koncertowym Cohena, Dublin był czymś niesamowitym. Wiedziałem, że nie będzie A Thousand Kisses Deep w wersji recytowanej, bo Słowacja niestety nie jest krajem anglojęzycznym. Wiedziałem, że na niespodzianki nie mam co liczyć. Wiedziałem jeszcze kilka innych, niekoniecznie radosnych rzeczy, ale i tak nieśmiało antycypowałem, że 28 sierpnia będzie najlepszym dniem roku. Tym razem Cohen postanowił nie odwiedzać Polski, więc konieczna była wycieczka do Bratysławy. Jak na skalę wydarzenia to bilety całkiem tanie, bo 50 euro – oczywiście nie były to miejsca w pierwszym rzędzie, a na balkonie po prawej stronie od sceny. Na szczęście przygotowano to z sensem i widać było całkiem dobrze, może poza prawym telebimem, który przysłaniały głośniki. Niemniej bałem się, że będzie gorzej i dalej. Pierwszy szok przyszło przeżyć jeszcze przed koncertem: ochrona ubrana w garnitury, nikt nie sprawdza czy nie wnosimy broni palnej, czy wódki. Przyzwyczajam się powoli i ze smutkiem, że Słowacja to większa cywilizacja koncertowa niż my. Piwo, wino, wódkę, szampana i likiery można było kupić w w przysłowiowym wszędzie – ilość stoisk z napojami przeszła najśmielsze marzenia. Na każdym krzesełku leżała specjalna reklama Lenovo przygotowana na koncert – dość nieudolnie zmontowane zdjęcie Cohena ze zdjęciem laptopa.

Zaczęło się punktualnie o 20. Na scenie pojawił się zespół, a po chwili wtańcował na nią Kanadyjczyk pochodzenia żydowskiego z Montrealu.

1. Dance Me to the End of Love
2. The Future
3. Ain't No Cure for Love
4. Bird On The Wire
5. Everybody Knows
6. In My Secret Life
7. Who By Fire?
8. Lover, Lover, Lover
9. Waiting for the Miracle
10. Anthem

Pierwsza niespodzianka była w The Future. Webb Sisters wywinęły rozgwiazdę na white man dancing. Inne zmiany wobec roku 2008: końcówka Bird on the Wire, zmieniona na skierowaną do zebranych. Podczas In My Secret Life na And the dealer wants you thinking/ That it’s either black or white realizator zbliżył na dłuższą chwilę Sharon. Zastanawiałem się czy to zabieg celowy, czy też tak mu wyszło. Chwilami miałem wrażenie, że oni akurat nie są mistrzami swego fachu, kadrowanie czasem było dość dziwne. Oświetleniowiec czasem nie trafiał reflektorem tam gdzie chciał, dramatu nie było, ale pełnego profesjonalizmu też nie. Kolejna niespodzianka to Lover, Lover, Lover w aranżacji rozbudowanej niczym barokowa katedra. Sam wódz gra na gitarze, a śpiewa to o wiele melodyjniej niż oryginalnie, w refrenie jadą chórki z paniami. Właściwie to prawie nowe dzieło mu wyszło. Zaraz potem miałem jeden z najbardziej wyczekiwanych utworów życia, Miracle. Byłem pod wrażeniem, że są w stanie zagrać to niemal jak na płycie. Baby let's get married, we've been alone too long/let's be alone together śpiewał do Sharon Robinson. Who by Fire ma rozbudowaną partię na kontrabasie, też niezwykle wydłużone.

O 21:15 nastąpiło 15 minut przerwy. Łazienka, zwłaszcza żeńska, zamieniła się w Gomorę. Część druga:

11. Tower of Song
12. Suzanne
13. Sisters of Mercy
14. Hey, That's no Way to Say Goodbye

15. The Partisan
16. Boogie Street
17. Hallelujah
18. I'm Your Man
19. Take This Waltz

Tower of Song zaczął jak w Londynie (I don't want anyone to get alarmed, but it goes by itself) i pogrywał nieco na keyboardzie. Poszło umiarkowane wow na gift of a golden voice, niestety większość jeszcze przemieszczała się między budkami z piwem, toaletą, a salą. Wydaje mi się, że był to początek Suzanne (but I may be wrong) kiedy zagrał kilka sekund Avalanche. Zamarłem i ośmieliłem się marzyć, że zagra całe, ale niestety nie. Potem dostałem aż trzy nówki: Sisters of Mercy idzie tradycyjnie, Goodbye też bez większych odstępstw od oryginału, więc wszyscy siedzą tylko zajebani zachwytem. Ciekawiej jest podczas The Partisan, przewspaniale rozrobione, wydłużone chyba ze dwa razy. Gra na gitarze, nigdzie się nie spieszy i opowiada sobie głosem emeryta, chwilami tło robią moje koleżanki z Facebooka, czyli Webb Sisters. Pod koniec po francusku, niesamowite, nigdy nie sądziłem, że można z tego utworu aż tyle wyciągnąć. Boogie Street to chyba najsłabsza chwila koncertu, Cohen stanął przy perkusji, a Robinson zaśpiewywała na swoją modłę. Mając w pamięci Hallelujah z Dublina wiedziałem, że tu nie będzie cudów i nagle cała sala nie sing along with Leonard. Chociaż radosne było You know, I didn't come here to Bratislava just to fool ya. Your Man, Waltz to nawet nie ma co pisać, potęga goniła potęgę. Zszedł tanecznym krokiem (w gronach cohenowych zwany „prozac jump”), a po chwili nim powrócił

20. So Long, Marianne
21. First We Take Manhattan

Wielokrotnie w trakcie koncertu pojawił się pewien problem: struktura wiekowa ludności sugerowała, że mogli oni brać aktywny udział w działanich Havla, więc nawyki również mieli z poprzedniej epoki. Co chwilę zaczynali rytmicznie klaskać, oczywiście nie zastanawiając się czy to ma sens i czy pasuje. W kilku miejscach nawet pasowało, ale nie tutaj. Mistrz zareagował bosko, zaczął śpiewać do wyklaskiwanego rytmu. Brzmiało cudownie, niestety oklaski ustały, a on powrócił do normalnej wersji. Przy Manhatannie klaskanie bardziej by pasowało, ale tu akurat szybko im się znudziło. Zaczęła się mała zabawa w pojawiam się i znikam (za każdym razem w podskokach) z jego strony, a z naszej w coraz bardziej burzliwe i huraganowe oklaski.
22. Famous Blue Raincoat
21. If It Be Your Will
22. Closing Time
W zeszłym roku niektórym zdarzało się narzekać na brak Raincoat, więc proszę, dołożył Raincoat. Grany niemal w ciemnościach, I guess that I miss you, I guess I forgive you I'm glad you stood in my way ma na mnie zawsze morderczy wpływ, a co dopiero patrząc na autora jak śpiewa z gitarą. Sincerely L. Cohen zrobił stanowczym głosem. Dwa następne w znanym standardzie, Webb Sisters się ograły i wyglądają na o wiele mniej stremowane niż rok temu – nie takie dziwne jak się przerobiło ileś tam set koncertów. Brak przestrzeni tanecznych dał się we znaki chyba najbardziej przy okazji Closing Time, chociaż i grane z mniejszym wykopem niż ostatnio.

Analiza sytuacji pozwoliła stwierdzić, że nikt już nie pilnuje miejsc, więc pognałem pod scenę. Radość mieli ludzi z barku, bo prawie się wypieprzyłem na wirażu (dobre dwa piętra musiałem zbiec). Straciłem przez to początek I Tried To Leave You, ale samą końcówkę oglądałem stojąc może pięć metrów od Cohena. Whither Thou Goest to może nie jest mój ulubiony utwór, ale będąc tak blisko umarłem i przy tym. Wszystkich ich miałem na widelcu, ale zajęty byłem niewiarą w to, że jestem niemal oko w oko z Cohenem. Niższy nieco niż myślałem i garbi się. W 2008 wiele osób narzekało, że gra na czas i przedstawia cały zespół po dziesięć razy, powtarza w kółko jaki to zaszczyt grać z nimi i jak bardzo jest zaszczycony. Teraz przedstawianie ma miejsce ze trzy razy, ale na końcu szalał. Zebrał wszystkich na scenie, zaczął dziękować dźwiękowcom (jest za co, wszystko brzmiało idealnie), organizatorom, doszedł nawet do kierowców autobusu. Na koniec dziękował zebranym, podkreślając przy tym jak wielki zaszczyt go spotkał, że mógł nam pograć. Życzył wszystkim wszystkiego najlepszego na kilka różnych sposobów, najlepszy zostawiając na koniec: May you be surrounded with your family and friends, and if this is not your life, may you find your blessings in solitude.

Blessing znalazłem kilka minut później, gdy udało mi się uprosić technicznego o setlistę. Nie śmiałem nigdy marzyć, że będę miał set z Cohena, ale mam, leży tu obok mnie, a wkrótce zawiśnie w ramach.

Uwagi ogólne: z dobrą połowę koncertu śpiewa klęcząc. W cholerę gra na gitarze – czarna, odbijająca światło po całej sali. Chyba celowo, żeby dodatkowo oślepić zebranych.

Nie jestem w stanie pojąć tego ileż on może. Rocznik 1934, a grał prawie TRZY godziny. Myślałem sobie „a, Bratysława to pewnie dla niego dupiane miasto, coś potnie set” a tu NIE! Czy gra Londyn, czy Dublin czy Bratysławę to naprawdę się stara. Nie ma co deklamować, bo mało kto zrozumie? To w zamian macie Hey, That's no Way to Say Goodbye. Nie wierzyłem w szczęście, gdy ogłosił powtórkę z trasy po Europie, gdy dostałem bilety to zaczęły mnie nachodzić wizje, że na pewno nie dojdzie do tego koncertu, że umrze po drodze, załamie mu się zdrowie, czy nie wiem co, ale że nie można mieć tyle szczęścia, żeby dwa razy widzieć Cohena na żywo. Można. Z obu konfrontacji wychodząc ze słowami Lou Reeda na ustach: we are so lucky to be alive the same time as Leonard Cohen.

juriusz 2009-08-30||| 17:03:42

skomentuj (4)





About Juriusz:

Саратов Work Of Poetry

Ekipa:

GangSKA Anachronism
Born To Be Ceri
+++Death+++ Is What She Is She Does What She Please
Azorek Strikes Back
Nothinggirl A Friend With Breast And All The Rest
We Are All Stars Now In The Spooky Show
Askani Daughter Of The Atom
Welcome To The Jungle We Got Fun 'n' Games
Tani Lokal Ze Stadami Roznegliżowanych Rosjanek Szmatowisko.of.pl
Shan Dried, Tied Up And Dead To The World
Bdq Fatalne Jaja
Walentina Tiereszkowa - Blog Najmilszej Kwaczusi Na Sieci (wyyybaaacz)
Węgorz Show - Znana Deprawatorka Narybku Rzecznego i Morskiego